czwartek, 31 grudnia 2020

Przed końcem roku

 ... dla kronikarskiego porządku - dekupażowe pudełka:

1.Prezent z okazji ślubu - Niezbędnik dla Zakochanych - pudełko z 4 przegródkami, 16x16x8 cm





 

2.Prezent urodzinowy dla Maluszka - Skarby Adasia - pudełko zamykane na kluczyk, 29x25x15 cm






 

3.Prezent urodzinowy - Organizer na Przyjemności - pudełko z 9 przegródkami, 22,4x22,4x8 cm






 

Niewiele dekupażowałam w tym roku. Były inne rzeczy do zrobienia. Ten rok toczył się głównie wokół prac domowych związanych z przebudową i organizowaniem nowej działki. Dużo zrobiliśmy. To był pod wieloma względami trudny i zły rok, a jednak dla mnie osobiście, dla naszej Rodziny - zaskakująco bardzo dobry. Chciałabym móc się z tego cieszyć... Nie mogę, bo trudno się cieszyć, gdy jednocześnie słyszy się o dramatach, z którymi codziennie muszą mierzyć się inni ludzie. Trudno się cieszyć wiedząc o nieustannej krzywdzie i cierpieniu zwierząt. Trudno się cieszyć, gdy żyje się w kraju rządzonym przez ****** ***.

Nie jestem zachłanna, nie mam wielu życzeń na ten Nowy Rok - dla siebie: pokonania cukrowego nałogu, dla bezdomniaków: kochającego domu, dla świata: pokoju, a dla wszystkich: zdrowia.

Niech się spełni.

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Weekend napchany planami

Zawsze to robię. Napycham weekend planami - zadaniami nie do zrealizowania w ciągu roboczego tygodnia, przyjemnościami niemożliwymi do osiągnięcia w ciągu roboczego tygodnia, wyzwaniami wymagającymi czasu, działaniami zamykającymi wszystko to, co pootwierałam w tygodniu... itp. itd. Miniony weekend nie był pod tym względem wyjątkowy...

Po pierwsze planowałam skończyć spódnicę. Pracuję nad nią od dwóch tygodni - projekt całkiem eksperymentalny, nigdzie czegoś takiego nie widziałam. Może nie bez powodu? Może nie da się w ten sposób dziergać spódnicy? Ale się uparłam i zdawało mi się, że przewidziałam, jak może zachowywać się dzianina w takim fasonie. W piątek wieczorem po raz pierwszy (po kilku korektach wcześniej) mogłam ją zmierzyć w całości. I okazało się, że jednak moje szacunki były mocno niedoszacowane. Ale nic to. Przecież mamy czas, cały weekend przede mną! Sprułam problematyczną część i większość soboty zeszła mi na ponownym doprowadzaniu spódnicy do końca. W niedzielę rano znów zmierzyłam całość i nie... No nie! Nie może tak być! Znowu prucie. Ale tym razem wracam prawie do początku. Niestety, spódnica zamiast być skończona w weekend jest ponownie ledwie napoczęta.


 

Po drugie - poduchy i skarpetki na krzesła do jadalni. Skończyłam je (jeśli dobrze liczę) jakieś 7 tygodni temu. Od tamtej pory leżą i czekają na uporządkowanie przestrzeni w jadalni, co w praktyce jest zadaniem niewykonalnym z racji tego, że w tym miejscu spotykają się wszelkie domowe żywioły i choćbym nie wiem jak się starała, to chaos jest tu stanem naturalnym. No więc nie chce mi się starać w ogóle, odkładam porządki na wieczne później. A w nieuporządkowanej przestrzeni nie da się się cieszyć z nowych, pięknych (naprawdę jestem z nich zadowolona!) poduszek. A tym bardziej zrobić im udanych zdjęć. Ale i tak co weekend obiecuję sobie, że tym razem to już na pewno ogarnę. Niestety, tym razem też się nie udało.


 

Po trzecie - szydełkowe dekoracje na klatkę schodową. Kiedyś klatka schodowa była tylko sienią łączącą mieszkanie z zewnętrzem... Teraz, po remoncie stała się pomieszczeniem wewnętrznym, a odkąd młodzi przeprowadzili się na swoje piętro niżej, łącznikiem pomiędzy ich mieszkaniem na dole, a naszym na górze. Potrzebny był przytulniejszy wystrój. Pracuję nad nią z przerwami od kilku tygodni. Pomalowałam płytki na podłodze, schody, drzwi do szafy pod schodami, zrobiło się inaczej, cieplej, całkiem przyjemnie. Do pełni zadowolenia brakowało mi jakichś dekoracji. Wymyśliłam sobie, że udekoruję żyrandol oraz ściany szydełkowymi motywami. Zrobiłam je nawet szybko (choć prawie na ślepo, przy tej pracy uznałam, że to najwyższa pora na sprawienie sobie okularów), teraz od dwóch tygodni czekają na wypranie, wykrochmalenie i zajęcie swoich eksponowanych miejsc. Niestety w ten weekend nadal się nie doczekały.


 

Po czwarte - pudełeczka na zlecenie i najbardziej czasochłonny etap, czyli transfer napisów. To akurat zrobiłam. Zlecenie święta rzecz, muszę się wyrobić w terminie.

