Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachwyty. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zachwyty. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 kwietnia 2023

Piękny dwudziestoletni

... a nawet starszy - nie mam pojęcia ile może mieć lat - ze mną jest od ponad dwudziestu, a kupiłam go na szmateksie. Stosunek do tego swetra wiele mówi o moim stosunku do rzeczy w ogóle - przywiązuję się. Ale są rzeczy, do których przywiązuję się szczególnie, jak ten sweter właśnie. Od pierwszego spojrzenia czułam, że jest mój - idealny fason, kolor, wzór... Przy tym zupełnie nie zniszczony. Gryzł, to była jego jedyna wada, ale ponieważ był dość obszerny, zawsze dawało się go nosić na coś pod spodem.

Był czas, gdy już go porzuciłam, przekazałam mężowi do noszenia "po domu", potem wzięła go córka. Przy okazji którychś porządków znów trafił do mnie. Nie nosiłam go, ale wyrzucić nie potrafiłam, po każdej szafowej czystce wracał na swoją półkę.

Odkryłam go na nowo ubiegłego lata - potrzebowałam czegoś ciepłego i wygodnego na nasze wieczory kinowe w plenerze (bo letnie wieczory w ubiegłym roku były wyjątkowo chłodne) i właśnie ten sweter okazał się idealny. Jest ciepły, jest lekki, no i obszerny. Jest jak kocyk:-). Sprawdził się też zimą "po domu". Właściwie to nosiłam go na okrągło, z krótkimi przerwami na pranie. I wiecie co? Ten sweter jest totalnie niezniszczalny! Ślady użytkowania widać tylko po zmechaceniach, poza tym żadnych przetarć, rozpruć, zaciągnięć. Strasznie mnie ta jego odporność na eksploatację rozczuliła. Ostatnio spędziłam ponad godzinę i dokładnie go ogoliłam ze wszystkich zmechaceń i tak się teraz zastanawiam... może by mu zmienić status z "domowego", na "wyjściowy"?...









Też macie takie swoje ulubione i odporne na upływ czasu rzeczy?

Dobrego poświątecznego tygodnia życzę wszystkim!

niedziela, 14 października 2018

Pora wesoła

Kto powiedział, że jesień jest smutna,
Że ma kolor szarego płótna,
Że jej prawie nie widać we mgle?
Kto to wszystko powiedział?
Ja nie!
Dla mnie jesień to pora wesoła,
Roześmiana i gwarna jak szkoła!
Lśniąca skórką kasztana na trawie,
W odlot ptaka wpatrzona ciekawie.
Jesień - roztargniona malarka
Gubi farby po lasach i parkach,
A ja biegam wciąż za nią z ochotą
I znajduję brąz, czerwień i złoto!

Marek Głogowski

No dobra, to ja zawsze mówiłam, że nie lubię jesieni, więc teraz się wytłumaczę. Nie lubię zimna, przenikliwego chłodu lodowatych poranków, krótkich dni, ponurych wieczorów, ciemności, szarości i błota... Bo mi od tego wszystkiego myśli pleśnieją.

Natomiast taką jesień, jaką nas właśnie październik obdarza - taką jesień lubię! Lubię bardzo. No kto by nie lubił???

















Dzisiejsza rowerowa niedziela liczyła 50 km. Warunki do jazdy idealne. Wrażenia estetyczne. No.... zjawiskowo jest jednym słowem. Mam wielką nadzieję, że to nie była ostatnia wycieczka rowerowa w tym roku:-).

wtorek, 24 października 2017

Witaj w domu, Florcio!

Po 75 dniach spędzonych w szpitalu, mój pierwszy w życiu WNUK jest wreszcie w domu:-).


Zdjęcia zrobione na gorąco, komórką. Ja patrzę tylko z daleka, bo wciąż zawirusowana. Oczy łzawią, a gardło dławi wzruszenie.

Jestem mamą Mamy. Jestem BABCIĄ:-)

Ale jaja!!!!

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Spotkała mnie przyjemność

... i chcę o niej wspomnieć, bo warto to robić za każdym razem, gdy człowieka spotyka, na dowód tego, że na tym popapranym świecie dobre rzeczy też się zdarzają. Może nawet wcale nie tak rzadko, jakby się mogło wydawać...

