piątek, 31 grudnia 2010

Przemijamy

Koniec grudnia to czas, kiedy człowiek bardziej niż zwykle ma świadomość przemijania. Dopadło to nawet mojego męża, który zdawało się jest odporny na takie rzeczy. A jednak wczoraj stwierdził, że gdy usłyszał o wyborze kraju na Mundial w 2022 r., to zaczął się zastanawiać, czy jeszcze zdąży go obejrzeć.

Ja zaś zaczęłam się zastanawiać ile jeszcze swetrów zrobię w swoim życiu i co się z nimi stanie, gdy mnie już nie będzie. Wylądują w koszu? Moja praca, moja pasja, moje zarobione pieniądze ulokowane w kilogramach włóczek.... Tak, pewnie właśnie tam skończą rzeczy, które dziś wypełniają mi dni, które dziś są głównym tematem na moim blogu, z których robienia czerpię ogromną satysfakcję i radość. Kiedyś staną się śmieciami.

Ale na to nie będę już miała wpływu. Moja córka zrobi porządek w sposób, który uzna za najlepszy.

Ja też jestem córką. Też kiedyś będę musiała zastanowić się, co zrobić z rzeczami mojej mamy. Co zrobić z jej domem, który był dla niej najcenniejszym skarbem. Ładowała w niego każdy zaoszczędzony grosz. To była jej słodka krwawica. Krwawica, bo okupiona wieloma wyrzeczeniami, słodka, bo praca przy domu zawsze była dla mojej mamy źródłem wielkiej satysfakcji i dumy. Do tej pory jest. Już planuje remont pokoju. Cieszy się, że dzięki rzuceniu palenia ma na to pieniądze. Czy wiedząc o tym mogłabym ten dom sprzedać? Albo zburzyć? Już teraz czuję, że nie mogłabym. Ale jeśli nie to, to co?

Czy moja córka też będzie kiedyś przeżywała takie rozterki? Czy bez żadnych dylematów po prostu pozbędzie się starych, nikomu nie potrzebnych rzeczy?

Rzeczy. Dla kogoś sens istnienia, krwawica, radość i pasja. Dla kogoś innego zwykłe śmieci.

To my nadajemy znacznie rzeczom. Nie ma nas, nie ma znaczenia. Może sentymentalne. Ale sentyment też przemija z czasem. Powszednieje.

Chciałabym wiedzieć, że moje swetry jeszcze komuś posłużą, gdy mnie już nie będzie. Może ktoś je potnie i zrobi z nich spódnicę, albo pled? Miło byłoby wiedzieć, że moje rzeczy będą miały znaczenie nawet wtedy, gdy mnie już nie będzie. Że będą miały znaczenie nie tylko dla mnie.

Ale w końcu i tak w proch się obrócimy. Ja i moje rzeczy. Nie tylko swetry.


Komentarze
 
2011/01/02 11:32:32
Też mam czasami takie myśli. W jakiś sposób identyfikujemy siebie z rzeczami, z przedmiotami, które darzymy szczególnym uczuciem, przywiązaniem. Tak myślę, że nawet jeżeli nam po śmierci będzie wszystko jedno, co się z nimi stanie, to z drugiej strony więź pomiędzy ludźmi, gdy ich zabraknie, przenosimy w jakiś sposób na przedmioty. Twoje przywiązanie do mamy przenosisz na stosunek do domu o który dba. To jakby materializacja Waszej więzi. Tak mi się wydaje.
Gdy tego związku zabraknie, lub zabraknie ludzi, osierocone przedmioty trafiają na śmietniki, albo pchle targi. W sumie to chyba śmieszne, ale przeraża mnie, że jakieś cenne dla mnie rzeczy mogłyby tak skończyć. Niby nie ma to żadnego znaczenia, a jednak...
 
2011/01/02 17:27:43
Ano właśnie...
A jak to się ma do, tak silnie w naszej kulturze zakorzenionego, poglądu, że cenienie rzeczy jest czymś niegodnym? Wyznajemy przekonanie, że prawdziwe wartości są niematerialne, a tymczasem przywiązujemy się do rzeczy i przykro nam, gdy uświadamiamy sobie, że gdy nas braknie, nie będzie miał ich kto docenić.
Dziwne...
 
Gość: Henna, aelk60.neoplus.adsl.tpnet.pl
2011/03/22 23:23:57
A co pozostaje po ukochanych, jak nie przedmioty wykonane ich ręką? Robiąc patchwork zbierałam po rodzinie ubrania zużyte, bo były lubione - od siostrzeńca dostałam podarte skarpetki (i tak właśnie miało być), a od siostry - kawałek dzianiny wykonany rękami ojca. Wytarte to było tak, że - lubiana była to rzecz. A że robiona przez ojca - cenna podwójnie. Patchwork uszyłam, zawisł na ścianie, pokazuje mojemu już nie dziecku, że ma korzenia, rodzinę...
 
2011/03/23 08:13:09
Świetny pomysł z takim rodzinnym patchworkiem! To rzeczywiście musi być wspaniała pamiątka po bliskich i dla bliskich.

Sernik najprostszy

Jeszcze cieplutki. Oczywiście lepiej poczekać z krojeniem aż nieco ostygnie i stężeje, ale ja jestem niecierpliwa.

Myślałam, że nigdy w życiu nie upiekę żadnego sernika. Wydawały mi się takie skomplikowane. Aż dostałam ten przepis. Od przyjaciółki, która dobrze zna moje możliwości. Wyszedł za pierwszym razem. I potem za każdym razem.

Dziś trochę za mocno przyrumieniła mi się kruszonka, ale to nic. Naprawdę jest pyszny. Nie za bardzo słodki, kruchy, puszysty i soczysty. Idealny na każdą okazję.



Ciasto:

3 szklanki mąki krupczatki (pół kilograma),
1 kostka margaryny (250 g),
3 łyżki cukru,
3 łyżeczki proszku do pieczenia,
5 żółtek.

Ja robię tak: wysypuję na blat suche składniki (mąkę, cukier i proszek do pieczenia) i rozgniatam palcami z margaryną, później dodaję żółtka i wyrabiam ciasto. Jedną trzecią gotowego ciasta odkładam do zamrażalnika, a resztą wykładam blachę (mam taką średniej wielkości) na papierze do pieczenia.

Masa serowa:

1/2 kg zmielonego twarogu (używam gotowego),
1 jajo
budyń śmietankowy - mały bez cukru,
1/2 szklanki cukru pudru,
1/2 kostki masła lub margaryny (używam masła - 100 g).

Masę serową przygotowuje córka: utrzeć masło (mikserem), dalej ucierając dodać twaróg, jajo, budyń i cukier. Gotowe. Wyłożyć na ciasto.

Na masie serowej ułożyć pokrojone w kostkę, odsączone brzoskwinie (cała puszka) - to moje zadanie.

Pianka bezowa (robi córka):

białka z 5 jaj (żółtka poszły do ciasta),
1 szklanka cukru.

Białka ubić na sztywną pianę, dalej ubijając powoli dodawać cukier. Gotowe. Wyłożyć na brzoskwinie.

Na pianę, na tarce z grubymi oczkami, zetrzeć 1/3 ciasta, które chłodziło się w zamrażalniku.

Włożyć do piekarnika nagrzanego do temp. 180 st. i piec 30-40 min. Ja piekę 40 min., ale pod koniec trzeba sprawdzać stopień zrumienienia kruszonki. Ja dziś akurat przegapiłam właściwy moment.

Wyjąć, wytrzymać co najmniej z godzinkę (tyle mi się udało) i można próbować kroić. Taki świeży serniczek jest dla mnie najsmaczniejszy.

No to idę podjadać:-).


Komentarze
 
2011/01/02 11:34:38
To jest bardzo dobry przepis. I w zasadzie niezawodny - nie daje się zepsuć, wiem co mówię ;) A przyrumieniona kruszonka jest jak najbardziej na miejscu, mniam ;)
 
2011/01/02 17:01:07
O proszę, okazuje się, że ten przepis znany jest nieco dalej, niż tylko lokalnie na naszym płaskowyżu:).
A myślałam, że coś niezwykłego tutaj zaprezentuję;)

środa, 29 grudnia 2010

Czas na odwyk

Od tygodnia, jak co roku o tej porze, jestem na urlopie i muszę powiedzieć, że w ciągu tych kilku ostatnich dni wypoczywałam tak intensywnie, że dziś mam już dość.  Żeby była jasność, to przez wypoczywanie rozumiem w tym wypadku niczym niepohamowane oddawanie się swojemu hobby, zaś hobby to obecnie jedna tylko czynność, a mianowicie dzierganie.

A wcale nie tak miał wyglądać mój urlop. Planowałam sobie szybciutko skończyć rozpoczęty przed świętami sweterek, a potem zająć się dekupażowaniem frontów kuchennych i w przerwach książkami. Tymczasem prosty i szybki sweterek okazał się prawdziwym złodziejem czasu. Oczko za oczkiem, a końca nie było widać. Aż do wczoraj. Ufff. Naprawdę mam dość. Chyba sobie zrobię odwyk od dziergania. Co prawda tęsknym okiem spoglądam jeszcze na kilka modeli (kolorowe czapki, tunika w faliste paseczki, warkoczowy szal...), ale od drutów już mnie po prostu odrzuca.

A złodziej czasu (czyli "sweter z warkoczowym karczkiem" - Sabrina, zima 2010) wygląda tak:


detale:


Przerabiałam podwójną nitką Nicky (Elian) i Angel (Bergerede France) drutami nr 7, karczek drutami 7, 6 i 5. Zużyłam 250 g Nicky i 100 g. Angel. Dorobiłam jeszcze opaskę (bo granatowej jeszcze nie miałam, a z resztkami włóczek coś przecież trzeba robić) i kontrastowy golfik z jakiegoś starego (ale ładnego i miłego) motka.


