poniedziałek, 13 września 2021

Co było, gdy mnie tu nie było

Po nieprzyjemnej wiośnie nastało równie nieprzyjemne lato. Owszem, było parę pięknych dni i ciepłych wieczorów, ale tak jakoś złośliwie się składało, że zwykle wypadały one w ciągu pracującego tygodnia i nie było kiedy się nimi nacieszyć. Wszelkie prace ogrodowe ciągnęły się niemożebnie, wciąż przerywane deszczem. A to nie był jedyny powód moich frustracji... Praca zawodowa, kontakty społeczne, wydarzenia w kraju, zdrowie oraz inne losowe gówniane przypadki, dzień w dzień zapewniały mi stan przykrego napięcia emocjonalnego. To nie jest coś, czym człowiek chce się dzielić. Musiałam się odizolować. I skorzystać wreszcie z profesjonalnej pomocy, bo doszłam do takiego punktu, że myślałam tylko o tym, żeby skołować karabin i strzelać. Albo do ludzi, albo do siebie.

Nie powiem, że już jest dobrze. Ale jest lepiej. Troszkę lepiej. Przynajmniej nie fantazjuję już o strzelaninach;-). Farmakologia plus skupienie na rzeczach do zrobienia, wykonywanych czynnościach, na małych krokach, zamykaniu krótkich etapów, trochę mnie uspokoiło. Pierwszy miesiąc był szczególnie kojący. Jakbym była nakryta jakimś niewidzialnym polem ochronnym. Nie dotykało mnie nic, co działo się na zewnątrz. Ani dobrego, ani przykrego. To był czas błogiej obojętności. Nieodczuwanie emocji było tak odprężające, że aż mi szkoda, że to nie na zawsze... Teraz leki mają mi pomóc reagować bardziej adekwatnie, więc znów czuję. Dlatego znów dni są różne. Najczęściej albo zwyczajne, albo gorsze. Ale się nie poddaję, nie odpuszczam leczenia. 


 

Robótkowo w tym czasie nie robiłam absolutnie nic. Wiosną zaczęłam dwie bluzki drutowo-szydełkowe i chyba już ich nie skończę w tym sezonie. Ale mam też dwa gotowe udziergi, których nawet do tej pory nie sfotografowałam; w tym wypadku jest szansa, że jeszcze nadrobię i pokażę:-). Decoupage - zero. Na uporczywe prośby Dominiki zrobiłam jej skrzynkę na wino, żeby mogła dać w prezencie ślubnym, ale poszłam po linii najmniejszego oporu - po prostu pomalowałam skrzynkę lakierobejcą i nakleiłam kilka motywów z surowego drewna. I nawet nie sfotografowałam...

Czytelniczo też bez rewelacji, zwłaszcza, że wybieram książki takie, jak się czuję, a więc trudne i przygnębiające. Poza tym i tak nie mam czasu na lekturę bo przecież podwórko... Dlatego moje czytelnictwo ogranicza się najczęściej do scrollowania FB i Instagrama - to teraz moje główne źródła kontaktów społecznych oraz informacji o wydarzeniach w Polsce i na świecie, opiniach i prognozach na przyszłość. Trzymam się z daleka od zawodowych polityków, medialnych gadających głów i maistreamowych wychowawców. Wolę niezależnych aktywistów_tki - są dla mnie bardziej przekonujący i jeśli już ktoś ma wpływać na moją opinię, to wybieram ich. A ponieważ aktywizm jest zaraźliwy, to wzięłam udział w zbiórce podpisów pod obywatelskim projektem ustawy "Legalna aborcja". W swoim mieście, na Rynku, w samym sercu konfederacko-pisowskiego siedliska. Nie było źle. Obawiałyśmy się agresji, co najmniej werbalnej, ale nie było żadnych incydentów. Wprost przeciwnie - to było bardzo budujące doświadczenie. Z każdym kolejnym podpisem, z każdym przyjaznym uśmiechem i słowem kolejnych osób, czułam się bardziej na miejscu i bardziej u siebie:-). Pamiętam, że podobnie czułam się po październikowym proteście, ale na co dzień o tym jednak zapominam. Na co dzień czuję się tu bardzo wyobcowana. Dlatego wdzięczna jestem wszystkim które i którzy się podpisali:-). 

 

Pożegnałam swój samochód. Miał 21 lat, a ze mną był od lat 13. Po ostatnim przeglądzie poczyniłam sporo nakładów, żeby mu przedłużyć życie. Po wszystkim jeszcze raz pojechałam do pana od przeglądu, by zerknął, czy wszystko jest ok. Wystawił kciuk do góry i powiedział z uśmiechem, że przedłużyłam żywotność auta o dobrych parę lat. Mimo wydanych pieniędzy cieszyłam się, bo poza wiekiem to było naprawdę dobre auto i nawet nie chciałam myśleć o przesiadce do czegoś innego. Dwa tygodnie później, podczas jazdy, strzelił pasek rozrządu. Z trasy zwiozła mnie laweta. Przy wszystkich samochodowych sprawach nikt nie pomyślał o wymianie paska rozrządu. JA nie pomyślałam! Auto poszło na złom. W doskonałym stanie ogólnym. Z roztrzaskanym sercem. Wciąż nie mogę go odżałować i wściekam się na własną bezmyślność.