Końcem ubiegłego tygodnia zadzwoniłam do lokalnego sklepu z farbami i lakierami z zapytaniem, czy dostanę farbę tablicową. W dużym mieście pewnie można ją dostać w każdym markecie, ale u mnie to wcale nie jest oczywisty produkt. A chciałam wypróbować, bo miałam pomysł.

Pan w słuchawce spytał: "A dużo pani tego trzeba?". Jak najmniej - odpowiedziałam. Bo to po raz pierwszy, na próbę, nie wiem ile wykorzystam i w ogóle droga rzecz... To niech pani przyjdzie, to pani dam. Ale jak to? - spytałam z lekka osłupiała, nie do końca rozumiejąc treść komunikatu, który właśnie usłyszałam... No tak, proszę przyjść, a jak mnie nie będzie, to zostawię na sklepie, to pani sobie odbierze - usłyszałam w odpowiedzi.

Po południu, zgodnie z ustaleniami, poszłam do sklepu. Z niepewnością spytałam o farbę tablicową... A tak, szef zostawił - powiedziała pani i dała mi do ręki zwyczajnie wyglądające, oryginalne opakowanie farby tablicowej, 0,2 l.


Nie wiem dlaczego dostałam je za darmo. Może zostało z inwentaryzacji? Nie będę roztrząsać. W każdym razie to miłe zdarzenie uskrzydliło mnie i opromieniło cały weekend. Dzięki niemu moje weekendowe prace rękodzielnicze sprawiły mi tym większą przyjemność i satysfakcję. Jestem taka wdzięczna, że na pewno coś z rzeczy, nad którymi właśnie pracuję, trafi do tego sklepu:-).


 A jak Wam minął weekend?

sobota, 26 października 2013

Jedzmy dynie!

Dynia jest bania wielgachna,
dynia jest owoc obszerny,
choć mało kalorii posiada,
mało kto dynię doceni.
Więc wołam: Niech każdy pamięta,
że wartość dyni jest niepomierna!

Kochajmy dynię dziewczęta,
kochajmy do jasnej anielki!

Dyniowa parafraza wierszyka O wróbelku, powstała na skutek entuzjazmu, którym ostatnimi czasy zapałałam do dyni właśnie:).

Od lat próbowałam się z dynią zaprzyjaźnić, jednak wszelkie podejmowane przez mnie próby jej obłaskawienia kończyły się kulinarną porażką. Wyzwaniem był już sam etap przygotowawczy, znaczy rozkrojenie i obranie giganta. W konsumpcji było zaś jeszcze gorzej - mdły smak, dziwny zapach i ilości nie do przejedzenia...

Już miałam uznać, że w dyni, prócz walorów estetycznych, nie ma niczego dobrego, gdy natknęłam się na kilka pobudzających smakową wyobraźnię przepisów i postanowiłam dać dyni ostatnią szansę...

I tym razem dynia zrobiła nam niespodziankę i smakowała w każdej postaci, bez wyjątku:)


A kosztowaliśmy jej w postaciach następujących:

- zupa dyniowo-kurkowa z inspiracji Magoty (nawet kilka razy! - pyszna zarówno z ziemniakami, jak i bez, a mamy zamiar wypróbować jeszcze z soczewicą; smakowała wszystkim, ale szczególnie mąż w niej zagustował),
- ciasto dyniowe z kruszonką (tutaj o nim pisałam, a stąd wzięłam przepis),
- dynia Hokkaido faszerowana mięsem i orzechami - w naszej wersji nieco mniej ozdobna, ale i bez dekoracji była przepyszna:)


- surówka z dyni w wersji wytrawnej (ze śmietaną i koperkiem),
- surówka z dyni i jabłek po mojemu (bo ta wytrawna nie do końca przypadła mi do gustu).