Komentarze
2010/12/29 17:27:21
piekne! Chcialabym miec sie od czego "odwykowac"

druty to na razie czarna magia dla mnie. Moje szydelko ledwie raczkuje. Ech.

Pozdrawiam serdecznie :-)
2010/12/30 10:44:02
Ech, a mnie to cholerstwo pochłania bez reszty;)
A wieczorem znów uległam kolorowym motkom :P

Pozdrawiam moją ulubioną Emigrantkę:)
2010/12/30 18:02:28
No cóż, złodziej czasu okazał się z pewnością wart chwil, które mu poświęciłaś :) Myślę, że w gruncie rzeczy możliwość oddawania się bez reszty swojemu hobby też jest formą odpoczynku :)
Bardzo jestem ciekawa efektów dekupażowania frontów, jeżeli po fakcie zechcesz się podzielić :D
2010/12/30 20:40:25
Dekupażowanie frontów rozpoczęte. Dziś było malowanie. Oczywiście, że się podzielę efektami:)
2011/02/12 11:50:33
Świetny sweterek!
2011/02/12 17:04:11
Dziękuję Trikado:)
Gość: Aga, h-87-199-29-133.dolsat.pl
2012/08/08 19:52:32
Boski sweterek!!!! Który to dokładnie numer Sabriny?? Jestem gotowa szukać tej gazety nawet w antykwariatach by znaleźć przepis na niego:) Proszę mi pomóc..
2012/08/10 18:52:02
Nie ma problemu, podaj mi tylko swój adres e-mail, to prześlę Ci opis wykonania:)
2012/08/15 21:47:08
Śliczne, naprawdę warte poświęconego czasu. Bardzo proszę o opis wykonania ania.w0@buziaczek.pl :)
2012/08/16 18:16:23
Poszło; sprawdź maila:)

niedziela, 19 grudnia 2010

Żakiecik

A to jest żakiecik, który zrobiłam dla tych właśnie rajstop:


Trochę nad nim popracowałam, bo choć korzystałam z gotowego modelu (Sandra Extra, nr 4/2010), to jednak wprowadziłam kilka zmian.

Ponieważ bardzo nie lubię zszywać dzianin (zwłaszcza szydełkowych) postanowiłam przody i tył przerabiać w jednym kawałku, w odpowiednim miejscu dołączając rękawy, a następnie karczek wykończyć reglanem. Skutek był taki, że ta drutowa część wyszła mi nieco za długa, szydełkowy dół zaczynał się za nisko, a całość była jakaś taka workowata i bezkształtna. Już miałam pruć całą górę, gdy przyszło mi do głowy, że mogę trochę przymarszczyć tył i w miejscu marszczenia przyszyć patkę.

Teraz jest w porządku. No i obeszło się bez prucia. A w przyszłości popracuję jeszcze nad czymś podobnym, żeby szydełkowy dół był luźniejszy i bardziej trapezowy, a góra lepiej dopasowana.


Przerabiałam na drutach i szydełkiem nr 7, podwójną nitką Dora Light (Madame Tricote). Włóczka jest świetna, bardzo miły i gładki stuprocentowy akryl. Nie drapie nawet na gołą skórę. Z wyglądu trochę przypomina włóczki bawełniane. Świetnie nadaje się na szydełko. Zużyłam niecałe 600 g.


Komentarze 
2010/12/21 05:48:07
Podziwiam tempo, w jakim powstają Twoje dzieła :) Żakiecik jest śliczny, myślę że dzięki patce jest bardziej interesujący od oryginału :) Ażurki i przymarszczenie, które dodałaś to elementy, które najbardziej mi się podobają :)
2010/12/21 08:40:48
Tempo chyba spadnie, bo jakoś tak od wczoraj zapał do dziergania mnie opuścił. Kiełkuje za to pomysł na decoupage...

sobota, 18 grudnia 2010

Wszyscy jesteśmy artystami

Kolejnym impulsem skłaniającym mnie do refleksji był wpis Szafiareczki dotyczący stereotypowego oceniania osób, dla których pasją jest moda. Zamiłowanie do ubrań, do ładnego wyglądu jest odbierane jako coś na tyle niepoważnego, że właściwego jedynie pustym idiotkom. Szafiareczka zastanawia się dlaczego tak jest.

Pod wpisem pojawiła się znaczna ilość komentarzy. Ja również zabrałam głos, bo temat wydaje mi się niezwykle interesujący. Po pierwsze dlatego, że dotyczy stereotypu, który już sam w sobie jest pasjonującym tematem do dyskusji: skąd się wziął, dlaczego jest tak utrwalony w świadomości ludzi i czy rzeczywiście zawiera ziarno prawdy.

(O stereotypach czytałam kiedyś w książce Elliota Aronsona pt. "Człowiek - istota społeczna". Był tam cały rozdział poświęcony temu tematowi. O stereotypach pisze też wiele publicystek feministycznych, bo są one podstawą powszechnej, często nawet nieuświadomionej, dyskryminacji kobiet w wielu dziedzinach ludzkiej aktywności. Dyskredytacja mody i zamiłowania do ubrań, które to zagadnienia kojarzone są głównie z kobietami, idealnie wpisuje się zresztą w schemat podważania autorytetu i pomniejszania wartości wszystkich sfer działalności uważanych za kobiece. To temat na zupełnie osobną notatkę i nie wykluczone, że kiedyś go podejmę, bo jest naprawdę ciekawy).

Po drugie zaś dlatego, że uświadomiłam sobie, że moda, to nie tylko gazety, które piszą o trendach w bieżącym sezonie. Moda, to nie tylko sposób ubierania się, tkaniny, faktury i fasony popularne w jakimś czasie i miejscu.

Czym więc jest moda? - zaczęłam się zastanawiać. Przypomniałam sobie galerie szafiarek, które oglądam, przypomniałam sobie w jaki sposób prezentowane są dzianiny w gazetkach, w których szukam inspiracji do swoich robótek. I stwierdziłam, że moda to sztuka. W stylizacjach szafiarek i gazetowych modelek nic nie jest przypadkowe. Każdy element tworzy harmonijną całość. Jest zamkniętą kompozycją. Jest jak obraz, w którym znaczenie ma każde pociągnięcie pędzla. W komentarzu pod wpisem Szafiareczki napisałam: "Moda to sztuka, dlatego każdy, kto w jakiś sposób kreuje własny wizerunek jest artystą (może niekoniecznie od razu przed duże A) i jako taki czuje potrzebę uwiecznienia swojego dzieła. Blogi świetnie tę potrzebę realizują; to swoiste galerie sztuki.", na co odpowiedziała mi mys: "nie zgodzę się kompletnie, ze moda to sztuka i komponując strój stajemy sie artystami. Sztuka wymaga czasu, zdolności, to jest coś ponad zwykłych ludzi, choć właściwie dla nich tworzone. Takie swoiste sacrum. moda sztuką na pewno nie jest, bo ubrać się ładnie potrafi chyba każdy. Nie każdy odnajduje w tym przyjemność, ale każdy z nas jakoś tam ubrany chodzi. Moda to po prostu hobby, zainteresowanie, niekiedy chwilowy szał, czasem sposób na zarabianie, ale na pewno nie sztuka. myślę, że to porównanie było bardzo nieodpowiednie" i dalej: "Freski w kaplicy sykstyńskiej, a finezyjne ciuchy, nawet zrobione własnoręcznie, z pomysłem, kreatywnością itd itp to jednak nie jest ta sama półka."

Chodzi o to, że dziś pojęcie sztuki nie zawęża się jedynie do tzw. sztuk pięknych (malarstwa, rzeźby, architektury, muzyki, wymowy, poezji, tańca i teatru). Dziś nie ma ogólnie przyjętej, zamkniętej definicji sztuki. Dziś sztuka nie musi być nawet piękna. Może spełniać różne funkcje (emocjonalne, metafizyczne, etyczne, komunikacyjne, estetyczne) ale jednak one nie stanowią o jej istocie. Osobiście uważam, że sztuka nie tyle wiąże się z produktem końcowym, ile z samym procesem tworzenia, z pracą, którą wkłada się w stworzenie swojego dzieła. Gdy pojawia się w głowie pomysł, a ty siadasz i zaczynasz go realizować, z sercem, pasją, własnymi rękami, poprawiasz ją, dopieszczasz w taki sposób, by jak najlepiej ten zamysł odzwierciedlała - to jest dla mnie SZTUKA.

Sztuką jest pisanie tej właśnie notatki. Temat na nią pojawił się kilka dni temu. Od tego czasu wciąż o niej myślałam, przetrawiałam ją, a teraz próbuję wyartykułować w najlepszy możliwy dla mnie sposób, zarówno w formie, jak i treści.

Sztuką jest, gdy urzeczywistniam pomysł na wdzianko pasujące np. do rajstop. Gdy to wdzianko dopieszczam dodatkową falbanką, szydełkowym kwiatkiem, czy czymkolwiek innym w taki sposób, by efekt końcowy był jak najbliższy twórczemu zamysłowi.

Zdaję sobie sprawę, że w potocznym rozumieniu słowa takie jak sztuka czy artysta wiąże się z jakimś ogromnym, światowym talentem, z czymś wyjątkowym niemal na miarę kosmiczną, z czymś nieosiągalnym dla przeciętnego człowieka. Myślę, że to wynika z tego, że ludzie zawsze oceniają efekt końcowy. Owszem, dzieło jest ważne, ale moim zdaniem ważniejszy jest proces twórczy, w którym tak naprawdę wyraża się dążenie do uzyskania jakiejś doskonałości. Gdy z całych sił pracujemy, by zbliżyć się do ideału, to czym różnimy się od Van Gogha malującego Słoneczniki, czy Virginii Voolf tworzącej postać pani Dalloway?

