niedziela, 8 marca 2026

Życie jest jak pudełko czekoladek

... nigdy nie wiadomo na co trafisz. Mnie trafił się ostatnio udar u Taty. Żyłam w lęku przed taką wiadomością od pięciu lat, kiedy to z tego powodu zmarł Taty brat. Też sam mieszkał... Nie da się ochronić samodzielnie mieszkającego rodzica przed taką sytuacją. Od tamtej pory wymogłam na Tacie codzienne telefony rano i wieczorem, żebym przynajmniej wiedziała, że się obudził i że zdrowy idzie spać. Pewnego wieczoru zamiast Taty zadzwonił lekarz z SORu. To był na szczęście łagodny udar - Tato sam zorientował się, co się z nim dzieje i sam zadzwonił na pogotowie, mimo problemów z mową udało mu się wezwać pomoc. Szybka reakcja i wdrożone leczenie cofnęły niedowłady. Po dwóch tygodniach hospitalizacji, Tata, całkowicie sprawny fizycznie, wrócił do domu, do swojego samodzielnego życia. Po udarze został mu tylko problem z wysławianiem się, z artykulacją niektórych wyrazów, z niepamiętaniem słów. Mnie został lęk, że to się może powtórzyć, a każdy kolejny raz może skończyć się gorzej. 

Przy okazji pobytu w szpitalu, Tato został też gruntownie przebadany, a diagnostyka ujawniła szereg problemów do naprawy lub dalszego obserwowania. Niedługo czeka go operacja, potem wizyty u różnych specjalistów. Pomagam, wspieram, pilnuję terminów i przypominam o trzymaniu się zaleceń na tyle, na ile mogę to robić na odległość, przez telefon. Ale Tato nie jest zdyscyplinowanym pacjentem i źle znosi zarówno swoje problemy zdrowotne, jak też fakt odwrócenia ról - rodzic pod opieką dziecka. Ja źle znoszę, że nie mogę być na co dzień blisko, że nie mam kontroli nad tym co się dzieje na bieżąco i co się może wydarzyć.

Wróciłam do domu, ale nie do swojego życia. Wciąż mam poczucie zawieszenia, nierealności. Nie mam wolnej głowy na relaks, na wyłączenie się. Dlatego nie dziergam, nie rysuję, nie mam żadnych pomysłów na tworzenie czegokolwiek, nawet wybór w co się ubrać jest problemem. Dziś z trudem udało mi się wystylizować jeden z ostatnich swetrów (wydziergany jeszcze w grudniu) i pojechać z psami do lasu, żeby zrobić zdjęcia:






Sweter i czapka do kompletu powstały w większości ze sprutej kamizelki, bo jej nie nosiłam. Mam nadzieję, że się przyjmie i się polubimy. Dzisiejszy pierwszy dzień wypadł obiecująco. Zapomniałam, że mu wymyśliłam wywijane mankiety, fajne są.

Jeśli chodzi o Zentangle, to mam tylko kilka lutowych rysunków w notesie, wszystkie z czasów przed udarem. Eksperymentowałam z nieregularnymi formami i napisami, bo w styczniu kupiłam sobie książkę: "Liternictwo. Sztuka pięknego pisania" i zachciało mi się połączyć litery z rysunkami. Następnie zachciało mi się nauczyć kaligrafii i nawet znalazłam fajny kurs w Akademii "Łucznica" w maju, ale to już nieaktualne. Nagle zostało mi tak mało urlopu. I nagle boję się wykorzystywać go na tak błahe rzeczy... 





