Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na sportowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na sportowo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 30 lipca 2018

Rowerowy weekend

Kończy się lipiec, już czuję na plecach przygnębiający oddech zbliżającej się pory zimna i ogarnia mnie panika, że jesień dogoni mnie zanim zdążę naładować się latem do pełna, nasycić ciepłem po rąbek i napchać słońcem po dziurki w nosie. Im mniej lata zostało, tym bardziej mam poczucie, że go marnuję, że mi przecieka przez palce i ucieka na bezsensownych zajęciach, że minie, a ja zostanę z poczuciem straty.

Dlatego ten weekend miał być inny.

Znaczy, weekend zawsze jest inny w porównaniu z pracującymi dniami tygodnia. Ta inność polega zwykle na tym, że nie trzeba się zrywać na budzik o świcie, można pospać dłużej, czasem dużo dłużej, bo nie ma obowiązku, można robić cokolwiek, a nawet NIC nie robić... I to też jest fajne. Głównie w trakcie, gdy się dzieje. A potem przychodzi poczucie zmarnowanego czasu i właśnie niewykorzystania możliwości, jakie daje pogoda. Takie na przykład letnie poranki. To zwykle najpiękniejsze chwile z całego dnia. Powietrze jest spokojne po nocy, rześkie, na ulicach cisza, śpiewają ptaki, a słońce odbija się w rosie i malowniczo podświetla wszystkie misternie wyplecione pajęczyny na łąkach:-). Cudo!

Postanowiliśmy więcej nie marnować weekendowych poranków. Wstaliśmy rano, jak do pracy, tylko zamiast do pracy wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy...

W sobotę zrobiliśmy 48 km i zajęło nam to 3 godziny. Pod koniec odczuwałam już presję czasu - chciałam wrócić do domu na 10, bo miałam jeszcze sprzątnie, a po południu spotkanie dziewiarek  w Rzeszowie. Sobota była bardzo krótka, ale bogata jak mało która. Na pewno nie zmarnowana:-).

W niedzielę planowaliśmy całodzienny wypad do Baranowa Sandomierskiego, ale pogoda pokrzyżowała nam plany - prognozy były bardzo niepokojąco burzowe, więc znów zrobiliśmy sobie tylko rowerowy poranek - 51,5 km, 3,5 godziny. Mogliśmy zrobić więcej, bo tym razem czas nas nie gonił i nie byliśmy zmęczeni, ale po godzinie 9 zaczęło się już robić gorąco, a po 10 słońce już tak paliło, że jazda była niemożliwa i wróciliśmy do domu. Teraz tak sobie myślę, że zamiast o 7 powinniśmy wyjeżdżać o 6 rano:-).











McDonald jest wszędzie... Piękne mamy tereny do jazdy rowerem, ale wrażenia estetyczne psują pobocza usłane śmieciami... Dlaczego ludzie wzdłuż ulic wyrzucają swoje śmieci??? Nie mogę tego zrozumieć.

sobota, 25 sierpnia 2012

Nowe zabawki

Gdy pewnego letniego popołudnia, jeździliśmy sobie rekreacyjnie rowerami po naszych pięknych, asfaltowych, leśnych drogach, wsłuchując się w miarowy szum opon i lasu, mojemu mężowi zaświtał w głowie pewien pomysł, którym niezwłocznie się ze mną podzielił:

- Kupmy sobie rolki - wypalił ni stąd ni zowąd, a śmiałość tej propozycji była tak elektryzująca, że omal się nie przewróciłam. Ale gdy minął pierwszy szok...

- Czemu nie - odparłam najpierw ostrożnie, choć w żołądku zaczęłam już powoli odczuwać radosną ekscytację nowym pomysłem, a moja wyobraźnia natychmiast zaczęła mi na pokuszenie podsuwać obrazy nas, radośnie pomykających sobie znanymi ścieżkami, obutych w rolkarski sprzęt...

Od pomysłu do realizacji, trochę czasu musiało jednak upłynąć, musieliśmy spełnić kilka warunków, zaznajomić się z tematem, poznać rynek, no i wybrać się na zakupy. Ale w końcu, zadowoleni i podekscytowani, choć nie bez obaw...