Nie stawiam się na jednej półce z Michałem Aniołem. Moje robótki to nie są freski w Kaplicy Sykstyńskiej. Ale sztuka to pojemna dziedzina, a ludzie, jako jedyny gatunek na Ziemi mają naturalną potrzebę twórczości. Może skromność nie powinna pozwalać mi nazywać się artystką. Kiedyś napisałam, że bardziej jestem rzemieślniczką, bo większość moich prac ma charakter odtwórczy, ale... Ale z drugiej strony każda rzecz, którą zrobię zawiera jakiś mój osobisty rys i w pewien sposób jest niepowtarzalna. Więc chyba jednak trochę jestem artystką.

No i mam swoją galerię. Mój blog.


Komentarze
 
2010/12/18 13:41:34
Myślę, że wszyscy jesteśmy artystami, ale nie wszyscy zdajemy sobie z tego sprawę, nie wszyscy wykorzystujemy swój potencjał. Poza tym istnieje przecież poważny termin "sztuka użytkowa", który obejmuje również modę.
Piękny tekst, naprawdę świetnie mi się czytało :)
 
2010/12/18 15:30:30
Uważam, że masz słuszność, a utożsamianie sztuki tylko z tą "wysoką" stawia znak zapytania, nie nad nami - robaczkami, bo nam to nie zaszkodzi wcale - tak mało znaczymy :) Lecz nad całą sztuką pozostałą, która aż tak "wielka" nie jest, lub nawet jest, lecz nie osiągnęła odpowiedniej renomy. Patrząc na van Gogha, który za życia był zupełnie nieuznany i egzystował w skrajnej nędzy, można zapytać, jak daleka jest rola subiektywnej oceny w procesie uznawania sztuki i skąd, w takim razie na pewno wiemy, że wymaga ona czasu, talentu i wysiłku? Czy nie można stworzyć czegoś lekko, szybko i z przyjemnościa? Czy to nie będzie sztuką?
Jeżeli chodzi o modę, z całą pewnością stanowi rodzaj sztuki, będąc przykładem pewnego rodzaju twórczości. Inną sprawą jest jej wartość - różna w każdym przypadku, czy to wielki projektant, indywidualny twórca, czy tylko ktoś, kto te rzeczy na sobie zestawia. Sztuka użytkowa o której wspomniała Rebecca na pewno jest kategorią, w której wiele z tak rozumianej mody może się pomieścić. Od razu zaznaczam, że komentując nie mam na myśli siebie, nigdy w ten sposób nie myślałam. No i nie mogę się zgodzić z twierdzeniem, że każdy umie ubrać się ładnie. Szkoda - ale tak nie jest.
 
2010/12/18 18:39:50
Rebecca, też tak myślę. Myślę, że boimy się wielkich słów. Tworzymy w swojej świadomości absoluty, które są dla nas nieosiągalne. To usprawiedliwia nasz brak aktywności, naszą rezygnację i staje się swego rodzaju wymówką: nie ma co się starać, i tak nie zostanę wielkim artystą/sportowcem/pisarzem/fotografem...
To nie było planowane, ale prowadzenie bloga pomogło mi zacząć oswajać te wielkie słowa. Nie muszę być wielka na miarę światową, wystarczy, że będę wielka na swoją miarę.
Cieszę się, że mój tekst Ci się podobał. Tworzenie jest ważne, ale miło, gdy w tym tworzeniu ktoś dostrzeże dzieło sztuki:) (nawet jeśli będzie to dzieło przez małe "d" w sztuce przez małe "s").

Agnieszka, celowo podałam właśnie przykład Van Gogha, który za życia nie sprzedał chyba ani jednego obrazu. Ale on nie był jedynym artystą wyprzedzającym swoją epokę. Ostatnio czytałam bardzo ciekawy artykuł o Yoko Ono. Jej sztuka również dopiero po wielu latach doczekała się zrozumienia i uznania.
Osobiście nie uznaję autorytetów w dziedzinie sztuki, uważam, że kontemplowanie, przeżywanie sztuki jest sprawą na tyle indywidualną, prywatną (chciałoby się rzec intymną), że nikt nie ma prawa odgórnie orzekać, co sztuką jest, a co nie.

wtorek, 14 grudnia 2010

Black and white

Skończywszy w ostatni piątek jedną robótkę (sfotografuję po zblokowaniu) i ledwie nabrawszy oczka na kolejną, przypomniałam sobie, że w pawlaczu leży stary, nieużywany sweter, którego kolor idealnie pasowałby do zeberkowych legginsów...

(Legginsy owe kupiło moje dziecko na początku lata, ale ponieważ okazały się być dość krótkie, leżały sobie na półce nieużywane, niemal zapomniane, aż do momentu, gdy ostatnio wpadłam na pomysł, że przecież sama mogłabym je nosić. No to co, że wzór w zebrę? że niby w moim wieku już nie pasuje? chrzanię to! - szybko przemyślałam sprawę).

Rzuciłam więc w kąt nową robótkę i zajęłam się starym swetrem z pawlacza. Podumałam chwilę i postanowiłam spruć. Trochę zakrawa to na ironię, gdy mając dwa kartony pełne zupełnie nowych motków, ja pruję stary sweter, ale nic to. Nowe motki nie uciekną. Kiedyś je przerobię...

W sobotę od pomysłu przeszłam do działania. Tak powstał szal (kolejna wariacja znanego w sieci Baktusa), czapka-uszatka z pomponem, czapka gładka (bo uszatka z pomponem nie znalazła uznania u córki) oraz szeroka opaska (bo często noszę spięte włosy, a kucyk pod czapką nie chce się mieścić).

Ponieważ nie chciało mi się czekać do weekendu, kiedy to można by moje nowe dziergotki sfotografować w świetle dziennym, to zdjęcia są z dzisiejszego popołudniowego spaceru z pieskiem. Są, jakie są, trudno. W mieszkaniu, przy sztucznym świetle wcale nie byłyby lepsze.

Tutaj w opasce:


Tu w uszatce:


A tu w czapeczce gładkiej:


Wszystko przerabiałam wzorem francuskim i drutami nr 9. Włóczka to czarno-szaro-biały melanż, 100% akryl (Pavarotti firmy Opus), równie miła, co podła jakościowo. Mechaci się od samego przerabiania. Jako sweter wyglądała paskudnie, ale w nowej formie jest całkiem ładna.


Komentarze
2010/12/15 18:48:14
A ja, z czapek, jestem za czapką uszanką najbardziej. Ma ogromnie dużo uroku :) Śliczny komplet sobie sprawiłaś i w dodatku wieloelementowy, jak to się mawia w polityce - full wypas :) Ja bym (do uszanki) jeszcze rękawiczki z jednym palcem dodała, a co !
2010/12/15 18:49:41
A, zapomniałam dopisać, że mam podobny problem - pudełka wypchane półproduktem rozmaitem i do tego o 24 godziny za krótką dobę ;D Ale za to trudno się nudzić, prawda ?
2010/12/16 08:33:40
Takie grube rękawice byłyby super, ale już mi swetra brakło:).
Doba, niestety, jest zawsze za krótka. Wieczorem tak by się ją chciało przedłużyć..., że potem rano wstać jest trudno;). Ale jeszcze tydzień pracy i półtora tygodnia wolnego! Planuję nawet przeczytać Trylogię Millenium i zrobić dekupażową skrzynię dla przyjaciółki...
Ileż to człowiek mógłby zrobić, gdyby nie praca! Tyle, że ta praca właśnie finansuje wszystko to, co po pracy...:)

piątek, 10 grudnia 2010

Rozgryzłam

... temat podlinkowanego tytułu wpisu !!!!

I od dziś tytuły moich wpisów są linkami do tych konkretnych wpisów. A to dzięki tej stronce.

Mała rzecz, a cieszy:D

czwartek, 9 grudnia 2010

Post scriptum

Ostatnimi czasy kilka moich wpisów spotkało się z nieprzychylnym odbiorem, co skłoniło mnie do przemyślenia swojego stylu pisania i podejmowanych tematów. (To znaczy - nie chodzi o to, by przemyśleć i pisać tak, by się lepiej i każdemu podobało. Chodzi o to, by przemyśleć dlaczego niektóre moje teksty spotykają się z takim właśnie odbiorem). Szczególnie zastanawiające były słowa przyjaciółki, która przeczytawszy moją notatkę na temat Dnia Dziękczynienia stwierdziła, że jest ona mocno przesłodzona. Nie zamierzam w tym miejscu dowodzić, iż wcale tak nie jest, bo przecież nie mogę zaprzeczać czyimś wrażeniom, ale mogę się zastanowić, dlaczego moje niektóre teksty budzą takie wrażenia.

Rzeczywiście, wiele moich wpisów, w których próbuję opisać moje emocje, pełnych jest patosu i czułostkowości. Nie potrafię tego uniknąć. Trudno mi inaczej pisać o ważnych i wzniosłych rzeczach. Na przykład o rodzinie.

