niedziela, 17 stycznia 2021

Kiszka

Sweterek w stylu lat osiemdziesiątych oraz wełnianą spódnicę (przerobioną z TEJ tuniki) planowałam sfotografować jak zwykle przy okazji niedzielnego wyjazdu do lasu. Niestety, wyjazd nie doszedł do skutku, gdyż okazało się, że w jednym kole mam kiszkę. Koło zapasowe jest, owszem, ale to takie małe kółeczko-dojazdówka, którym strach jechać w ekstremalnych, zimowych warunkach. Szkoda, bo właśnie spacer w tych zimowych warunkach w lesie mógł być naprawdę magiczny... A bardzo mi teraz trzeba choćby takiej magii, bo tytułowa kiszka dokucza mi ostatnio na zbyt wielu polach mojej aktywności.

Ale cóż, trzeba było plany skorygować. Spacer odbył się lokalnie. Nie był ani trochę magiczny - miejscowe śnieżne krajobrazy nie zapewniły dostatecznych wrażeń estetycznych i nie odwróciły swoim urokiem uwagi od tego, że jest zimno. Zdjęcia podwórkowe. Mogłabym pomarudzić jeszcze chwilę odnośnie zepsutych planów, trudnych warunków i ogólnego niezadowolenia ze wszystkiego, ale się powstrzymam.









 

Sweterek powstał z:

3 motków Tiftik Natura (Opus) - 100g/270m - 95% akryl, 5% moher

pewnej ilości Angora Gold (Alize) - 100g/550m - 80% akryl, 10% moher (przerabiałam podwójną nitką)

pewnej ilości fantazyjnej trawki Rio (Opus) - 50g/90m - 100% poliester

Spódnica to 2 motki Landscapes (Rozetti) - 100g/200m - 100%wełna - gryzie jak diabli. Do założenia tylko na grube rajstopy i halkę. Dziergałam bezpośrednio po spruciu tuniki, nie prostowałam nitki. Wyprałam dopiero gotową spódnicę. Tym razem RĘCZNIE. Po praniu nadałam spódnicy odpowiednią formę, a wszystkie oczka pięknie się wyrównały:-) 

Żeby z taką łatwością udawało się formowanie i wyrównywanie innych rzeczy!

środa, 6 stycznia 2021

Zepsułam ją!

Moją eksperymentalną, wyjątkową, piękną spódnicę! Z włóczek z Allegro. Nie było na nich metki, ale jakiś szósty zmysł podpowiadał mi, że to wełna. Ale jeśli wełna, to jakaś wyjątkowo szlachetna, bo miękka, przemiła, w najmniejszym nawet stopniu nie gryząca. Dzianina z niej była po prostu genialna w dotyku. Spódnica po wielu przeróbkach zyskała wreszcie formę, która mi odpowiadała. Uznałam, że jest to jeden z moich najlepszych projektów. Cieszyłam się z niej ogromnie, już sobie wyobrażałam jak będę ją nosić... Ale zanim miało to nastąpić uznałam, że należy ją wyprać, żeby ostatecznie uformować na mokro. Wrzuciłam do pralki razem z innymi swoimi swetrami i... SFILCOWAŁAM :-((((((((

To było już z tydzień temu, ale jeszcze się z tym nie pogodziłam, nadal się nad nią użalam i nadal złoszczę się na swoją głupotę! Bo miałam ją wyprać ręcznie, naprawdę! Ale miałam też do prania tamte swetry i w chwili zamroczenia uznałam, że mogę wrzucić wszystko razem, bo przecież mam w pralce program Pranie ręczne... A poza tym przecież może to wcale nie wełna?.... Teraz mam już niestety pewność - to była WEŁNA. Oczywiście pozostałym swetrom nic nie dolega - akrylu nie da się sfilcować.

Sfilcowaną spódnicę z wielkim bólem założyłam dziś po raz pierwszy. Jest oczywiście mniejsza, niż była, bardziej sztywna. Niezbyt ładnie się układa i jest trochę krzywa... Na pewno jest cieplejsza, ale nie jest to dla mnie dostatecznym pocieszeniem. Włóczka niebieska nie była wełniana, tylko te brązy, więc te fragmenty dziergane brązem i niebieskim nieco ratują całą sytuację, bo brąz z brązem sfilcowane są w pełnym zakresie.