Po piąte - dzianiny od Lenarda - chusta z opaską, które otrzymałam w prezencie (DZIĘKUJĘ jeszcze raz! Są naprawdę przepiękne i tak w moim guście, że to aż niesamowite jak dobrze go znasz!) i obiecałam niezwłocznie sfotografować. Najbardziej niezwłocznym terminem i okazją miał być jak zwykle niedzielny wyjazd do lasu. Ale przez te transfery co powyżej, dzienna część niedzieli nieoczekiwanie zaczęła się mi się kończyć. Poza tym pogoda i tak była wstrętna, Temperatura poniżej zera, do tego mżawka jakaś, ciemno i w ogóle STRASZNIE nieprzyjemnie... Trzeba było zastosować wersję skróconą, czyli szybki spacer wokół kwartału. Dlatego zdjęcia niestety też na szybko. I zamiast opaski założyłam jednak czapkę, może i nie od kompletu, ale też od Lenarda i też pasuje:-D



 

Nie zrobiłam w ten weekend, albo zrobiłam tylko po łebkach, jeszcze parę innych zaplanowanych rzeczy, głownie porządkowych, wszelkie porządkowe w pierwszej kolejności spadają z grafika (a potem są głównym powodem poczucia winy)... Ale cieszę się, że udało mi się wyprać dwa dywaniki (ręcznie, w wannie!) - to część zadania pt. ogarnianie klatki schodowej i jadalni. Jeden maleńki kroczek, ale zawsze do przodu:-).

No i odebrałam swoje pierwsze w życiu okulary! Plus 1,5 dioptrii. Teraz już mi nie straszny nawet kordonek i szydełko 1,25 mm:-). Teraz, gdy tak dziergam sobie w tych okularach, mąż mówi, że tylko mi bujanego fotela brakuję... I że musi mi kupić na Gwiazdkę;-).


 

Hmmm, mam nadzieję, że mówi serio, bo zawsze marzyłam o bujanym fotelu!


wtorek, 8 grudnia 2020

Uśmiecham się

Zazwyczaj robię to instynktownie. Uśmiecham się na zdjęciach, uśmiecham się, gdy mówię "dzień dobry", do ludzi w pracy się uśmiecham, do pani kasjerki w sklepie, do pana z pieskiem na spacerze... Tak silnie mam wdrukowany program uśmiechania się, że w interakcjach społecznych uśmiecham się automatycznie nawet wówczas, gdy w ogóle nie mam na to ochoty. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, dopiero ostatnio, przy okazji zdjęć melanżowej spódnicy (TEJ). Chyba nigdy wcześniej dysonans pomiędzy tym jak się czuję, a tym, jak powinnam zachowywać się przed obiektywem, nie był mi tak bardzo przykry. Pozowanie z uśmiechem na twarzy wydawało mi się w tamtym momencie kompletnie nie do zrobienia. No nie, po prostu nie!

Z drugiej strony mój wizerunek na zdjęciu, bez uśmiechu, też był trudny do zaakceptowania. Całe życie słyszę - uśmiechnij się! Całe życie słyszę, że uśmiech jest lepszy od ponurej, a nawet neutralnej miny.  Uśmiech jest zdrowy, jest zaraźliwy, roztacza dobrą atmosferę, uśmiechem zjednasz sobie przyjaciół, dzięki uśmiechowi będą cię lubić. Ludzie lubią wesołych i szczęśliwych ludzi. Wiem, bo sama takich lubię. Ale ja po prostu nie jestem wesołą, szczęśliwą osobą, nigdy nie byłam i na pewno nigdy nie będę. Choć miewam lepsze momenty, to na ogół jestem mrukowatą i cyniczną mizantropką z sarkastycznym poczuciem humoru. Pamiętacie Smerfa Marudę? To ja! Tylko rzadko się do tego przyznaję, staram się nie pokazywać publicznie swojej malkontenckiej twarzy, nie zarażać niezadowoleniem. Wolę tę drugą twarz - uśmiechniętą, nawet jeśli uśmiecham się tylko z grzeczności, żeby było miło.

Jednak do mojego Męża, który zna mnie od tej najciemniejszej strony, a mimo to, po 27 latach nadal chce mu się mnie rozbawiać i stojąc po drugiej stronie aparatu robi wszystko, żeby tylko sfotografować mnie uśmiechniętą, zamiast skupić się na dzianinie jak kazałam... Do Niego uśmiecham się całkiem szczerze:-). Dzięki temu dziś (w niedzielę właściwie, bo zdjęcia są z wtedy) i do Was uśmiecham się szczerze:-). Może nie na wszystkich zdjęciach, bo przecież ileż można się szczerzyć w takich warunkach (atmosferycznych, politycznych, społecznych... wszystkich!)???? Ale przynajmniej na tym jednym... Uśmiecham się:-)







Sukienkę wydziergałam wiosną, ale zamknęli lasy i nie mogłam pokazać jej od razu, a potem zrobiło się gorąco, więc też nie miałam okazji założyć. Dopiero w tę niedzielę, po raz pierwszy... Stylizacja może niezbyt przemyślana, ale i wyjazd do lasu był ad hoc. I było LODOWATO.

Dziergałam dwiema nitkami razem:

Baby (Red Heart) - 50 g/190 m - 100% akryl - motki w kolorze turkusowo-niebieskim i granatowym oraz Angel (Bergere de France) 25 g/275 m - 44% poliamid, 32% akryl, 24% moher - również w kolorze turkusowo-niebieskim i granatowym.

Nie pamiętam ile było motków i nie pamiętam jakie druty...