Na co dzień myślę o swojej rodzinie zwyczajnie, ot po prostu ją mam. Żyjemy banalnym, powszednim życiem: robimy zakupy, sprzątamy, gotujemy, płacimy rachunki, pracujemy, córka się uczy. Ale, gdy na chwilę się nad tą normalnością zatrzymam i podumam, to uświadamiam sobie, że ta nasza codzienna egzystencja wcale nie jest taka zwyczajna. Udało nam się zbudować naprawdę szczęśliwą rodzinę, w której czujemy się akceptowani, bezpieczni i kochani. To nie jest zwyczajna, ani łatwa sprawa. Wielu ludziom się to nie udaje. Połowa moich znajomych jest rozwiedziona. Rozpadły się związki moich najbliższych: rodziców, brata, kuzyna, stryja. Mój też przeżył poważne tąpnięcie. Dekadę wcześniej sama nie doceniałam i nie rozumiałam znaczenia rodziny. Bardziej była dla mnie obciążeniem niż dobrodziejstwem. Dziwiłam się, gdy ktoś wśród swoich sukcesów życiowych wymieniał posiadanie rodziny. Jakiż to sukces? - pytałam z lekceważeniem. Mężowi powiedziałam, że tylko kompletni nieudacznicy, którzy nie mogą pochwalić się żadnymi osiągnięciami, chwalą się rodziną.

Musiało wydarzyć się kilka rzeczy, a ja musiałam wiele przemyśleć, by zrozumieć, że rodzinę definiuje wzajemna lojalność, zaangażowanie, troska, uczciwość i miłość osób, które się na nią składają, a wartości te wcale nie są łatwo i każdemu dostępne. Ja mam to szczęście, że dla mnie są. Doświadczam ich zawsze, gdy tego potrzebuję i zawsze mam świadomość, że to coś wyjątkowego i cennego. Czy można o czymś takim pisać lekko i obojętnie?. Może i można, ale ja nie potrafię. Dla mnie jest to coś tak wzniosłego, że po prostu nie znajduję innej formy wyrazu.

Słowa przyjaciółki uświadomiły mi jednak, że dla osób, które mnie znają, tego typu moje wypowiedzi muszą brzmieć przesadnie sentymentalnie. Częściej bowiem niż do roztkliwiania się, skłonna jestem do cynizmu i ironii. Twarda i wredna ze mnie suka. Kpię sobie z romansów, szydzę z miłosnych uniesień książkowych i filmowych bohaterów, łatwo przychodzi mi nazwanie męża starym bucem, a córki wstrętną bałaganiarą, ale... Ale to tylko część mnie. Od czasu do czasu ujawnia się też druga strona mojej natury: tkliwa, miękka i wzruszona. Taka też jestem. Ta część mojej osobowości też ma prawo do zaznaczenia swojego istnienia, do wyrażenia się. Okazuje się, że na blogu jakoś łatwiej mi to przychodzi niż w realnym życiu wobec konkretnych ludzi. Nawet mój mąż po którejś mojej złośliwej uwadze stwierdził, że na blogu  jestem inna niż w rzeczywistości. Ale tak naprawdę nie ma w tym żadnej sprzeczności. Jestem apodyktyczną, przemądrzałą, zawziętą zołzą, ale też wrażliwą idealistką, wierzącą w ludzkość i pragnącą pokoju na świecie. I naprawdę uwielbiam swoją rodzinę:).


Komentarze

2011/01/26 18:45:36
Ojej, jakbym o sobie czytała:)
Tylko ponieważ ja mam trochę (sporo?) więcej lat, więc zdążyłam lekko zniwelować te drastyczne różnice charakteru; zołzą teraz bywam, a kiedyś byłam stale;P
I też nie doceniałam tego, co mam, rodzina była u mnie na końcu... Na szczęście w porę się puknęłam w łeb:)

2011/01/27 08:42:03
Szczęśliwie z wiekiem człowiek nabiera nie tylko zmarszczek, ale i łagodności; szczerze powiem, że teraz lepiej mi jest ze sobą, o otoczeniu nie wspomnę... :D

niedziela, 5 grudnia 2010

Piękna i zła

Każdy, kto mnie choć trochę zna wie, że nie lubię zimy. Zima jest zła. Jest kosztowna i same z nią, i przez nią kłopoty. Komplikuje pracę samolotom, samochodom i innym środkom lokomocji lub wręcz w ogóle je unieruchamia, utrudnia życie pieszym, zmusza do ciągłego odśnieżania nie tylko ulic, chodników i podjazdów, ale też dachów, ... i tak dalej, mogłabym wymieniać w nieskończoność, ale... Uczciwie muszę przyznać, że zima jest też piękna. Od wczoraj jestem nią urzeczona. Co rusz wychodzę z aparatem na podwórko, by uwiecznić kolejny zachwycający obrazek, który maluje za pomocą mrozu, śniegu i mgły. I niestety, moje zdjęcia niespecjalnie oddają to piękno, które na żywo aż dech w piersiach zapiera.






Komentarze
2010/12/07 07:12:13
Było naprawdę pięknie, muszę to przyznać, choć też zimy nie lubię. Niestety, od wczoraj u mnie odwilż i roztopy :( Znów mi się przypomniało, czemu nigdy na nią nie czekam ;)
2010/12/07 15:31:39
U nas też, ale przynajmniej samochód odpala, więc drogę do pracy i tak pokonuję suchą nogą:)

Odziana w dzianinę

Dzianinę kocham od dawna. Jest ucieleśnieniem wszystkiego tego, co w chłodnych czasach lubię najbardziej: przytulności, ciepła i miękkości. Niestety, jest to miłość nieodwzajemniona. Dzianina mnie gryzie. Nie "lekko drapie", jak piszą o swoich wełnianych wyrobach inne dziewiarki. Mnie GRYZIE i to w taki sposób, że jest to absolutnie nie do zniesienia. Ileż ja się muszę nakombinować, by móc nosić swoje ulubione rzeczy! Ot, choćby grube rajtuzy. Bez cienkich pod spodem nie ma szans, bym mogła je założyć. Zjadły by mnie chyba żywcem. Dzianinowe bluzeczki i sweterki są bez szans, jeśli pod spodem nie chronią mnie bawełniane koszulki z długim rękawem i najlepiej na stójce.

Ten stan rzeczy jest dla mnie tym bardziej przykry, że znacznie ogranicza mi wybór włóczek, z których mogę tworzyć swoje ubrania. Każda włóczka wełniana lub z dodatkiem wełny odpada. Gryzie nawet przez to, co mam pod spodem. Moher też nie jest dobry. Pozostają mi tylko włókna akrylowe, które co prawda na gołą skórę też drapią, ale da się je nosić na tzw. wierzch. I właśnie dla takiego celu przeznaczone są moje ostatnie wyroby: leciutkie jak piórko, akrylowo-moherowe bolerko i narzutka oraz opaska z golfikiem. Golfik gryzie jak diabli, wiec oczywiście będę go mogła nosić tylko do golfów, choć w założeniu miało być zupełnie inaczej. Opaska za to, choć z tych samych włóczek, jest zaskakująco miękka.




Bolerko wg modelu z "Damy w swetrze" nr 9-10/2010 przerabiałam podwójną nitką: Sasanką (Anilux) i Luną (Madame Tricote) oraz drutami nr 5,5. Do narzutki wykorzystałam ten sam wzór.

Opaska zgodnie z opisem z Garn Studio. Golfik powstał przez przypadek już tylko po to, by wykorzystać resztę włóczki.

Na wszystko poszło mi 200 g Sasanki i 100 g Luny.


Komentarze
2010/12/05 23:33:28
no ladne, ładne - ale ta sukieneczka/tunika - też sama zrobiłaś??!!
śliczna!

:) pzdr
2010/12/06 18:01:19
Nie, sukienka to był zakup specjalny pod to konkretne bolerko:). Jak je wydziergałam, to okazało się, że kompletnie nie mam nic, do czego mogłabym je założyć.
Dziękuję i też pozdrawiam:)
2010/12/07 07:18:02
Wełna już chyba ma to do siebie, że drapie, bo ja również mam z nią problem. Dlatego najbardziej cenię sobie okrycia zenętrzne z dodatkiem wełny, pod spód rezerwując bardziej przyjazny, a przecież milutki (i łatwiejszy w praniu) akryl.
Bolerko jest prześliczne, zarówno kolor, jak i fason - szczególnie te małe pomponiki :) Bardzo podoba mi się w połączeniu z sukienką, faktycznie jest to zakup w 100% dopasowany.
2010/12/07 15:40:31
Te pomponiki to takie szydełkowe spiralki (w jednym oczku łańcuszka robi się 4 słupki). Strasznie lubię falbanki, troczki i w ogóle wszystko, co dynda, wykańczam w ten sposób co się tylko da:).
A golf od sukienki jednak trochę drapie w szyję.

sobota, 27 listopada 2010

Nie zapraszałam

... ale i tak przyszedł. Rozgościł się na trawnikach, wziął w posiadanie ulice i chodniki, pokrył drzewa i dachy. I przemoczył mi buty.

Pierwszy Śnieg.


czwartek, 25 listopada 2010

Święto Dziękczynienia

Bardzo podoba mi się to święto. Podoba mi się z dwóch powodów. Po pierwsze: ze względu na swój uniwersalny charakter - Dzień Dziękczynienia może świętować każdy, niezależnie od narodowości i wyznawanej lub niewyznawanej religii. Po drugie: bliska jest mi idea refleksji i skupienia nad tym, co dobrego spotyka nas w życiu oraz właściwego doceniania tych doświadczeń. Pisałam już o tym wcześniej (i w tym miejscu chciałam dać link do odpowiedniego wpisu, jednak okazało się, że w moim blogu tytuły wpisów nie są linkowane, a ja nie mam pojęcia jak można to zmienić w CSS-ie; wspomnianą notkę można znaleźć w zakładce czerwiec 2010: "O rozjazdach, wdzięczności i afrykańskich upałach").

