niedziela, 16 lutego 2020

Nówka sztuka

Cztery motki Alize Burcum Cizgi (100% akryl; 100g/210m) kupiłam już dawno temu, tylko dlatego, że mi się spodobała. Ten melanż, choć wcale nie w moich ulubionych barwach, prezentował się jednak w motku wyjątkowo oryginalnie i atrakcyjnie. Nie miałam na nią żadnego planu i pewnie skończyłaby kiedyś tradycyjnie jako sweter, gdyby nie fakt, że w ostatnim czasie nakręciłam się na dziergane spódnice:-). I tak powstała kolejna, tym razem dopasowana, formowana w biodrach i delikatnie rozszerzana od kolan, żeby była wygodna do chodzenia. Trochę mi dała w kość w robocie, kilka razy prułam i na nowo dopasowywałam (bo robię bez próbek, na oko, na żywioł), ale gdy ją wreszcie skończyłam, to uważam, że jest idealna:-). Sprawdziła się na długim leśnym spacerze, zaliczyła mikroskopijną ślizgawkę... Jest wygodna i ciepła.









Do Alize Burcum Cizgi dodałam nitkę czarnego kordonka bawełnianego Muza 10 (100g/525m), dla wzmocnienia struktury - bawełna powinna sprawić, że dzianina lepiej będzie trzymać formę.
Druty: 5,5 mm w pasie,  6,0 mm w biodrach i 6,5 mm reszta.

niedziela, 2 lutego 2020

Spódnica z recyklingu

W zamyśle ten projekt wyglądał inaczej. Miała to być raczej koco-spódnica, kopertowa, taka do owinięcia się. Bo nie mam długiego płaszcza, a w zimie zawsze marzną mi nogi, nawet w spodniach. Albo nawet szczególnie w spodniach. Długa koco-spódnica miała mi chronić nogi przed mrozem, łatwo się zakładać i zdejmować. Ale w trakcie wykańczania okazało się, że nijak nie potrafię okiełznać wywijających się brzegów, więc po prostu je zszyłam. Dorobiłam tunel, wszyłam szeroką gumę i oto jest:







Spódnica powstała z włóczki akrylowej, przerabianej na drutach nr 6,5 mm, podwójną nitką odzyskaną z dwóch dawno temu zrobionych i już nie używanych rzeczy (KLIK i KLIK):


Jestem bardzo zadowolona z tej przeróbki, choć na zdjęciach nie wyglądam... To przez wiatr. To mógł być naprawdę przyjemny spacer - termometr wskazywał 10 stopni ciepła, a las pachniał niesamowicie... Ale wiatr był koszmarny. Mam wrażenie, że nawet psy miały dość spaceru w takich warunkach i wyjątkowo szybko chciały wracać do samochodu.

sobota, 18 stycznia 2020

Zaległe grudniowe

... sztuki rękodzieła. Od tych prac nie trafiły mi się już żadne nowe zlecenia. Jak na razie jest to najdłuższy taki bez-zleceniowy okres w mojej rękodzielniczej karierze, ale jakoś nie chce mi się płakać z tego powodu; odpoczywam tworząc tylko dla siebie. Na drutach. Przerobiłam już całe mnóstwo oczek. Dwie rzeczy nadal są w trakcie dziania, a dwie niby skończone. Niby, bo ciągle coś mi nie gra w efekcie końcowym. Pruję, poprawiam, a i tak nie jestem zadowolona. Pokażę następnym razem.  A tymczasem zaległe grudniowe:

1. Tablica manipulacyjna. Tym razem dla dziewczynki:-) Ale jak widać po zainteresowaniu Florka, podziały płciowe są dla dzieci całkowicie obce, istnieją tylko w głowach dorosłych;-)






2. Rustykalne pudełko na obrączki, wymiar 10x8x5 cm:




3. Wisząca półka z drążkiem, którą odnowiłam na prośbę Przyjaciółki. Kiedyś takie półki wisiały każdym domu, w strefie toaletowej, przy stoliku z miednicą do mycia. Jestem stara, bo doskonale to pamiętam;-). A teraz jest vintage i retro;-). Niestety, nie zrobiłam zdjęcia przed metamorfozą. Metamorfozy mebli, to nie jest moja działka i na pewno żadna to fachowa robota - stara półka została jedynie oczyszczona i przeszlifowana. Nie zalepiałam żadnych dziur, nie wypełniałam ubytków, nie wymieniałam starych okuć. To nie renowacja, to delikatny lifting:-)






Ale najważniejsze, że Przyjaciółce się podoba:-)