Wiem, że ten stan minie. Człowiek nie może długo żyć w takim alarmowym trybie. Przyzwyczajamy się do nowych warunków, oswajamy nową rzeczywistość. Jeszcze się będę cieszyć i uczyć z tej książki, bo to naprawdę dobra książka jest:







A tymczasem udaje mi się tylko czytanie. Czytanie jest jak ucieczka. Do innych rzeczywistości, w których nie istnieję i nie muszę się mierzyć z problemami swojego świata... Tak się złożyło, że na same doskonałe książki trafiałam w ostatnim czasie. Naprawdę można się w nich zanurzyć bez pamięci! Szczególnie "Małe życie" - myślę że to jedna z najlepszych książek, jakie w życiu przeczytałam.

Na domiar wszystkiego wstrząsnęła mną w ostatnich dniach wiadomość o śmierci męża jednej z influencerek, którą obserwuję chyba od początku jej działaności w Internecie, od czasów bloxowych blogów. Miał tylko 46 lat. Zmarł nagle zostawiając swoją rodzinę z poczuciem pustki nie do zapełnienia. Nikt dla mnie bliski, ale przeżywam tę stratę bardzo osobiście. 

Nie chcę już żadnych czekoladek. Nie mam odwagi sięgać po jakąkolwiek...

niedziela, 1 lutego 2026

Zimno

... więc nie wychodzę, więc brak warunków, by pokazać co dziergałam. Ale w sumie nie jest to nic oryginalnego. Jak zwykle pruję, poprawiam, przerabiam, miksuję nitki po nowemu. Aktualnie znów szarości, pasują do dzisiejszej aury: zmrożony, przybrudzony śnieg (jest tu błyszcząca nitka, która skrzy się do światła jak szron, ale nie jestem pewna, czy udało mi się to pokazać na zdjęciach):




Ale nowy miesiąc to dobra okazja, by zrobić zentanglowe podsumowanie stycznia. Powszednie wprawki i bazgrołki z notesu: 






Oraz weekendowe obrazki na dużych kartkach:




A na koniec tryptyk, który zaczęłam jeszcze w listopadzie, a skończyłam dopiero po Nowym Roku. Wersja na białej kartce mnie zniechęcała, bo strasznie się na niej rozmazywały zarówno czarne markery, jak i kolorowe żelopisy, ale koniec końców, z przerwami i pomocą Florka jest całość:-)




Trzymajcie się ciepło w te mrozy i do następnego!

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Najdłuższy miesiąc w roku


… (subiektywnie) mija mi dość szybko, choć niekoniecznie produktywnie. W świecie nastawionym na kapitalizację wszystkiego, nieproduktywne zajęcia wywołują psychiczny dyskomfort i poczucie winy. Mierzę się z tymi emocjami bez przerwy i z różnym skutkiem. Targuję się sama ze sobą, gdy czuję się przytłoczona obowiązkami i racjonalizuję czas poświęcony przyjemnościom, ale najczęściej i tak kończę z poczuciem, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie. Kompletnie nieogarnięta. Wewnątrz i na zewnątrz. Wiem, że nie tylko ja tak mam i to mnie w jakiś sposób podnosi na duchu.

Dużo rysuję z Florkiem. Wyciągamy pudełka z pisakami, kredkami, mazakami, zeszyty i notesy, i sobie bazgramy. Przez to, że robię to z Florkiem, uznaję ten czas za wartościowy. Florek jest w edukacji domowej i z dumą myślę o sobie, że wspieram jego edukację manualną. Poza tym czas i aktywność dzielona z drugą osobą nigdy nie są bezproduktywne:-)

Z czasu poświęcanego na czytanie trudniej mi się usprawiedliwić, szczególnie, że głównie czytam teraz rozrywkową beletrystykę… Literatura faktu stała się dla mnie zbyt przygnębiająca, widzę w niej tylko bezmiar ludzkiego nieszczęścia oraz beznadzieję wynikającą z tego, że przeszłość nieustannie się powtarza, a ludzkość ni cholery nie wyciąga wniosków z historii. Nadal czytam książki z TEJ listy i  muszę przyznać, że rzadko trafiam na coś nieciekawego, więc przynajmniej jest to naprawdę dobra rozrywka! Poniżej szybkie omówienie:



"Muszę wiedzieć" Kasia Bulicz-Kasprzak - spoza listy, bo poznałam autorkę na warsztatach w Łucznicy i byłam bardzo ciekawa Jej twórczości. Gatunek może trochę spoza moich zainteresowań, ale to niesamowicie intrygująca, niebanalna historia. Pisałam już, że jestem uprzedzona do rodzimych twórców, ale to dlatego, że tak często mnie rozczarowują. Polskie filmy, seriale i książki albo są do bólu sztampowe, albo naśladują zagraniczne style i wątki, albo są sztuczne... A ta książka jest oryginalna, dobrze osadzona, z ciekawymi postaciami, bardzo pozytywna. Naprawdę polecam!

"Czerwone gardło" Jo Nesbo - doskonały thriller z ciekawym wątkiem z historii Norwegii. Książka pochodzi z cyklu o detektywie Harrym Hole'u i jej najsłabszym punktem jest postać samego głównego bohatera - jak słowo daję mam już po dziurki w nosie zapijaczonych genialnych policjantów z problemami emocjonalnymi i kompetnie niepotrafiących w relacje. Ale poza tym super!

"Null" Szczepan Twardoch - spoza listy, bo leżała i kusiła na ladzie, nówka sztuka w bibliotece, jeszcze pachnąca, a ja wcześniej już o niej słyszałam, zresztą wysłuchałam kilku wywiadów z Autorem i bardzo podobało mi się to co i jak mówi o rożnych ważnych ludzkich rzeczach. Po prostu usiałam pożyczyć. Książka o wojnie w Ukrainie i losach polskiego ochotnika, który się zaciągnął, by w niej walczyć. Książka świetna, ale tak mnie zmasakrowała emocjonalnie, że przez tydzień chyba nie mogłam się podnieść. Mimo wszystko nie żałuję, że przeczytałam, to ważna książka i bardzo polecam.

"Dzikie łabędzie" Juno Chang - też spoza listy, pożyczyłam na prośbę Mamy, a jak już pożyczyłam, to i przeczytałam. Ogromna biograficzna epopeja o Chinach w czasach przełomu i pierwszych latach rządów komunistycznych. Wstrząsająca relacja z pierwszej ręki o wydarzeniach, które po łebkach poznałam w szkole. Ciekawa, ale zostawiła mnie z uczuciem, że nie lubię Chińczyków. Tym trudniej mi teraz patrzeć na ich obecną ekspansję. Wiem jakim olbrzymim kosztem ludzkim Chiny uzyskały dzisiejszy status mocarstwa. Współcześni Chińczycy to nadal niewolnicy systemu, ale przede wszystkim niewolnicy "chińskiej mentalności", która ten system wspiera.


"Długie pożegnanie" Raymond Chandler - klasyka powieści kryminalnej w stylu noir. Akcja toczy się w Los Angeles w latach czterdziestych ubiegłego wieku, dla autora były to czasy współczesne. Paskudne czasy. Toksyczna męskość skąpana w niekończącym się strumieniu alkoholu, mizoginia, policyjna przemoc i bezkarność, niesprawiedliwość systemu, w którym bogaci mogą więcej... Ale też, z dzisiejszego punktu widzenia, bardzo ciekawa i bezkompromisowa krytyka kapitalizmu, nie spodziewałam się takich lewackich treści w amerykańskiej powieści kryminalnej;-)

"Zabójstwo Rogera Ackroyda" Agata Christie - to moja pierwsza powieść tej autorki, owszem, oglądałam serial z Herculesem Poirotem, ale książek nie czytałam wcześniej nigdy i muszę powiedzieć, że bardzo udane było to pierwsze spotkanie. Może dlatego, że ja w ogóle lubię te stare, klasyczne kryminały, oparte na dedukcji, nie jak teraz na dowodach wyabstrahowanych w laboratoriach CSI.