Dlatego właśnie dziś przyłączam się do świętujących Amerykanów, aby wyrazić wdzięczność za wszelkie dobro i pomyślność, jakich doświadczyłam w ciągu ostatniego roku. W szczególności wdzięczna jestem za moją Rodzinę, za najbliższych mi ludzi, za to, że są przy mnie i kochają mnie nawet wtedy, gdy jestem zła, chora, nieszczęśliwa i marudna. Dzięki nim wszystko jest prostsze, a ja czuję się bezpieczna i akceptowana. Dzięki temu, że są - i ja mam kogo kochać, mam kogo otaczać uwagą i mam komu upiec placka, lub usmażyć racuchy na niedzielne śniadanie. Jestem wdzięczna za to jesteśmy zdrowi i nie dotykają nas żadne większe nieszczęścia.

Dziękuję mojemu Mężowi za cierpliwość i wyrozumiałość, i za to, że jest stałym czytelnikiem mojego bloga. Jestem wdzięczna, że z mojej Córki rośnie pełna planów na przyszłość, inteligentna i piękna młoda kobieta. Dziękuję za Rodziców, którzy wciąż i bezwarunkowo otaczają mnie swoją uwagą i troską. Jestem wdzięczna mojemu Bratu i Bratowej, że mimo różnych problemów wciąż podejmują starania, by łączyły nas ciepłe, rodzinne stosunki. Cieszę się, że niedługo znów zostanę ciocią (nie mogę się już doczekać przyjścia na świat mojego najmłodszego bratanka!) i bardzo, ale to bardzo cieszę się na planowane wspólne wakacje z moimi starszymi bratankami.

Jestem wdzięczna za mój Dom, za mój własny kąt na tym świecie, ciepły i bezpieczny, w którego zaciszu mogę oddawać się swoim pasjom i, z pomocą internetu, poznawać wyjątkowych ludzi, uczyć się od nich i czerpać inspirację.

I wdzięczna jestem za swoją pracę, w której czuję się spełniona i doceniona, i w której dziś właśnie mamy wielką imprezę z okazji imienin Szefa.


Komentarze

2010/11/25 17:32:07
Nie jestem zwolenniczką "przeszczepiania" na nasz grunt obcych świąt. Jednak przy okazji tak zmieniłaś jego charakter, że właściwie powstało nowe, indywidualnie obchodzone święto ;) Może nie sama nazwa, lecz idea bardzo mi się podoba, bo w Polsce właściwie nie mamy radosnych świąt. Same rocznice na smutno, podniosłe, bez miejsca na radość dla zwykłego człowieka. Choć w tym roku 11 listopada były pierwsze jaskółki w postaci rozmaitych festynów, mam nadzieję, że to się rozpowszechni :) No i rocznica okrągła bitwy pod Grunwaldem - czemuż by tego nie powtarzać co roku ? Zatem w tym sensie popieram Twoją ideę świętowania Święta Dziękczynienia jak najbardziej :) Nawet codziennie :)

2010/11/26 09:43:58
W zasadzie ja też nie jestem zwolenniczką takich "przeszczepów", ale akurat idea i historia amerykańskiego Dnia Dziękczynienia bardzo do mnie przemawiają.
Masz rację, że brak u nas radosnych świąt. Mnie osobiście zaś brakuje radosnych świąt o charakterze świeckim. U nas nie dość, że każde święto ma charakter religijny (nawet Dzień Niepodległości i Święto Wojska Polskiego), to na dodatek polska religijność jest, moim zdaniem, wyjątkowo mało radosna, za to bardzo "nadęta".
Zgadzam się, że powinniśmy radośnie celebrować więcej szczęśliwych i pozytywnych wydarzeń z naszej historii. Ale do tego potrzeba chyba zmiany mentalności pojedynczych ludzi. Może kiedy przestaniemy skupiać się na swoich krzywdach i problemach, a zaczniemy zauważać i doceniać to, co dobrego nas spotyka, to przełoży się to również na postrzeganie naszej historii. Przecież nasza historia, to nie tylko zabory i zdławione powstania. Wygrana Bitwa pod Grunwaldem jest dobrym przykładem.
A zmianę mentalności zaczynam od siebie i swojej rodziny:)

2011/01/26 19:10:31
Też jestem za!
Za mało albo w ogóle nie doceniamy tego co mamy, za to uwielbiamy skupiać się nad tym co złe, co się nie udało i co nie działa. Lubimy(?) się zamartwiać i licytować komu gorzej na tym ziemskim padole.

A gdyby tak skupić się właśnie na tym za co jesteśmy wdzięczni: innym i sobie (również sobie!)...?
A gdyby posunąć się jeszcze dalej i prowadzić Dziennik Wdzięczności i codziennie zapisywać drobne, najdrobniejsze nawet powody do bycia wdzięcznym...?
Mogłoby się okazać, że po jakimś czasie nie ma kto narzekać;)

2011/01/27 08:55:59
Co wieczór przed zaśnięciem myślę sobie o kończącym się właśnie dniu, robię sobie taki mały bilans pozytywnych i negatywnych doświadczeń. Zawsze wychodzi na plus, choćby z tego powodu, że mogę spokojnie położyć się spać (odkąd przeczytałam Sołżenicyna, przestałam tę codzienną czynność traktować jako coś oczywistego).
Dziękuję Ci Sowo za Twoje bardzo miłe komentarze:)

niedziela, 21 listopada 2010

Tunika z recyklingu

Na początku były motki. Zakupione z największą uwagą, zweryfikowane pod względem grubości, jakości i miękkości. Z motków powstał sweter. Niby ładny, ale coś było z nim nie tak. Nie leżał. Zdarza się. Sweter poszedł do sprucia. Ze swetra powstała tunika. Przypomniałam sobie o niej jakoś tak na początku jesieni, gdy, przy okazji porządków, robiłam przegląd swojej garderoby. Tunika też jakoś mi nie leżała. Prawie jej nie nosiłam. Niby zaraz po zrobieniu mi się podobała, ale potem ... nie czułam się w niej dobrze. Strasznie nie lubię, gdy jakieś moje ciuchy leżą nieużywane, zwłaszcza włóczkowe ciuchy, to dla mnie wielkie marnotrawstwo materiału. Chwilę nad nią podumałam, jeszcze raz przymierzyłam i... sprułam.

Do uzyskanej włóczki (a pamiętam, że była to Puchatka Aniluxu) dodałam jeszcze nitkę Sasanki (również Aniluxu) i, tym razem szydełkiem (nr 10), wydziergałam sobie zupełnie nową tunikę. Wydziergałam i rzuciłam w kąt, gdyż moją uwagę przykuły inne, w moim przekonaniu atrakcyjniejsze, projekty. Dopiero ostatnio dorobiłam do tuniki włochaty szaliczek i dziś wreszcie ją zszyłam, a ponieważ dzień był piękny, udało się ją również od razu sfotografować w plenerze na spacerze:).

No cóż, do trzech razy sztuka. Oto metamorfoza mojej tuniki:


W spacerze uczestniczyła również nasza nieodłączna towarzyszka, Brenda, która tym razem, albo kręciła się koło moich nóg, skutecznie psując kolejne ujęcia, albo z kolei, podekscytowana, odbiegała za daleko, siejąc postrach wśród, nielicznych na szczęście, spacerowiczów. A poza tym - nie do wiary! - znów zakwitły trawniki:)


Komentarze
2010/11/25 16:07:51
świetnie wyglądasz w tej nowej tunice, zdolna baba z Ciebie :)
2010/11/25 23:17:01
faktycznie - nowsza wersja bardziej udana :)

pozdrawiam :)
2010/11/26 09:52:43
I ja jestem zadowolona z tej wersji. I mam nadzieję, że w takiej formie moja tunika się już godnie zestarzeje (a wtedy przerobię ją na dywanik albo pufę dla wnuków:))))

Dziękuję i pozdrawiam:)

piątek, 19 listopada 2010

Małe, a cieszą

Szydełkowe bransoletki. Wydziergałam je, bo ubierając się ostatnio do pracy uznałam, że brakuje mi jakiegoś dodatku do mojego stroju. Czegoś, co będzie stanowiło harmonijne uzupełnienie szalika i opaski/chustki na włosach. Pomysł przyszedł mi akurat w samym środku pełnego pracy dnia. Ledwie mogłam się skupić na swoich obowiązkach. Moje myśli co rusz, zamiast pracą, zajęte były rozważaniem możliwych technik realizacji mojego pomysłu. Nareszcie wybiła szesnasta i mogłam pognać do domu, gdzie z zapałem przystąpiłam do pracy.

Dwa wieczory później, bardzo kontenta, stałam się radosną użytkowniczką takich oto bransoletek:



Przerabiałam z włóczek Anilux: grafitową, turkusową i jasnozieloną Dalią (zdjęcia nie oddają za dobrze rzeczywistych kolorów) szydełkiem nr 4. Zrobiłam na okrągło tunel, który niezbyt mocno wypchałam resztkami włóczek, zszyłam końce. Następnie, wzdłuż tunelu przeszyłam ściegiem maszynowym (to się chyba nazywa pikowanie) w dwóch miejscach, dzięki czemu bransoletka jest dość sztywna i nie traci formy.


Komentarze
2010/11/19 19:11:40
Śliczne :) Jaki zbieg okoliczności - też właśnie robię szydełkowe. Jako bazę przyjęłam takie wąskie metalowe obręcze, niby-bransoletki, które dopadłam w sh. Sądzę, że te też są zrobione "na czymś" ?
2010/11/19 20:51:39
Tak czułam, że coś nas łączy:)))))
Moje bransoletki nie mają bazy. To po prostu wypchane i przepikowane tunele. Zaskakujące dla mnie było, że okazały się dość sztywne, choć oczywiście można je złożyć na pół:). Zaletą takiego rozwiązania jest, że można je spokojnie prać.
Niecierpliwie czekam na Twoje bransoletki:)

niedziela, 14 listopada 2010

Miesiąc z okładem...