Skład: dynia, jabłko, pokrojone drobno pestki dyni oraz suszona żurawina. Po mojemu, to niczym nie trzeba już doprawiać, ani solą, ani cukrem, ani niczym kwaśnym. Surówka wychodzi odpowiednio słodka, bardzo soczysta i chrupiąca:)

- ciasto dyniowe z imbirem


Z oryginalnego przepisu darowałam sobie jedynie tę polewę z białej czekolady. Na pewno byłaby pyszna, ale zdecydowałam się jednak na nieco mniej słodyczy;)

Nie wiem, czy to my dojrzeliśmy wreszcie do smaku dyni, czy po prostu znaleźliśmy dla niej właściwe potrawy... W każdym razie po ostatnich doświadczeniach stwierdzam z całą pewnością:

DYNIA JEST PYSZNA!

A poza tym ma mnóstwo właściwości, które korzystnie wpływają na nasz organizm. Powtarzam za Poradnikiem Zdrowie: dynia jest niskokaloryczna (28 kcal w 100g), bogata w B-karoten, ma sporo potasu, wapnia, fosforu i witamin z grupy B. Pomaga w odchudzaniu i leczeniu nadciśnienia. Działa odkwaszająco na organizm, wzmacnia układ odpornościowy. Nawet po ugotowaniu nie traci cennych właściwości. Najlepiej jeść dynię dojrzałą, pięknie wybarwioną - im bardziej pomarańczowy miąższ, tym więcej witamin B1, PP i karotenu. Ze względu na wysoki indeks glikemiczny (IG=75) nie jest wskazana dla diabetyków. Wyczytałam też, że pomaga w leczeniu pewnych rodzajów zaparć, a także jest zdrowsza od marchewki, bo nie absorbuje z gleby azotanów.

Jednym słowem - dynia rządzi!:)

czwartek, 21 marca 2013

:D !!! Aaaaaaaa !!! :D

W tytule to jest okrzyk radości:)

A ta radość to stąd, że mi Fidrygauka sprawiła ogromną i przemiłą niespodziankę:)

Wczoraj, gdy wróciłam z pracy, przyniosła mi mama ciężką brązową kopertę, którą odebrała dla mnie od listonosza. A w kopercie .... książka pełna cudnych inspiracji na wiosenne dzianinki:)




Prezentowane w książce modele podobają mi się z kilku powodów. Po pierwsze wszystkie można wykonać bezszwowo, raglanem. Po drugie, mają zupełnie prosty, a jednocześnie bardzo kobiecy krój. I po trzecie - szalenie podobają mi się wykorzystane wzory. Szczególnie ten żeberkowy, który w prezentowanych modelach oddziela poszczególne części sweteterków - wygląda to naprawdę ładnie:)




Ale do jednego modelu oczy zaświeciły mi się szczególnie, a serce zabiło gwałtownie:


I to jest to, od czego zacznę:) Angielskojęzyczność w książce mi nie straszna! Mam już pewną wprawę w rozszyfrowywaniu angielskich opisów. Oraz podręczny słowniczek podstawowych skrótów:) Dam sobie radę! A jeśli nie, to zdjęcia są tak dokładne, że z nich samych sporo można zobaczyć.

Wszystkie zdjęcia pochodzą z książki Stefanie Japel, Fitted knits. 25 designs for the fashionable knitter.


Fidrygauko, DZIĘKUJĘ !!!

Świetna książka z mnóstwem fantastycznych pomysłów! Już zawładnęła moją wyobraźnią, bo zawiera zupełnie inne projekty niż te, które znam z naszych gazetek. Najchętniej zrobiłabym je wszystkie. I to już teraz, zaraz:D

poniedziałek, 4 marca 2013

Smak zwycięstwa

Nie mam w zwyczaju komentować wydarzeń sportowych. Rywalizacji nie lubię, a rola kibica jest mi najzupełniej obca. Jednak  z racji zamiłowań mojego męża, jestem biernym odbiorcą WSZELKICH sportowych informacji, a już zwłaszcza takich, w których występują Polacy. Nie mogłam więc nie zauważyć mistrzostw świata w narciarstwie klasycznym w Val di Fiemme, w ramach których, w ostatnią sobotę, odbyły się drużynowe zawody w skokach narciarskich. W tychże zawodach, po przedziwnych perturbacjach, Polacy zdobyli brązowy medal.

I nie mogę się oprzeć, by tego szczęśliwego wydarzenia nie skomentować. Nie z powodu sędziowskiej pomyłki, która niespecjalnie mnie obeszła - po każdej większej imprezie sportowej można by książkę napisać o sędziowskich wpadkach. Moją uwagę zwróciła i o szczere wzruszenie przyprawiła, ogromna radość naszej drużyny ze swojego osiągnięcia.