(Szczególnie moich, bo kiedyś, co prawda, jeździłam na łyżwach, ale to było dawno temu... Czy teraz poradzę sobie na rolkach? A jeśli się potłukę, a nawet połamię, rozbiję głowę, klapnę na cztery litery i stłukę kość ogonową... To wszystko przez mojego ojca - ciągle słyszę to jego: MYŚL CO ROBISZ! MYŚL PERSPEKTYWICZNIE! PRZEWIDUJ! No więc teraz myślę i przewiduję. I się boję! Zaopatrzyłam się we wszystkie ochraniacze, ale jakoś nie dawali w komplecie poduszki na cztery litery! - o kość ogonową martwiłam się najbardziej. Kask odpuściłam z premedytacją - przy spokojnej jeździe ryzyko urazu głowy jest minimalne).

... stanęliśmy wreszcie na własnych nogach w rolki obutych:)

Pierwszy krok.... I od razu klaps! Mój klaps. Ochraniacze na dłoniach spisały się na medal, pośladek goił się tydzień;). Ale nie odpuściłam. Z oczywistych powodów darowaliśmy sobie fotografowanie naszych rolkarskich początków - oboje byliśmy tak skupieni na tym, co robimy, że o pstrykaniu fotek i tak nie byłoby mowy. Aparat zabraliśmy ze sobą dopiero dzisiaj. To mój czwarty raz i choć nadal poruszam się trochę sztywno i niepewnie (wprost przeciwnie niż mój mąż, który sprawia wrażenie, jakby się w rolkach urodził!), to i tak mam z jazdy ogromną frajdę. 

No to jadę:)
Obym się tylko nie wywaliłaaaa...
Prawie, jak na łyżwach...
Trochę więcej skupienia i może coś z tego będzie;)
... ale najpierw nauka hamowania.
Jakoś poszło:). To może trochę przyspieszę?
Jadę!
Ciągle jadę!
Oj, pić się chce...
Ale fajnie:)
 Bo kto powiedział, że zabawki są tylko dla dzieci?


Komentarze
2012/08/26 09:35:27
Nie, no świetnie! świetnie Ci idzie - tak to wygląda na zdjęciach, i niesamowita zabawa! bardzo to podobne do jazdy na łyżwach? podejrzewam, ze trudniej, bo łyżwy suną gładziutko.
Ale masz rozrywkę!


Anka
2012/08/26 10:54:58
łał! :-D ja się zabieram do rolek od kilku miesięcy ;-) ale to na zasadzie pies do jeża: niby fajne, ale jak się połamię, to co wtedy? ;-)
szacun! szczególnie dla męża za pomysł :-D
w ramach zabawek nabyłam pierwsze druty na żyłce knit pro. i... no nie są złe, ale jakoś bez rewelacji.
podziałabym citrona, ale czy się go da bez markerów? ychh. bereciki na razie dziergam. jak skończę, to wiadomo, wrzucę gdzie trzeba :-)
uściski! i podziwiam :-D
2012/08/27 16:13:32
Aniu, rzeczywiście na łyżwach jest łatwiej... Ja jeździłam na figurówkach, na których naprawdę czułam się na lodzie bezpiecznie. W rolkach niby jest hamulec, ale wcale nie jest łatwo nauczyć się go stosować - moje oba upadki miały miejsce właśnie podczas hamowania... No ale z czasem, mam nadzieję, dojdę do wprawy:)