... zajęła mi praca nad moją pierwszą dzianinową sukienką. Już myślałam, że nie uda mi się jej sfotografować w plenerze, tymczasem w połowie listopada mamy właśnie piękną jesienną pogodę. I muszę to zapisać, bo za rok nikt już nie będzie pamiętał: dziś było 17 stopni ciepła! Szkoda, że wiatr wiał dość mocno, ale to właściwie pestka; w tych warunkach nie warto wypominać Pani Jesieni tej dorobnej niedogodności:).

Wczoraj wieczorem dorobiłam do sukienki ciemnośliwkowy, włochaty szaliczek, a jeszcze dziś sznurkowy pasek, dlatego na sesyjny spacer wyszliśmy dość późno; zdążyliśmy się załapać akurat na ostatnie promyki słońca:


Sukienkę robiłam wg opisu z Sabriny nr 3/2010 z włóczki Elian Klasik i drutami nr 4. Cienkie druty, cienka włóczka, oj nieprzyzwyczajona jestem do takiej drobnicy - strasznie powoli przybywa robótki. Pomimo to muszę przyznać, że praca była łatwa i przyjemna.

I jeszcze zbliżenie na wzór:




Komentarze
2010/11/15 13:52:08
bardzo fajny klimat ;)
2010/11/15 15:39:24
dziękuję, bardzo mi miło:)
2010/11/15 21:49:59
Sliczna sukienka, zarowno forma jak i dobor kolorow bardzo mi sie podoba. No i jej niepowtarzalnosc, rzecz nie do pogardzenia w swiecie produkcji masowej i sieciowek na kazdym rogu.
2010/11/16 09:49:31
O tak, rękodzieło daje świetną możliwość wyrażenia własnej indywidualności. Dziękuję i pozdrawiam:)
2010/11/16 16:44:25
Piękna ta Twoja sukienka :) Podoba mi się dobór kolorów, bo przy obecnej "indiańskiej" modzie, takich zestawień kolorystycznych nie uświadczysz. Podziwiam wszelkie szydełkowe twory, nieodmiennie wzbudzają u mnie zachwyt i entuzjazm :) Mam nawet podobny wzór w gazetce, ale kupiłam ją ze względu na koronki i patchworki, bo takiej sukienki ... nie potrafię wykonać :)

sobota, 6 listopada 2010

Jeżyckie historie

Ten temat chodził za mną już od bardzo dawna, tylko nie bardzo wiedziałam jak się za niego zabrać, a to dlatego, że dosyć on szeroki, a na dodatek rozciągnięty w czasie. Ale dziś czuję, że mam dobry dzień na wielkie tematy, tym bardziej, że wczoraj długo nie mogłam usnąć więc miałam czas, żeby go sobie przemyśleć:).

Jeżycjada - tak zwany jest cykl książek Małgorzaty Musierowicz o mieszkańcach poznańskiej dzielnicy Jeżyce - Borejkach i ich przyjaciołach. Składa się nań 18 tomów (na razie, bo w fazie pisania jest kolejny), z których pierwszy - "Szósta klepka" - wydany został w 1977 r., a ostatni - "Sprężyna" - w 2008 r. Jeżycjada jest więc tylko troszkę młodsza ode mnie i mam wrażenie, że towarzyszy mi przez całe moje życie, a ponieważ jakiś czas temu przeczytałam właśnie ostatni, sprezentowany mi przez bratową (przy okazji jeszcze raz dziękuję!) tom, pomyślałam, że nie może na moim blogu zabraknąć notatki na ten temat.

Moją pierwszą książką z serii była "Ida sierpniowa". Gdy ją czytałam byłam mniej więcej w tym samym wieku, co tytułowa bohaterka, która strasznie mi imponowała. Co prawda była "zakompleksionym stworzonkiem", ale jednocześnie miała niezwykle silny charakter, cięty język i niespożytą potrzebę niesienia pomocy wszystkim, którzy jej potrzebowali (nawet tym, którzy nie wiedzieli, że potrzebują). Była twórcza, bezkompromisowa, odważna i łatwo nawiązywała kontakty z ludźmi. Była taka, jaka ja w jej wieku z pewnością nie byłam, choć bardzo chciałam, oprócz tego zakompleksienia rzecz jasna.

Ida i jej rodzina inspirowały mnie. Podobała mi się ich otwartość oraz zamiłowanie do języka, jako środka komunikacji i tworzywa twórczości, co wyrażało się w ich pasji do książek i filozofii. Szczególny mój podziw wzbudzał ich zupełny brak upodobań materialistycznych. Czasy, gdy powstawała Jeżycjada dalekie były od powszechnego dziś konsumpcjonizmu, ale potrzeba posiadania wcale nie była mniejsza. Mniejsze były tylko możliwości do jej zaspokajania. Większość ludzi żyła na podobnym poziomie i musiała zadowolić się tym, co oferował rodzimy rynek, czyli prawie niczym. Na ich tle dość mocno odznaczali się wyższym standardem życia nieliczni, bardziej obrotni, lub posiadający rodzinę za granicą. Jakżeż oni kłuli w oczy dobrami niedostępnymi dla przeciętnych (miedzy innymi dla mnie): dżinsami, mówiącymi, czy jeżdżącymi zabawki, czy innymi budzących pożądanie produktami. Jakże ja zazdrościłam koleżance ojca w Ameryce! Albo nawet chrzestnej matki. Mieć kogoś w Ameryce w tamtych czasach - to było coś. A Borejkowie nie dość, że nie mieli, to nawet nie przyszłoby im do głowy, żeby chcieli mieć. Oni byli ponad takimi małymi ludzkimi pragnieniami. Dla nich nieważne było "mieć", dla nich istotne było "być". Chwila spokoju przy książce, kiedy można kontemplować słowa klasycznych twórców - oto szczęśliwa chwila. Albo wspólna rodzinna kolacja przy wielkim stole, niechby nawet zwykły chleb z dżemem - w borejkowskiej atmosferze smakował i pożywiał lepiej, niż najbardziej wyszukane, najdroższe potrawy.

Oczywiście Ida, choć w pewien sposób nietypowa, była jednak typową nastolatką, ona również czasami bardziej wolałaby "mieć". Jednak rodzice za każdym razem potrafili jej pokazać, co tak naprawdę liczy się w życiu. To, co Borejkowie tłumaczyli Idzie, trafiało też do mnie, dlatego mogę powiedzieć, że w pewnym sensie Borejkowie wychowali także i mnie. Trudno powiedzieć, czy, gdyby nie oni, byłabym dziś tą samą osobą. A może Borejkowie ze swoją filozofią tak łatwo do mnie trafili, bo od początku ich wartości były we mnie, a oni po prostu przypadkiem poruszyli odpowiednie struny? Faktem jest, że nie ma we mnie pasji robienia pieniędzy i posiadania. Nie wiążę swojej wartości z koniecznością posiadania kosztownych dóbr. Nie dla mnie pogoń za metkami. Bardzo zaś sobie cenię każdą chwilę, którą spędzam z bliskimi mi ludźmi. Miłości, akceptacji, poczucia wspólnoty, zaufania, których nawzajem od siebie doświadczamy nie da się przeliczyć na żadne pieniądze. I to są jedyne rzeczy, które warto pomnażać.

W tym miejscu pomyślałam sobie ciepło o naszym codziennym zwyczaju - wspólnym obiedzie, kawie i ciachu. To jest czas, który zawsze spędzamy razem. To jest czas na nasze sprawy, rozmowy - ważne i nieważne, żarciki - śmieszne mniej lub bardziej, utyskiwania na szkołę i pracę, zachwyty nad czymś wyjątkowym, co nas spotkało... Ogromnie jest dla nas ważna ta wspólna godzinka.

"Ida sierpniowa" jest do dziś jedną z moich ulubionych książek i ulubionych bohaterek serii. To dzięki niej cofnęłam się nieco w czasie i przeczytałam wcześniejsze części i to dzięki niej Borejkowie żyją ze mną do dziś. Są nieco starsi, są już dziadkami. Są jak moi rodzice. A Ida jest jak ja - też jest mamą. To o jej córce opowiada ostatnia książka z cyklu - "Sprężyna". Ja też mam córkę. Ubolewam jedynie, że moje dziecko nie odziedziczyło po mnie zamiłowania do książek (choć akurat "Idę ..." po moich usilnych namowach przeczytała. Podobało jej się, ale po dalsze części już nie sięgnęła. Czytanie ją nudzi, niestety i ten fakt jest dla mnie ciut bolesny. To dla mnie stałe memento przypominające, że nasze dzieci, to nie mniejsze kopie nas samych, że niekoniecznie muszą być do nas podobne, że to samodzielne istoty, mające swoje własne przekonania i upodobania, i że trzeba to uszanować).

Czytając kolejne tomy Jeżycjady czuję się tak, jakbym dowiadywała się, co nowego słychać u moich znajomych. Z tym, że "moimi znajomymi" jest pokolenie Idy i jej starszej siostry Gabrysi - to z nimi się utożsamiam, choć tak naprawdę, dokładnie w moim wieku jest najmłodsza z sióstr - Patrycja, zwana Pulpecją. Poznałam ją jednak, jako malutką, słodziutką, Idusiową siostrzyczkę i tak mi już zostało.