Radość polskiej drużyny*

Nie wątpię, że dla każdego sportowca zdobycie medalu jest wydarzeniem szczęśliwym, ale pierwszy raz w życiu widziałam TAKĄ radość - żywiołową, niepohamowaną, nieskrępowaną obecnością kamer i dziennikarzy usiłujących w tym momencie przeprowadzić z chłopakami wywiad. To było coś niesamowitego!

Kamil Stoch i Piotr Żyła cieszą się ze zdobycia brązowego medalu*

Widok uszczęśliwionych młodych sportowców po prostu musiał chwycić za serce i zarazić radością każdego, kto był tego świadkiem, nawet takiego sporto-sceptyka i sporto-malkontenta, jak ja;).

Radość Kamila Stocha*

I tylko przez chwilę poczułam przykre ukłucie, ni to zazdrości, ni to żalu, że ja nigdy czegoś podobnego nie doświadczę, że nie dowiem się jak to jest - przeżyć coś takiego, zdobyć w drużynie medal, stanąć na podium... Czy można to do czegoś porównać? Na przykład do osiągnięcia sukcesu w innej dziedzinie? Do zdobycia upragnionej pracy? Do radości i dumy z sukcesów dzieci? Nie mam pojęcia...

Widzę radość sportowców ze zdobycia medalu, ale nie potrafię sobie wyobrazić, jak ta radość im samym smakuje... I tego mi trochę szkoda. Bo może znam najróżniejsze życiowe smaki, ale tego nigdy nie zakosztuję.

* zdjęcia i opisy do nich pochodzą ze strony TVN24.

wtorek, 22 stycznia 2013

A jednak nie da się lubić!

Starałam się przekonać. Przetłumaczyć sobie jak dziecku. Na próżno. Nie da się jej lubić! Cóż z tego, że śliczna? Cóż z tego, że fotogeniczna? Nie da się z nią żyć...


Od dwóch dni mamy lodowy deszcz. Do tej pory zjawisko to znałam tylko z telewizji, z programów popularnonaukowych. Po raz pierwszy w życiu doświadczam na własnej skórze...


Lodowy deszcz jest koszmarny. Oblepia wszystko, na co spadnie. Chodniki i ulice zamienia w lodowiska. Nie skutkuje sól i piasek, bo po chwili jest już nowa warstwa lodu. Lód skleja bramy i furtki, a samochody zmienia w kapsuły, do których nie sposób się dostać.


Gdy jakimś sposobem uda się wreszcie przerwać warstwę lodu, uchylić samochodowe drzwi i wedrzeć się do środka, by odpalić silnik, najgorsze wciąż mamy przed sobą - zeskrobywanie centymetrowej warstwy lodu z szyb...


Długie sople zwisają zewsząd. Z drzew, okien, dachów, znaków drogowych i linii energetycznych. Te ostatnie wyglądają naprawdę przerażająco - ciężkie i grube. Budzą grozę, że mogą się zerwać w każdej chwili i w środku zimy pozbawić nas prądu, a w konsekwencji ogrzewania...


Zastanawiam się ile może ważyć warstwa śniegu i lodu na moich dachu. Mam nadzieję, że dach to wytrzyma...


Więc cóż z tego, że jest tak pięknie...

sobota, 15 września 2012

Roślinne filozofie

Ubiegłej jesieni zadziwił mnie kwitnący w październiku bez. W tym roku stała się rzecz jeszcze bardziej wyjątkowa. 

Zakwitła czereśnia!

No nie tak spektakularnie, jak robi to wiosną, tym niemniej jednak, na gołych, umęczonych gałązkach, całkiem wyraźnie dostrzec można biało-różowe kwiatuszki. Jakby na przekór porządkowi świata, na przekór inwazji mszyc, które w tym roku zaatakowały z taką siłą, że zeżarły niemal wszystkie liście, a później nie pozwoliły dojrzeć owocom, drzewo daje znać, że żyje. Nieśmiałymi, wątłymi i rachitycznymi, jesiennymi kwiatkami pokazuje, że się nie poddaje, że walczy o przetrwanie w tym nieprzyjaznym świecie...