"Pies Baskervillów" Arthur Conan Doyle - też klasyka i też znana historia... We wczesnej młodości postać Sherlocka Holmesa była dla mnie pasjonująca, dziś, po lekturze uważam go za irytującego bufona. Hercules Poirot, choć też zarozumiały, był jednak sympatyczniejszym bohaterem.

"Pentagram" Jo Nesbo  - spoza listy, ale zawiera zamknięcie jednego z głównych wątków z "Czerwonego gardła", musiałam przeczytać, żeby się przekonać jak to zostało rozegrane. Sam kryminał dobry, emocjonujący, z kilkoma niezłymi zwrotami akcji, ale jak wyżej pisałam - mam dość Harrego Hole'a.

Jeśli zaś chodzi o dzierganie... Jest to jedyna przyjemność, do której nie potrzebuję usprawiedliwienia;-). Problemem jest miejsce w szafach - nie mam już absolutnie miejsca na nic nowego, więc mimo, że przed świętami kupiłam sobie dwie spore cewy z fajną nową włóczką (szara bukla z alpaki/merino oraz przydymiona angora), to nie ciągnie mnie, by coś z nich robić. Zamiast tego wciąż pruję stare, z różnych przyczyn nienoszone i przerabianam na nowe w nadziei, że wyjdzie coś fajniejszego do ubrania;-)


A na zakończenie pokażę Wam Cedryczka, jedynego kotka w naszym stadzie, który potrafi omotać się kocyczkiem i tak spać. I tak się składa, że robi to z moim kocyczkiem, na moim łożku, codziennie:-)





No niesamowicie mnie to rozczula!

Dobrego tygodnia i do następnego:-) 


sobota, 3 stycznia 2026

Fajerwerki

... - odpowiedział mój ośmioletni wnuk na moje pytanie, co mu przychodzi na myśl, gdy patrzy na ten sweter. Bardzo mi się spodobało jego skojarzenie. Moje, choć z tego samego obszaru znaczeń - ognisty - nie było dostatecznie barwne:-) A więc najnowszy sweter na Nowy Rok - Fajerwerki:-)






Wydziergałam go błyskawicznie, bo w tydzień: zaczęłam w Wigilię, skończyłam w Sylwestra. Korzystałam z modelu Dropsa - Frosted Cranberries - z własnej kompozycji kolorowych włóczek bez nazwy, bez banderoli i nieznanego pochodzenia, zapewne akryle, druty 4,5 mm na ściągacze i 5,5 mm na dżersej. Co dla mnie ważne - sweter jest przemiły w dotyku, puszysty, otula miękko jak kocyk i nie wymaga pod spodem golfu:-)

Zdjęcia z dzisiejszego wyjazdu do lasu, na szybko, zanim rozpętało się piekło - trafiliśmy ze spacerem w wyjątkowo niekorzystne okno pogodowe, w samą porę na błyskawiczną śnieżycę z zamiecią i wyjącym między drzewami wiatrem. Przez chwilę zrobiło się tak przerażająco, że w panice myślałam już tylko o tym, żeby jak najszybciej dotrzeć bezpiecznie do samochodu. Gdy 15 minut później byliśmy na miejscu, na parkingu, niebo nad nami znów było błękitne... Nawet przez chwilę chciałam zawróć i zrobić jednak pełny spacer, ale gdy spojrzałam na Milkę oblepioną śniegiem, wciąż przestraszoną, przestępującą chudymi bosymi łapkami w zimnym śniegu, to dałam sobie spokój. Zresztą sama wyglądałam jak bałwan. Gdybyśmy wyjechali z domu godzinę wcześniej, lub później, zamiast tej głupiej przygody, mielibyśmy z pieskami piękny słoneczny spacer w zimowej scenerii....

W Nowym Roku życzę wszystkim jak najmniej śnieżyc i zamieci, za to dużo słońca i cudownej pogody na długie, przyjemne spacery:-)