Na koniec wszystkie tomy Jeżycjady:
"Szósta klepka", "Kłamczucha", "Kwiat kalafiora", "Ida sierpniowa", "Opium w rosole", "Brulion Bebe B.", "Noelka", "Pulpecja", "Dziecko piątku", "Nutria i nerwus", "Córka Robrojka", "Imieniny", "Tygrys i Róża", "Kalamburka", "Język Trolli", "Żaba", "Czarna polewka", "Sprężyna".

W zapowiedziach występuje już 19-sty tom pt. "McDusia". Przybliżona data wydania to 30 listopad 2011. Nie mogę się doczekać.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Pogoda dla poncho

Jeszcze jedno poncho wydostałam dziś z głębi swojej szafy. To też wyrób z czasów przedblogowych. Bardzo je lubię, ale rzadko noszę, gdyż rzadko się trafia odpowiednia dla niego pogoda: ani za ciepło, ani też za zimno, niesprzyjająca jest też wilgoć oraz chłodny i przenikliwy wiatr. Dzianinowe poncho, jako jesienne nakrycie, niezbyt dobrze sprawdza się w naszych warunkach klimatycznych. Dziś jednak pogoda była jak najbardziej stosowna i poncho wyszło na spacer:



Komentarze
2010/11/02 16:06:55
Oba poncho są bardzo ładne :) To jest bardziej eleganckie, ale w poprzednim pociągają mnie szydełkowe wzory :) Też mam ten dylemat, co do poncho, bo to w sumie taki sweter, więc w słońcu w nim gorąco, a jak wieje, to przewiewa na wylot ;)
2010/11/03 18:09:31
No właśnie, na jesienną pogodę poncho rzadko się sprawdza. Na wiosnę jest zaś jakieś takie za ciężkie. Więc, żeby mi nie było szkoda, że ubrania nad którymi się napracowałam leżą nieużywane, to w sezonie zimowym wynoszę je do pracy. Jak się trafi jakiś zimny dzień, albo za lekko się ubiorę, to mam się czym otulić:). Aktualnie w pracy leży: czarny, szeroki, wełniany szal , śliwkowa pelerynka i brązowy futrzany bezrękawnik - w czymkolwiek przyjdę do pracy, któryś z ocieplaczy na pewno będzie mi pasować:).

niedziela, 31 października 2010

Superniedziela

Superniedziela jest wtedy, gdy:

- mogę spać błogo do dziesiątej rano, a po przebudzeniu stwierdzić, że z powodu zmiany czasu jest dopiero dziewiąta,
- dostanę dymiącą, aromatyczną kawę do łóżka,
- jest ciepło i słonecznie,
- możemy pojechać do lasu i pospacerować ze szczęśliwym psem wśród kojących dźwięków leśnej przyrody,
- następujący po niej poniedziałek jest dniem wolnym od pracy.

Superniedziela jest właśnie dzisiaj!

A'propos spaceru - wykorzystałam go do sfotografowania w plenerze mojego starego szydełkowego poncha. Ten egzemplarz (w odróżnieniu do swojego poprzednika przeznaczonego do recyklingu), z racji swoich niewielkich rozmiarów, a pewnie także dlatego, że robiłam go luźno i grubym szydełkiem, jest lekki, mięciutki i przytulny. Wdzianko powstało już dawno, jeszcze w czasach przedblogowych, ale ponieważ bardzo je lubię, pomyślałam, że zasługuje na to, by je tutaj uwiecznić.


poniedziałek, 18 października 2010

Recykling

Brakowało mi na szafce na buty jakichś koszyczków na drobiazgi. Nawet wybierałam się w weekend do sklepu z wikliną, żeby rozejrzeć się za czymś odpowiednim, gdy tymczasem wpadł mi do głowy pomysł, że na koszyczki jakich potrzebuję, mogę przerobić kolejne kwadraty starego poncha. Gruba włóczka dziergana ściśle szydełkiem daje naprawdę dość sztywną formę.



Komentarze
2010/10/18 22:32:53
I to jest bardzo dobry pomysł, który pewnie podkradnę.
2010/10/19 08:20:29
Śmiało! Robótka łatwa i przyjemna; satysfakcja gwarantowana!
2010/10/27 08:01:01
Witaj! Cieszę się, że zajrzałaś na mój blog, bo dzięki temu trafiłam na Twój ! Jest świetny, masz bardzo ciekawe pomysły :) Z pewnością przejrzę cały, bo na razie miałam czas tylko na kilka ostatnich notek.
Ciekawa jestem tego poncho, które przerobiłaś bo sama chciałam zrobić sobie takie z kwadratów i teraz się zastanawiam ;) Ale recycling super!
Mam jeszcze pytanie - skąd wzięłaś wzór na błękitny szaliczek z poprzedniego wpisu?
Pozdrawiam :)
Aga

niedziela, 10 października 2010

Szal z falbanką

Przeglądając sobie różne galerie z rękodziełem, w Pakamerze Artystycznej trafiłam na taki właśnie uroczy szaliczek z falbanką:


Uwielbiam falbanki, więc zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia, a ponieważ miałam właśnie w dyspozycji trochę dżinsowej Dalii i imitującej moher Sasanki w identycznym kolorze, postanowiłam wydziergać sobie taki sam.

I oto mam:


 Dziś założyłam go po raz pierwszy, ale na pewno nie ostatni. Świetnie się w nim czuję.

Niebo błękitne nade mną...

... a leśne dróżki przede mną i wszystkie kolory jesieni!


Bardzo miły był ten dzień. Piękna, słoneczna pogodna i ciepło. W sam raz na ostatni jesienny spacer po lesie. Podobno pod koniec następnego tygodnia ma już nadejść ostra zima. Oby nie, ale jeśliby rzeczywiście tak miało być, to chcieliśmy zdążyć przed pierwszym śniegiem:).

Nasz spacer miał jeszcze dwa dodatkowe cele. Po pierwsze chciałam uzbierać kolorowych liści na bukiet do naszej świeżo wykańczanej klatki schodowej, a po drugie sfotografować w terenie szal, który zrobiłam już jakiś czas temu. Oba cele dodatkowe zostały zrealizowane.

Oto bukiet:


A szal zaprezentuje się w kolejnym wpisie.

niedziela, 3 października 2010

Było sobie poncho...

Zrobiłam je bardzo dawno temu z szydełkowych kwadratów. I nigdy nie założyłam. W gazecie, na modelce, wyglądało super, na mnie wprost przeciwnie. Wielkie, sztywne, a przede wszystkim kolory zupełnie nie dla mnie. I tak przeleżało sobie moje poncho latek kilka w pawlaczu, dopóki nie przyszło mi do głowy, że mogłabym je zużytkować w nieco inny sposób. Postanowiłam mianowicie wykorzystać składające się nań kwadraty do udekorowania naszej, świeżo remontowanej, klatki schodowej. Docięłam na wymiar grubą tekturę, pomalowałam na kolor ścian, w rogach umocowałam szydełkowy element i małymi gwoździkami przybiłam do ściany.

I voila:


Po rozpruciu wdzianka mam do dyspozycji sporo szydełkowych kwadratów. Z pewnością klatka schodowa wszystkich nie przyjmie, ale jeszcze trzy na okiennym parapecie się zmieściły. Dobrze tam wyglądaj, więc niech sobie leżą. Reszta będzie musiała jeszcze zaczekać na swój czas.

To jeszcze nie koniec pracy nad naszą klatką schodową, ale powoli zaczyna ona wyglądać jak część mieszkania, a nie budynku w stanie surowym. Gdy się wprowadzaliśmy, to pomieszczenie wykończyliśmy tylko z grubsza. Najważniejsze było, że mamy wreszcie swój dom, wygląd klatki schodowej był bez znaczenia. No, ale to, na co z wyrozumiałością można przymykać oko na początku, później zaczyna coraz bardziej człowiekowi doskwierać. Czasami naprawdę wstyd mi było przeprowadzać przez to pomieszczenie gości. Ileż można się tłumaczyć, że dopiero co się wprowadziliśmy?! Dlatego wreszcie, po prawie ośmiu latach, zabraliśmy się za wykańczanie tej najbardziej ignorowanej i zaniedbanej części naszego domu.

W ogóle bardzo pracowite mieliśmy ostatnie dwa miesiące. Przed klatką schodową pracowaliśmy nad wykończeniem balkonu i ganku. Poszłoby nam sprawniej, gdyby pogoda była bardziej sprzyjająca. Ale niestety, lato nie dopisało, jesień przyszła jeszcze w sierpniu i zakończenie prac nam się opóźnia. Inaczej sobie planowałam październikowe wieczory. Miała być herbatka, kocyk, miękka włóczka na drutach, książka przy ciepłym żółtym świetle... A tu nic z tego. Praca na klatce potrwa jeszcze z dwa tygodnie.

Ale to nic. Co się odwlecze...

Tymczasem realizuję jedynie bardzo szybkie pomysły rękodzielnicze. Jak na przykład zamiana zwykłej, typowej doniczki ceramicznej w taką bardziej niezwykłą i osobistą:

 
Górę i podstawkę doniczki pomalowałam farbą akrylową, a resztę okleiłam sznurkiem lnianym. Do takiego oklejania świetnie nadaje się klej do układania korka. Akurat zostało nam trochę z klatki schodowej:).

W międzyczasie dziergam. Same proste rzeczy. Z braku czasu nic jednak nie wykańczam. Wszystko odkładam na "po klatce".

poniedziałek, 13 września 2010

Nie za dobrze...

...się ostatnio czuję. Psychicznie. Fizycznie nic mi bowiem nie dolega. Mam paskudną zniżkę nastroju. Mam nadzieję, że to tylko "zasługa" pory roku i pogody, a nie początek czegoś mroczniejszego.