Wiem, wiem, personalizuję... Ale jak tu się oprzeć takim skojarzeniom? Wola przetrwania u istot żywych zawsze mnie fascynowała. Niesamowite zjawisko. Budzi podziw i szacunek. I wzrusza ogromnie. Szczególnie, gdy dotyczy roślin, które przecież zupełnie bezrozumnie wykształciły w sobie mechanizmy służące przetrwaniu. Niektóre (np. te pustynne) mają kolce, by zwierzęta nie mogły dostać się do wody w ich łodygach. Inne potrafią wspinać się po drzewach, by dostać się bliżej światła. Są takie, które rosną w koronach wysokich drzew, a ich korzenie są tak zbudowane, że pochłaniają wilgoć z otoczenia. Potrafią przetrwać w najgorszych nawet warunkach atmosferycznych - w syberyjskich mrozach i w ukropie amerykańskiej Doliny Śmierci... I wystarczy tylko parę dni sprzyjających warunków, by zakwitły, wydały na świat owoce i nasionka... Zdają się być martwe, a w jednej chwili potrafią ożyć...

Jak mój ubiegłoroczny wrzos, na przykład. Przetrwał całą jesień i zimę na parapecie w skrzynkach, a większość tego czasu w stanie, wydawałoby się, całkowicie zasuszonym. Na wiosnę, zgodnie ze wskazówkami pani z kwiaciarni, nie spodziewając się jednak niczego, wysadziłam go do ogrodu. Całe cztery, suche sadzonki... Nie wiedzieć czemu, strasznie spasowały nornicom - cholery ryły w ich okolicy bez opamiętania. Dwie sadzonki uschły razem z korzeniem, ale dwie pozostałe, które dawały jeszcze słabiutkie oznaki życia, włożyła mama do donicy, gdzie, na powietrzu i w otoczeniu innych kwiatów, spędziły całe, gorące lato. I nagle patrzę, a te suche łodyżki zaczynają się zielenić! Niedługo później pojawiły się też różowe kwiatuszki. Wrzos ożył! Zgodnie ze swoim odwiecznym cyklem - we wrześniu:)


Albo moja sanseweria? Dawno temu, gdy mieszkaliśmy jeszcze kątem u mojej mamy, uznałam, że jest tak mało efektowna, że skazałam ją na wygnanie, do najmniej przyjaznej kwiatom, części mieszkania. Stała sobie w ciemnym przedpokoju, na wysokiej półce, prawie niewidoczna, zapomniana, z rzadka jedynie podlewana wodą...  Spodziewałam się, że zginie (bo jaka roślina przetrwałaby w takich warunkach?), ale nie było mi jej szkoda, bo przecież i tak mi się nie podobała...

Po ponad roku stwierdziłam jednak, że pomimo tego wszystkiego, saseweria radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Ujęła mnie ta jej wytrzymałość i cierpliwość. Roślina wróciła na pokoje, a później przeniosła się z nami do nowego domu. Dostała nową doniczkę i ziemię... I nagle zaczęła się rozmnażać. Lawinowo puszczała z ziemi nowe pędy, z których rosły piękne, smukłe i twarde, zielone liście. I gdy już myślałam, że piękniejsza być nie może, moja saseweria zakwitła. Nawet nie miałam pojęcia, że ta roślina w ogóle kwitnie! Kwiaty wyrosły z każdego pędu - drobne, białe, o tak urzekającym zapachu, że nie mogłam przestać się zachwycać. 

To jest dopiero radość życia! Skazana na nieistnienie przez zapomnienie, pozostawiona samotnie w szarym kącie, przetrwała, a gdy tylko pojawiły się korzystniejsze warunki - rozrosła się i rozkwitła! Jakby chciała powiedzieć, że nie ważne co było, dziś jest nowy, piękny dzień; korzystajmy z tego i cieszmy się życiem! Dajmy światu to, co mamy najlepszego!

Moja sanseweria dzisiaj, wprawdzie bez kwiatów, ale i tak wyraźnie widać, że silna, dumna i piękna:)

No i jak tu nie kochać i nie szanować roślin, kiedy one nie tylko piękne, ale jeszcze takie mądre...