 

Nie wiem jeszcze, czy będę ją nosić ale za bardzo mi szkoda jej i całej mojej pracy, by od razu wyrzucić. Może nie jest tak całkiem stracona? Po prostu dla mnie obecny stan w porównaniu z tym, co było przed praniem wypada totalnie niekorzystnie:-(


 

Z całego koszyka włóczek z Allegro (prócz Puny, jej nie ruszyłam) zrobiłam spódnicę i czapkę dla siebie, oraz dwie czapki i golfik dla Florka. Czapki są podwójne. Czapka w paski i jej wewnętrzna strona powstała w całości z resztek, bardzo jestem z niej zadowolona:-)







 

Zestaw dla Florka jeszcze nie był prany, więc nadal mogę się z niego cieszyć i z tego, jak fajnie Florkowi pasuje:-). Póki nie wyprałam swoich rzeczy byłam szalenie zadowolona z tego, jak ładnie udało mi się wykorzystać włóczkową paletę...


 

Teraz czym prędzej chciałabym zapomnieć o porażce, pilnie potrzebuję jakiegoś pozytywnego wzmocnienia, bo strasznie mnie bolą podcięte skrzydła:-(

A co poza tym w Nowym Roku? Otóż wczoraj moja Mama, wracająca sobie spokojnie ze sklepu chodnikiem, została uderzona przez samochód, który brał udział w drogowej kolizji. Wypadek wyglądał bardzo poważnie, samochód, który uderzył moją Mamę zatrzymał się na ogrodzeniu i betonowym słupie elektrycznym, który został poważnie uszkodzony i wymagał wymiany (przez co cała nasza ulica nie miała prądu aż do wieczora). Gdyby Mama była o jeden krok do przodu mogłaby nie wyjść z tego cało. Gdyby była o krok do tyłu, samochód nawet by jej nie dotknął. Ale była w miejscu, w którym była, więc została uderzona w kolana i odrzucona na bok kilka metrów dalej. Jest poobijana, na razie nie może chodzić, ale jest cała. Szczęście w nieszczęściu.

Florek wczoraj miał operację. Lekarz powiedział, że wada była skomplikowana, więc operacja trudna, ale udało mu się zrobić za jednym podejściem wszystko, co zaplanował i co trzeba było. Po operacji Florek, jako tlenozależny wcześniak z dysplazją, wymagał specjalnej opieki, ale też obyło się bez nieprzewidzianych komplikacji. Teraz trzymać kciuki, żeby się dobrze goiło. Jest już na chodzie, dopisuje mu apetyt i humor. Szczęście w nieszczęściu.

Zawsze mówiłam, że jesteśmy SZCZĘŚCIARZAMI. Choć złe rzeczy nas nie omijają, to jakoś zawsze wychodzimy z nich obronną ręką. Czego i Wam życzę z całego serca.


czwartek, 31 grudnia 2020

Przed końcem roku

 ... dla kronikarskiego porządku - dekupażowe pudełka:

1.Prezent z okazji ślubu - Niezbędnik dla Zakochanych - pudełko z 4 przegródkami, 16x16x8 cm





 

2.Prezent urodzinowy dla Maluszka - Skarby Adasia - pudełko zamykane na kluczyk, 29x25x15 cm






 

3.Prezent urodzinowy - Organizer na Przyjemności - pudełko z 9 przegródkami, 22,4x22,4x8 cm






 

Niewiele dekupażowałam w tym roku. Były inne rzeczy do zrobienia. Ten rok toczył się głównie wokół prac domowych związanych z przebudową i organizowaniem nowej działki. Dużo zrobiliśmy. To był pod wieloma względami trudny i zły rok, a jednak dla mnie osobiście, dla naszej Rodziny - zaskakująco bardzo dobry. Chciałabym móc się z tego cieszyć... Nie mogę, bo trudno się cieszyć, gdy jednocześnie słyszy się o dramatach, z którymi codziennie muszą mierzyć się inni ludzie. Trudno się cieszyć wiedząc o nieustannej krzywdzie i cierpieniu zwierząt. Trudno się cieszyć, gdy żyje się w kraju rządzonym przez ****** ***.

Nie jestem zachłanna, nie mam wielu życzeń na ten Nowy Rok - dla siebie: pokonania cukrowego nałogu, dla bezdomniaków: kochającego domu, dla świata: pokoju, a dla wszystkich: zdrowia.

Niech się spełni.

poniedziałek, 14 grudnia 2020

Weekend napchany planami

Zawsze to robię. Napycham weekend planami - zadaniami nie do zrealizowania w ciągu roboczego tygodnia, przyjemnościami niemożliwymi do osiągnięcia w ciągu roboczego tygodnia, wyzwaniami wymagającymi czasu, działaniami zamykającymi wszystko to, co pootwierałam w tygodniu... itp. itd. Miniony weekend nie był pod tym względem wyjątkowy...