Moje życie utknęło w martwym punkcie. Jestem znużona i zniechęcona. Głupio się czuję pisząc te słowa. Głupio się czuję narzekając na swoje życie. Obiektywnie rzecz biorąc nie mam do tego prawa. Ale subiektywnie... jest jak w piosence: "i znowu poniedziałek, i nic się nie zmienia". I gnębi mnie poczucie winy, że chcę czegoś więcej. Czego? Nie mam pojęcia. To strasznie deprymujące, że nie wiem sama czego chcę, a to, co mam mnie nie uszczęśliwia (choć przecież sprawia satysfakcję).

Od poniedziałku, każdego dnia, myślę o tym, żeby już był piątek, a codziennie, od chwili przebudzenia, żeby już była szesnasta, żeby już było "po pracy". A przecież nie mam złej pracy!

A dziś znowu poniedziałek...

Jest mi źle, bo jestem przygnębiona i jestem przygnębiona, bo jest mi źle. Błędne koło. Jak z niego wybrnąć? Łapię się starych sposobów, znaczy książek, robótek i prac okołodomowych, ale chyba źle wybieram, bo zamiast czuć się lepiej, mam wrażenie, że właśnie się pogrążam.

Jeszcze w sierpniu, w rocznicę wybuchu, zaczęłam słuchać "Powstanie '44" Normana Daviesa (słuchanie książek ma tę zaletę, że jednocześnie moje ręce mogą zajmować się robótką), a w międzyczasie przeczytałam Centkiewiczów "Fridtjof, co z ciebie wyrośnie. Opowieść o Nansenie" i "Enigmę" Roberta Harrisa. Różne książki i różne gatunki, ale emocje we mnie wywołują podobne.

 Fridtjof Nansen, norweski bohater narodowy, międzynarodowy działacz społeczny, polarnik, badacz, konstruktor. Sam zaprojektował sanie, z którymi przemierzył Grenlandię, sam zaprojektował statek, który miał wrosnąć w arktyczny lód i wraz z nim dryfować w kierunku bieguna. Jego badania miały ogromne znaczenie dla nauki, przyczyniły się do zwiększenia wiedzy o warunkach panujących w najbardziej niesprzyjających ludzkiemu życiu zakątkach naszej planety. Dzięki jego podróżniczej i naukowej pasji wypełniały się białe plamy na mapie świata. Gdy zakończył karierę podróżnika zaangażował się w działalność społeczną. Był ambasadorem ludzi potrzebujących, ludzi znajdujących się w dramatycznej sytuacji, uchodźców i głodujących. Nazywany sumieniem ludzkości, zabiegał u wielkich tego świata o wsparcie dla nich. I wielcy go słuchali. Jego gigantyczne społeczne zaangażowanie zostało wyróżnione w 1922 r. Pokojową Nagrodą Nobla, którą ten wielki człowiek natychmiast przeznaczył na pomoc potrzebującym.

Aż trudno uwierzyć, że wielki Fridtjof był kiedyś zwykłym małym chłopcem. Wychowywał się w zwyczajnej rodzinie. Miał zasłużonego dziadka, wymagającego ojca, młodszego brata i kochającą, dającą dużo swobody i samodzielności matkę, która obserwowała żywiołowego, ciekawskiego i bez przerwy pakującego się w kłopoty syna, i z obawą pytała: Fridtjof, co z ciebie wyrośnie?

Jak wychować pełnego pasji, ciekawości, odwagi i chętnego do działania człowieka? Zastanawiam się nad tym analizując swoje życie. Zastanawiam się nad tym obserwując swoją córkę. Ze mnie nie wyrosło nic wielkiego. A jaka ona będzie? Ile zawdzięczamy genom, a ile warunkom w jakich dorastamy, ludziom, których spotykamy na swej drodze?

Oparty na faktach thriller wojenny opowiada o zdradzie i zemście, a cała intryga osnuta jest wokół jednej z najbardziej ponurych zbrodni II Wojny Światowej. Jednym z bohaterów jest polski matematyk i kryptolog, któremu udaje się wydostać z ogarniętej wojną ojczyzny. Trafia do Anglii i tam rozpoczyna pracę w centrum łamania szyfrów Bletchley Park. Wierzy, że pracując z Brytyjczykami, sojusznikami w walce ze wspólnym wrogiem, pomaga swojej ojczyźnie. Jego zaufanie zostaje jednak zawiedzione. Okazuje się, że sojusznicy dbają przede wszystkim o własne interesy i dla ich ochrony gotowi są zataić posiadane informacje, choćby były one kluczowe dla późniejszych losów sporej części Europy i jej mieszkańców.

To jest mój subiektywny opis "Enigmy". Zdaję sobie sprawę, że w ten sposób za bardzo zdradzam fabułę, ale to właśnie te zagadnienia najbardziej mnie w tej książce poruszyły. Zawiedzione zaufanie, "przyjaciele", którzy poświęcają mniejszych i słabszych koalicjantów, bez względu na ich oddanie sprawie, bezsilność wobec sytuacji, które swoimi rozmiarami nas przytłaczają i w końcu zemsta, jako jedyna możliwa forma uzyskania zadośćuczynienia, wyrównania poniesionej krzywdy.

Wreszcie największe dzieło z pochłaniającej mnie ostatnimi czasy literatury - to "Powstanie '44" Normana Daviesa:

Jest to znakomicie i z wielkim rozmachem napisana książka, która opowiada nie tylko o samym powstaniu, ale przedstawia również szerokie tło polityczne tego wydarzenia. Na samym początku dowiedziałam się więc o układzie sił w Europie po I Wojnie Światowej, o atmosferze wówczas panującej na salonach ówczesnych włodarzy europejskich i o ich świadomości politycznej. Później przeżywałam dramatyczne opisy agresji hitlerowskiej, a następnie sowieckiej, na Polskę, słuchałam o dziwnych działania naszych sojuszników, których siła przejawiała się tylko w pustych deklaracjach. Słuchałam o losach okupowanej Warszawy i innych polskich miast, również tych leżących na Kresach, które po wojnie znalazły się poza granicami naszego kraju. Dowiedziałam się jak zmieniała się Wielka Koalicja Antyhitlerowska, a wewnątrz niej status Polski, która z pierwszego sojusznika Wielkiej Brytanii stała się pionkiem w politycznych grach trzech wielkich mocarstw.

Książka Daviesa ukazała mi te dramatyczne wydarzenia z zupełnie innej perspektywy, a mianowicie z perspektywy pojedynczych ludzi, którzy wtedy podejmowali decyzje w oparciu o własne przekonania, często uprzedzenia lub sympatie, w warunkach bardzo ograniczonego dostępu do kluczowych informacji.

Przyjęło się uważać, że decyzja o rozpoczęciu powstania w Warszawie była błędem, że pociągnęła za sobą ogromne, bezsensowne straty w ludziach i nieprawdopodobne wprost zniszczenia. Z drugiej strony zakorzeniona jest w nas wizja Powstania Warszawskiego, jako romantycznego zrywu, tak charakterystycznego dla naszej polskiej natury, wpisującego się w tradycje wcześniejszych powstań narodowych. Norman Davies pisze o powstaniu w zupełnie inny sposób. Ani to romantyczny zryw, ani katastrofalny błąd. Powstanie i decyzja o jego rozpoczęciu zaplanowane było w oparciu o dostępną wiedzę na temat frontowej i politycznej rzeczywistości. Po raz kolejny jednak okazało się, że polskie racje nie były po prostu wygodne dla naszych sojuszników i każdy z nich rozgrywał jedynie swoje cele.

Norman Davies, ostatnio, w czasie przemówienia na Westerplatte w rocznicę wybuchu II Wojny Światowej powiedział, że nie należy żyć przeszłością, nie należy hołdować mitom o narodowej wielkości, ale po prostu działać, nie tylko na rzecz narodowego interesu, ale na rzecz wspólnego dobra. Choć dawne sojusze okazały się nieskuteczne, to przecież dziś Europa jest inna. Dziś nasza siła leży w serdecznych stosunkach z sąsiadami oraz mocnych związkach unijnych i NATO-wskich.

Rozum mówi mi, że to słuszne podejście, ale z drugiej strony naprawdę trudno jest nie myśleć o tym, że w wyniku tajnych negocjacji wielkich przywódców na wiele lat znaleźliśmy się pod władzą systemu totalitarnego, że mnóstwo ludzi - patriotów, którzy przez całą wojnę walczyli z okupantem, którzy tworzyli Polskie Państwo Podziemne, było represjonowanych, torturowanych fizycznie, zasiliło sowiecki Archipelag GUŁ-ag, zostało zamordowanych, tylko dlatego, że walczyli o Polskę niepodległą i suwerenną, tylko dlatego, że reprezentowali "niewłaściwą" niesocjalistyczną polskość. Naprawdę trudno nie myśleć o tym, że nasi sojusznicy, żeby nie drażnić wielkiego Stalina, który siłą swoich nieludzko traktowanych żołnierzy, zgniatał potęgę hitlerowskich Niemiec, gładko i z ulgą przyjęli i rozpowszechniali sowieckie kłamstwo, że za zbrodnię w Katyniu odpowiedzialni są Niemcy.

Być może układy polityczne się zmieniają, być może zmieniają się warunki społeczne i gospodarcze na świecie i w poszczególnych krajach. Ale na pewno nie zmieniają się ludzie. Wciąż kierują się irracjonalnymi uprzedzeniami, stereotypami, bezzasadnymi sympatiami, wciąż bywają niedoinformowani. Niektórzy z nich należą do klasy rządzącej. Jaką mamy pewność, że historia się nie powtórzy? Żadnej. I ten fakt nie budzi otuchy.