Pięknego, spokojnego weekendu życzę. Ja planuję nadal pruć i poprawiać oraz kontynuować;-)

poniedziałek, 13 stycznia 2020

Spontanicznie

...obejrzałam "Narodziny gwiazdy" (2018, reż. Bradley Cooper). Ponieważ z jakiegoś powodu nie chce mi na komputerze hulać telewizja, a na CDA nie było "Szpitala Good Karma", a żaden inny gotowy tytuł nie wpadł mi do głowy, więc w ostateczności odpaliłam HBO GO, a tam pierwszy film z listy rekomendowanych. Niech sobie leci - pomyślałam - podczas dziergania miło, gdy coś sobie leci w tle... I wiecie co? Nie nadziergałam się wiele podczas tego seansu:-). Film bardzo szybko zdominował moją uwagę, a momentami w ogóle zapominałam o tym, że mam robótkę w rękach. I to wcale nie tylko dlatego, że sporo jest w filmie partii muzycznych z napisami. Do ekranu głównie przyciągała mnie relacja głównych bohaterów. Rany, jak oni to zagrali!

To podobno głośny film, ale ja akurat nic o nim wcześniej nie słyszałam. Nie wiem jak to możliwe, ale tak wyszło - tytuł był dla mnie całkowicie anonimowy. Gdyby było inaczej, być może nawet bym go nie włączyła. Bo muzyczny. Bo melodramat. Bo trzeci z kolei remake obrazu z 1937 r. Bo opinie mocno sceptyczne. Bo niesympatyczny Bradley Cooper i skandalistka Lady Gaga... Tymczasem okazało się, że muzyka jest genialna i stanowi jeden z filarów całej produkcji, a patrząc na skromną i całkiem zwyczajną Ally w ogóle nie zorientowałam się, że patrzę na Lady Gagę! Zaś Bradley Cooper... No to była największa niespodzianka. Jakkolwiek nie jest to szczególnie lubiany przeze mnie aktor, to w tej roli zrobił na mnie kolosalne wrażenie. W ogóle cały ten muzyczny romans, zagrany bez jednej fałszywej sceny, bardzo mnie poruszył. Nie mogłam oderwać oczu od wspólnych partii Coopera i Gagi. Ich spojrzenia, subtelny dotyk, wspólne tworzenie muzyki, śpiewanie do jednego mikrofonu... były tak zmysłowo elektryzujące... Jestem pewna, że ta para zapisze się na liście najbardziej romantycznych i gorących duetów w historii kina:-).

Ale "Narodziny gwiazdy" to nie tylko film o miłości. To też historia o tym, jak showbiznes wpływa na życie artystów, jak wykorzystując ich talent i charyzmę, urabia i drenuje dla zysku, wypluwając gdzieś na końcu produkt dla mas, maszynkę do zarabiania pieniędzy, samotnego robota, który tworzy na termin i żyje w nieustannej trasie koncertowej, bez rodziny, przyjaciół i bliskości. Owszem, taka popularność to marzenie wielu nieznanych artystów, ale cena za uznanie jest wysoka - permanentna presja, brak prywatności, samotność, ciągłe naginanie się do wymagań menadżerów, producentów, fanów, uzależnienia od najróżniejszych znieczulaczy... I naprawdę było mi smutno patrzeć na Ally, której kariera przebiega dokładnie według znanego Jacksonowi scenariusza, i która powoli wyzbywa się tego, kim jest w środku, a zaczyna być produktem, marką. Ona jeszcze o tym wszystkim nie wie, a Jackson może tylko bezradnie patrzeć na tę przemianę, z jednej strony ciesząc się z jej sukcesu, a z drugiej nienawidząc go, bo zna już wszystkie jego konsekwencje. Myślę, że Bradley Cooper, jako znany aktor i reżyser, dokładnie wiedział, co chce przekazać i to mu się udało. Lady Gaga ze swoją biografią również niezwykle wiarygodnie wypada w tej historii.

Z pewnością to prawda, że film nie opowiada nic nowego, że fabuła jest znana i przewidywalna, a akcja biegnie zbyt szybko. Ale co z tego, jeśli tę znaną historię opowiada się w wyjątkowy pod każdym względem sposób, jeśli potrafi ona przykuć uwagę, wywołać intensywne emocje i zostawić widza w stanie wewnętrznego rozedrgania i refleksji na wiele dłużej niż tylko do przeminięcia na ekranie ostatnich napisów. Oraz z poczuciem - ja chcę jeszcze raz! Ale nie za szybko, za jakiś czas, jak się emocje uspokoją nieco. A tymczasem ściągnięta ścieżka dźwiękowa i słucham prawie na okrągło. Świetna muzyka!

Jedna z najlepszych filmowych produkcji, jakie znam. Bardzo polecam:-)