Tfu.tfu, dzięki, szacun mężowi przekazany;), a Ty daj spokój z jeżem, tylko bierz się za rolki - jedynie na początek odradzam górki (mnie sponiewierały); najlepsze byłoby jakieś boisko (u nas zawsze są zajęte), albo duży asfaltowy parking (dlaczego teraz wszystko wykładają kostką?)...
A citrona i beretek będę wyglądać:)
2012/08/27 20:41:45
Świetny fotoreportaż!
A jaki pomysł masz na jesień i zimę w kwestii sportowych zajęć?
2012/08/28 08:18:14
Weź mi nie przypominaj! Na razie udaję, że zimy nie będzie;)
(O ile nie pogrążę się, jak zwykle, w zimowej depresji i o ile wykrzesam z siebie odrobinę chcenia w zimowym niechceniu, to chyba tylko basen...)
2012/08/29 07:48:32
Podziwiam Twoją kondycje (to niemały wysiłek, taka jazda na rolkach) i ... odwagę ;) Sama panicznie boję się tego sprzętu. Miałam rolki na nogach raz, w wieku jakichś 17 lat i po zrobieniu kilku kółek na boisku zaliczyłam taki pad płaski na twarz, że do dziś nadziwić się nie mogę, że nic poważniejszgo mi się snie stało. Jedyny ślad po tamtym zdarzeniu to mała blizna na dolnej wardze. No i obawa przed sprzętem, nad którym najwyraźniej nie panuję.
Swoją drogą, jeżdżąc na rowerze Wiślaną Trasą Rowerową spotykam bardzo wielu rolkarzy i uważam, że to świetny sport , kiedy patrzę na ich ładnie (ale nie nadmiernie) umięśnione ciała. Szkoda, że mam takiego stracha ;)
2012/08/30 00:13:07
Agnieszko, w mojej jeździe również zdarzają się momenty, kiedy mam wrażenie, że rolki przejęły kontrolę nad moimi nogami;D Na szczęście zazwyczaj w decydującej chwili udaje mi się ją odzyskać... I szkoda, że tego nie udało nam się uwiecznić na zdjęciach - moja fotorelacja z pewnością zyskałaby na dramaturgii:)
2012/08/30 11:42:32
Świetny pomysł! Z moim szczęściem wywrotowym, pewnie musiałabym jeździć w skafandrze kosmicznym, żeby nie złamać tej czy innej kostki (bo nie wierzę, że to jak na łyżwach). Ale patrząc na takie zdjęcia aż chce się coś zrobić aktywniejszego :D
2012/08/30 16:08:57
No to ja drugi raz w tym wpisie, ale na trochę inny temat: zostałaś przeze mnie nominowana:)
zdrowa-kuchnia-sowy.blogspot.com/2012/08/versatile-blogger-award.html

Uściski:)

2012/08/30 23:32:14
Rebecca.fierce, bo "prawie" robi różnicę, he, he:)
Ja na szczęście jeszcze nigdy żadnej kosteczki sobie nie złamałam, stąd mogę żywić niczym niezmącone przekonanie, że ludzkie kości są bardziej wytrzymałe, niż się wydaje;)

Sowo, dzięki, ale ten temat wymaga nieco głębszych przemyśleń... i czy w ogóle są jeszcze takie fakty, których po prawie czterech latach blogowania do tej pory nie ujawniłam?.... hmmm.... myślę głęboko:)

wtorek, 20 września 2011

W drodze i w kapeluszu

Miniony weekend był ostatnim weekendem tegorocznego lata i tak się szczęśliwie złożyło, że były to bardzo ładne - ciepłe i słoneczne dni. W sam raz na idealną wycieczkę rowerową. Tym razem w kapeluszu i romantycznie powiewającej na wietrze spódnicy:).


Planowana wycieczka liczyła ok. 45 km, więc wyjechaliśmy zaraz po wczesnym obiedzie. Mniej więcej w połowie trasy, nad okolicznym zalewem, wypadła przerwa na odpoczynek, deser i kontemplację piękna otaczającej przyrody.


Jednak odpoczynek bez szydełka i choćby maciupkiej robótki, nawet w tak pięknych okolicznościach przyrody, byłby cokolwiek nudny;).


Zmęczeni, ale zrelaksowani wróciliśmy do domu chwilę przed zachodem słońca. To było bardzo sympatyczne pożegnanie lata:). 


Komentarze
2011/09/21 10:06:58
No pięknie. Może i ja kiedyś wreszcie doczekam takiej wycieczki. Cudnie i kapelusz cudny i pogoda cudna a ja na urlopie i zamiast na wycieczki do roboty, ale co tam. Kiedyś będę jak Ty śmigać i ciuchy lepsze z szaf wywlokę oczywiście jak sobie te szafy wyremontuję przedtem.
2011/09/21 18:25:00
Fajnie! I kondycja niezła, 45 km., no no:)
Tylko coś ta spódnica słabo powiewająca, wbrew opisowi;)
2011/09/21 20:57:06
Grażyno, ale efekty Twoich prac, warte każdego czasu i już Ci zazdroszczę tych szaf wyremontowanych:)

Sowo, bo akurat, gdy mąż cykał zdjęcie, wiatr dyskretnie ucichł;)

piątek, 11 czerwca 2010

Między porządkami

Z Sielpii wróciłam wypoczęta i pełna zapału. Nie zważając na resztę swojej rodziny, która dysząc z gorąca, z rozrzewnieniem wspominała zalety trzydziestostopniowych mrozów, przez kolejne dni, po pracy, realizowałam plan wiosennych porządków, na które w żaden sposób nie miałam nastroju wcześniej. Z przyjemnością i satysfakcją wysprzątałam klatkę schodową, umyłam okno w jadalni oraz starłam i poodkurzałam ściany, sufity i podłogi.