Po pierwsze planowałam skończyć spódnicę. Pracuję nad nią od dwóch tygodni - projekt całkiem eksperymentalny, nigdzie czegoś takiego nie widziałam. Może nie bez powodu? Może nie da się w ten sposób dziergać spódnicy? Ale się uparłam i zdawało mi się, że przewidziałam, jak może zachowywać się dzianina w takim fasonie. W piątek wieczorem po raz pierwszy (po kilku korektach wcześniej) mogłam ją zmierzyć w całości. I okazało się, że jednak moje szacunki były mocno niedoszacowane. Ale nic to. Przecież mamy czas, cały weekend przede mną! Sprułam problematyczną część i większość soboty zeszła mi na ponownym doprowadzaniu spódnicy do końca. W niedzielę rano znów zmierzyłam całość i nie... No nie! Nie może tak być! Znowu prucie. Ale tym razem wracam prawie do początku. Niestety, spódnica zamiast być skończona w weekend jest ponownie ledwie napoczęta.


 

Po drugie - poduchy i skarpetki na krzesła do jadalni. Skończyłam je (jeśli dobrze liczę) jakieś 7 tygodni temu. Od tamtej pory leżą i czekają na uporządkowanie przestrzeni w jadalni, co w praktyce jest zadaniem niewykonalnym z racji tego, że w tym miejscu spotykają się wszelkie domowe żywioły i choćbym nie wiem jak się starała, to chaos jest tu stanem naturalnym. No więc nie chce mi się starać w ogóle, odkładam porządki na wieczne później. A w nieuporządkowanej przestrzeni nie da się się cieszyć z nowych, pięknych (naprawdę jestem z nich zadowolona!) poduszek. A tym bardziej zrobić im udanych zdjęć. Ale i tak co weekend obiecuję sobie, że tym razem to już na pewno ogarnę. Niestety, tym razem też się nie udało.


 

Po trzecie - szydełkowe dekoracje na klatkę schodową. Kiedyś klatka schodowa była tylko sienią łączącą mieszkanie z zewnętrzem... Teraz, po remoncie stała się pomieszczeniem wewnętrznym, a odkąd młodzi przeprowadzili się na swoje piętro niżej, łącznikiem pomiędzy ich mieszkaniem na dole, a naszym na górze. Potrzebny był przytulniejszy wystrój. Pracuję nad nią z przerwami od kilku tygodni. Pomalowałam płytki na podłodze, schody, drzwi do szafy pod schodami, zrobiło się inaczej, cieplej, całkiem przyjemnie. Do pełni zadowolenia brakowało mi jakichś dekoracji. Wymyśliłam sobie, że udekoruję żyrandol oraz ściany szydełkowymi motywami. Zrobiłam je nawet szybko (choć prawie na ślepo, przy tej pracy uznałam, że to najwyższa pora na sprawienie sobie okularów), teraz od dwóch tygodni czekają na wypranie, wykrochmalenie i zajęcie swoich eksponowanych miejsc. Niestety w ten weekend nadal się nie doczekały.


 

Po czwarte - pudełeczka na zlecenie i najbardziej czasochłonny etap, czyli transfer napisów. To akurat zrobiłam. Zlecenie święta rzecz, muszę się wyrobić w terminie.

Po piąte - dzianiny od Lenarda - chusta z opaską, które otrzymałam w prezencie (DZIĘKUJĘ jeszcze raz! Są naprawdę przepiękne i tak w moim guście, że to aż niesamowite jak dobrze go znasz!) i obiecałam niezwłocznie sfotografować. Najbardziej niezwłocznym terminem i okazją miał być jak zwykle niedzielny wyjazd do lasu. Ale przez te transfery co powyżej, dzienna część niedzieli nieoczekiwanie zaczęła się mi się kończyć. Poza tym pogoda i tak była wstrętna, Temperatura poniżej zera, do tego mżawka jakaś, ciemno i w ogóle STRASZNIE nieprzyjemnie... Trzeba było zastosować wersję skróconą, czyli szybki spacer wokół kwartału. Dlatego zdjęcia niestety też na szybko. I zamiast opaski założyłam jednak czapkę, może i nie od kompletu, ale też od Lenarda i też pasuje:-D



 

Nie zrobiłam w ten weekend, albo zrobiłam tylko po łebkach, jeszcze parę innych zaplanowanych rzeczy, głownie porządkowych, wszelkie porządkowe w pierwszej kolejności spadają z grafika (a potem są głównym powodem poczucia winy)... Ale cieszę się, że udało mi się wyprać dwa dywaniki (ręcznie, w wannie!) - to część zadania pt. ogarnianie klatki schodowej i jadalni. Jeden maleńki kroczek, ale zawsze do przodu:-).

No i odebrałam swoje pierwsze w życiu okulary! Plus 1,5 dioptrii. Teraz już mi nie straszny nawet kordonek i szydełko 1,25 mm:-). Teraz, gdy tak dziergam sobie w tych okularach, mąż mówi, że tylko mi bujanego fotela brakuję... I że musi mi kupić na Gwiazdkę;-).


 

Hmmm, mam nadzieję, że mówi serio, bo zawsze marzyłam o bujanym fotelu!