Dziś niestety musiałam przystopować z porządkami. Byłam umówiona w warsztacie samochodowym na naprawę klimatyzacji, a później pojechaliśmy na zakupy. Przed zachodem słońca zdążyliśmy jeszcze wypróbować zabawki, które sobie zamówiliśmy, a które dziś właśnie za pośrednictwem kuriera do nas dotarły. W miejsce kolejnej pary, kompletnie zamęczonych, kioskowych rakietek, zakupiliśmy sobie wreszcie profesjonalny zestaw do badmindona. Czuć różnicę, choć dziś akurat nie było za dobrych warunków do testowania - wiał wiatr, a na dodatek dokuczały nam komary - cięły bez litości.


 Kupiliśmy też Swingball:


Zabawką taką, z okazji komunii, został obdarowany mój bratanek. Szybko okazało się, że świetnie nadaje się nie tylko dla dzieci. Zechcieliśmy mieć taką samą. Kto by pomyślał, że odbijanie piłki na sznurku okaże się tak fajną zabawą?!

Mam nadzieję, że po dzisiejszym dniu przerwy w porządkach zapał mi nie minie i od jutra z równym entuzjazmem zabiorę się za łazienkę - prócz tradycyjnego sprzątania należy ją jeszcze wymalować. Mam nadzieję, że uda mi się to zrobić przez weekend, a w każdym razie przed końcem czerwca, bo w lipcu mija okres przydatności do użycia farby, którą na ten cel zakupiłam jakieś półtora roku temu. Następna w planach jest klatka schodowa oraz malowanie ogrodzenia.

Oj, dużo mam planów. A wszystkie zależą od pogody. Jest słońce, jest też i ochota do działania.


Komentarze 
Gość: , zu122.internetdsl.tpnet.pl
2012/05/03 18:54:13
Poszukuje zabawki swingball, czy może Pani zdradzić gdzie taki sprzęt można nabyć ?
Mój email ewex0@op.pl

sobota, 24 kwietnia 2010

Przy sobocie...

... po robocie, korzystając ze słonecznej i ciepłej pogody wybraliśmy się na pierwszą w tym roku przejażdżkę rowerową.

Było niezwykle przyjemnie. Umiarkowany wysiłek, nieruchliwe wiejskie dróżki w większości pokryte nowym, gładkim asfaltem, pachnące świeżością i kwieciem powietrze oraz piękne okoliczności wiosennej przyrody - tyle wystarczy, by pomimo wszystkich niedoskonałości tego świata poczuć wielką, niepohamowaną, optymistyczną, żywiołową, ekstatyczną, porywającą... RADOŚĆ ŻYCIA!!!


A poza tym, to mam dziś urodziny:)

środa, 3 marca 2010

Rocznica

Wczoraj minął okrągły roczek od kiedy zaczęłam biegać.

Chciałabym powiedzieć, że biegałam regularnie przez ostatnich 12 miesięcy, ale niestety tak nie było. Zima jednak nie sprzyja takiej aktywności. Nawet nie mróz jest największym problemem, ale zalegający na chodnikach śnieg i lód. Po nieodśnieżonych chodnikach biega się źle, a ulicami jednak strach. Zresztą na ulicach też jest ślisko. No i odpuściłam. Odpuściłam bieganie na całe 6 tygodni. Trochę mi wstyd, bo widziałam innych, którzy mimo wszystko nie odpuścili. Ale trudno. Bieganie miało być dla mnie przyjemnością, a w zimowych warunkach w żaden sposób tej przyjemności nie odczułam.

Było, minęło. Teraz mamy marzec, a to już prawie wiosna! Zaplanowałam sobie, że wrócę do treningów w rocznicę swojego pierwszego biegu i tak właśnie zrobiłam. Ale udało mi się coś jeszcze - przekonałam mojego męża, by mi towarzyszył! Trochę się martwił, czy da sobie radę, ale pomyślałam, że jeżeli zaczniemy od półgodzinnego cyklu w układzie: 2min. bieg i 3 min. marsz - to nie będzie to specjalnie wyczerpujące. I rzeczywiście nie było.

Samemu biega się dobrze. Zakładam słuchawki na uszy, włączam muzyczkę i jazda! Ale we dwoje jednak jakoś raźniej:)

Fajnie było.


Komentarze
 
2010/03/09 14:41:43
Jak ja żałuję że nie moge juz intensywnie biegać... ;/

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Bieszczady

Wakacje się kończą i trochę żal. Pomimo, że czay szkolne dawno już są za mną, okres wakacyjny wciąż uważam za wyjątkowy. Lato, słońce, długie dni, kolory, cykające świerszcze... - uwielbiam to po prostu! Kolekcjonuję te wakacyjne doznania, by grzały mnie w zimie, kiedy to z powodu zimna i wszechogarniającego mroku podatna jestem na przykre doświadczenia melancholii.

Ostatni weekend spędziliśmy w Bieszczadach. Magiczne miejsce. Hippisowska atmosfera - młodość, wolność i przestrzeń. Kempingi z kolorowymi namiotami, a przy nich młodzi ludzie z gitarami i stosy opróżnionych puszek po piwie. Sex drugs and rock and roll. Długie włosy pod kolorowymi kapeluszami, chustki bandanki zawiązane na głowach lub nadgarstkach, ciężkie obuwie, turystyczny, niewymuszony styl. Wszechogarniająca swoboda. Zapierające dech w piersiach krajobrazy. Takie właśnie są Bieszczady! Takie właśnie je zobaczyłam i doświadczyłam w ostatni weekend. Dziwię się, że nie wcześniej, wszak nie był to mój pierwszy pobyt w tych stronach.

Zachwycona widokami i atmosferą pstrykałam zdjęcia jedno za drugim, aż w najważniejszym momencie, podczas zdobywania Gniazda Halicza i Tarnicy wyczerpały mi się baterie w aparacie. Wczoraj, gdy oglądałam i porządkowałam zrobione fotki, znalazłam kilka, które dobrze oddają to, co widziałam i czego doświadczyłam w Bieszczadach. To moja złota kolekcja na długie zimowe, mroźne wieczory.

Połonina Caryńska

Gniazdo Halicza i Tarnicy

środa, 15 lipca 2009

Był sobie urlop...

Tegoroczny urlop spędziłam w Karkonoszach i Górach Izerskich, głównie na pieszych wycieczkach w okolicach Karpacza, Świeradowa Zdroju i Szklarskiej Poręby. Przemierzaliśmy kilometry ścieżek i szlaków, zachwycaliśmy się przepięknymi krajobrazami i oczywiście zdobywaliśmy szczyty. Na własnych nogach dotarliśmy na Śnieżkę, Kopę i Stóg Izerski. Na Szrenicę wjechaliśmy wyciągiem. Brakło nam czasu na wspinaczkę. Szkoda, ale lepiej tak, niż w ogóle, bo widok z tego szczytu jest powalający. Było aktywnie, wyczerpująco i bardzo satysfakcjonująco.

Po raz pierwszy w życiu przekroczyłam drogową granicę Polski, postanowiliśmy bowiem wstąpić do Harrachova, gdzie w zimie odbywają się zawody w lotach narciarskich. Mój mąż jako wierny kibic tej dyscypliny bardzo chciał na żywo zobaczyć skocznię. Nie wiem ile schodów pokonaliśmy, by dostać się na górę, ale gdy byliśmy już niemal na szczycie, to aż zakręciło mi się w głowie. To jest naprawdę kawał wysokości!

Kilka fotek z urlopu:

Karpacz i okolice - szlak na Śnieżkę, Krucze Skały

Świeradów Zdrój i okolice - Stóg Izerski (1108 m. n.p.m.), Polana Izerska i Chatka Górzystów

Szklarska Poręba: Szrenica (1362 m. n.p.m.), wodospad Szklarki

Harrachov
     
Od jutra zabieram się do robienia albumu z wakacji:)

Ech, ale fajnie było....

wtorek, 14 kwietnia 2009

Hurraaa !!!

Zakończyłam sześciotygodniowy trening biegania. Dziś po raz pierwszy w planie był bieg przez 30 min. bez przerwy. I udało się !!!!!!! Nawet nie jestem bardzo zmęczona. Naprawdę. Czuję się świetnie. I've got the power !!!!!!

niedziela, 15 marca 2009

O moim bieganiu

Dziś mijają dwa tygodnie odkąd postanowiłam biegać. Pierwszy tydzień to była raczej rozgrzewka, taka mała próba sił. W drugim tygodniu biegałam już bardziej profesjonalnie, zgodnie ze znalezionym w sieci planem, który w ciągu 6 tygodni ma mnie przygotować do biegu bez zatrzymywania się przez 30 min. Zobaczymy. Na razie jest dobrze. Oczywiście męczę się okrutnie, ale też odczuwam wielką frajdę. Zauważyłam również pozytywne zmiany w swoim nastroju. Znów jestem pełna radości, energii i optymizmu, choć to akurat może być także zasługą zbliżającej się wiosny. Tak czy inaczej bieganie na pewno mi nie zaszkodziło.

poniedziałek, 2 marca 2009

Truchcikiem

Wczoraj, zainspirowana blogiem conni29, postanowiłam, że od dziś zaczynam regularne bieganie. Potrzebuję wysiłku, potrzebuję świeżego powietrza, potrzebuję wreszcie poczuć się zmęczona i szczęśliwa.
Na początek wyznaczyłam sobie króciutki dystans - niecały kilometr. Po rozgrzewce lekko i z zadowoleniem wybiegłam na chodnik. Po 150 m miałam już dość. Przypomniały mi się wszystkie argumenty jakie przez całe życie miałam przeciwko bieganiu. Że wyczerpujące, obciążające dla stawów, powodujące zadyszkę nie do zniesienia. W moim bieganiu (pomijając pierwsze kilkadziesiąt metrów) nie było lekkości. Prawdę mówiąc z ledwością odrywałam nogi od podłoża. Co kilkadziesiąt metrów odpoczywałam maszerując. Na tym krótkim odcinku, który wyznaczyłam sobie na początek, odpoczywałam w ten sposób aż cztery razy. Porażka!
Ale pierwsze koty za płoty! Poczytałam sobie poradniki o joggingu, które napełniły moje zmęczone i nieszczęśliwe ciało nadzieją. Podobno po czterech, pięciu tygodniach regularnego biegania zaczyna się łapać formę. Mając nadzieję, że tak właśnie będzie nie poddam się po pierwszej porażce.


Komentarze 
 
 
2011/10/28 12:33:04
Zgadzam się z opinią, że po kilku tyg. będzie lepiej. Sama na początku prawie wymiotowałam ze zmęczenia. już miałam porzucić zamiar poprawy kondycji, kiedy nagle wszystko się unormowało. Ba, szło tak dobrze, że nawet przez pierwsze dwa mies. ciąży truchtałam sobie po 3km:)) a po ciąży wróciłam już z lepszą kondycją do joggingu. nie było tego etapu początkowego.
Według mnie, jeśli tylko nie ma przeciwskazań, to naprawdę dobry sport. Czułam się o wiele lepiej, moja skóra poprawiła się niesamowicie, a do tego energia, która we mnie wstąpiła, była niesamowita. Teraz mam lekką kontuzję kolana, więc nie mogę biegać, ale pewnie do tego wrócę, bo bardzo mi brak tych minut tylko dla siebie:wczesny ranek, muzyka i ja.

Ciekawe czy nadal biegasz, czy zrezygnowałaś?

Anka
 
2011/10/28 15:39:26
Biegałam półtora roku i sprawiało mi to ogromną satysfakcję, ale po paskudnej infekcji jesienią ub. roku już do biegania nie wróciłam. Na dodatek dołożyły się bóle w kolanach i kostkach, i cóż... przerzuciłam się na spacery;). Ale porządnego wysiłku i tak mi brakowało dlatego zapisałam się na zajęcia aerokickboxingu 2 x w tyg. po godzince - też można się solidnie zmęczyć, a w wysiłku biorą udział wszystkie partie mięśniowe. Bardzo polecam ten rodzaj aktywności ruchowej:)
 
2011/10/29 09:15:11
to fajnie, że wciąż coś robisz. ja albo zacznę bieganie, albo basen; chyba, że uda mi się połączyć wszystko.

Anka