Świętowaliśmy kolejne urodziny Florka. Czwarte. Ale leci! Była impreza ogrodowa. Na szczęście pogoda tego akurat dnia dopisała, bo inna opcja raczej nie wchodziłaby w grę - w mieszkaniu byśmy się nie zmieścili. Mieliśmy też innych gości z innych okazji. Przy każdej z nich otrzymywałam mnóstwo ciepłych słów, a czasem nawet zachwytów odnośnie aranżacji ogrodowej przestrzeni. W tych momentach czułam się naprawdę spełniona. Bo ten ogród, choć wciąż jeszcze niedokończony, to moje "dziecko". Oczywiście rodzina pomaga, sama nie dałabym rady z wieloma pracami, ale często jest tak, że muszę ciągnąć resztę swoim entuzjazmem, planem, jakąś mglistą wizją. A oni mają wątpliwości, są niechętni, bo PO CO???? Czy sama trawa by nie wystarczyła??? Do tego huśtawka, zjeżdżalnia, piaskownica, domek do zabawy dla Florka... Tylko kilka krzewów, bo po co aż tyle???

Sama nie wiem. Czasem, w gorszych chwilach, też się zastanawiam - po co to robię? I jeszcze innych, wbrew ich chęciom, w to wciągam, zajmuję wolny czas, zawracam głowę, namawiam, przekonuję. Rządzę. A przecież nie mam prawa, bo to wspólna przestrzeń, a ja organizuję ją według własnego widzimisię. I nie znajduję innej odpowiedzi, jak ta najprostsza - bo chcę. Bo chcę, żeby było ładnie, bo to mi sprawia przyjemność. Bo kiedy wieczorem siądę sobie na tarasie i patrzę na swoje dzieło, to czuję dumę i jestem szczęśliwa. Bo żaden film nigdy nie podobał mi się bardziej, jak ten oglądany w naszym ogrodowym kinie plenerowym. Bo żadne kwiaty i inna zieleń nie dawały mi tyle radości jak te, posadzone własną ręką. Znam je wszystkie, codziennie oglądam, cieszę się, gdy się przyjmują i rozrastają. Wiem o każdym nowym pąku, zachwycam świeżymi pędami i listkami. Przycinam, podlewam, plewię. Spacerowanie między roślinami w szkółkach, wybieranie i kupowanie sprawia mi tyle samo frajdy, co oglądanie, dotykanie i kupowanie włóczek:-). Praca w ogrodzie to moje nowe flow. Nawet, gdy jest trudno, ciężko, gdy aż pieką mięśnie, a pot zalewa oczy - to jest dokładnie to, co w danej chwili chcę robić.

Niestety, nie zrobiliśmy wiele w tym roku. Na pewno mniej jak w ubiegłym. Przede mną wciąż jest tworzenie warzywnika z podwyższonymi grządkami. Nie mam pomysłu na wjazd z ulicy pod wiatę. Niedokończona jest strefa owocowa (maliny, jeżyny, jagody, porzeczki, agrest), wciąż nie ma drzewek owocowych. Sporo zostanie na przyszły rok... Mniej więcej skończona jest tylko strefa rekreacyjno-wypoczynkowa i na teraz wygląda tak:

1. Miejsce na ognisko. Po deszczu palenisko zmienia się w oczko wodne, ale kto by się przejmował takimi szczegółami, przecież w deszczową pogodę i tak się ogniska nie pali, za to jak pięknie w wodzie odbijają się kolorowe lampki z girlandy solarnej;-)










2. Plac zabaw Florka. Wysypany jest drobniutkim żwirem i tu, przyznam, miałam chwilę wątpliwości. Po wysypaniu pierwszych kilku taczek z ponad 6 ton żwiru, gdy wszyscy, jak jeden mąż zgodnie stwierdzili, że to już moja totalna głupota, że kamyki będą wszędzie, poza tym żwir jest brudny, wszystko się od niego kurzy, a Florka buty po jednym dniu nadają się od razu tylko do prania... Dałam za wygraną. Ok, zbieramy to, cośmy wysypali, zwijamy agrowłókninę, a żwir... nie wiem, coś wymyślę. Na szczęście do tego nie doszło. Rodzina postanowiła jednak dać żwirowi szansę, szczególnie, że Florek był naprawdę zachwycony. A żwirowy kurz po paru deszczach całkiem się zmył. Teraz, gdy widzę jak Flo bawi się na swoim placu, jak kopie, przesypuje, układa trasy dla swoich samochodów, to wiem, że to był jednak dobry pomysł:-)







 

3. Plenerowe kino - weekend i właśnie szykuje się kolejny film:-)









Plenerowe kino funkcjonowało już w ubiegłym roku, ale teraz je dopieściliśmy - jest nowy ekran, niższy stolik pod projektor i ładniejsze otoczenie. Od lipca, jeśli tylko nie pada, to w każdy piątek i sobotę (a czasem nawet w niedzielę) organizujemy sobie seans. Niestety ciepłych letnich wieczorów praktycznie w tym roku nie było, ale jest kocyk, gorąca herbata z imbirem, lub czekolada... i jest doskonale nawet przy 5 stopniach powyżej zera. Serio:-)

Teraz pracujemy nad warzywnikiem z podwyższonymi grządkami. Dziś zabetonowaliśmy obrzeża pod drugą grządkę. Zostały jeszcze dwie, ale za to najdłuższe. I to musi zostać zrobione jeszcze w tym roku. Może uda się jeszcze kupić i zaimpregnować deski, z których zbijemy skrzynie... Zobaczymy...


sobota, 29 maja 2021

Leje

Kolejna zepsuta sobota. Znów prace podwórkowe odwołane. Załamuje mnie to. Potrzebuję dwóch suchych tygodni, żeby zrobić to, co mam do zrobienia. Od trzech miesięcy takich nie było. Maksymalnie 3 suche dni i to na tygodniu, kiedy po pracy niewiele już czasu zostaje na jakąkolwiek inną działalność. Głupią szklarenkę składaliśmy przez 3 dni...

No trudno, nadrobię blogowe sprawy. Zdjęcia sprzed dwóch tygodni - kolejny bezrękawnik z melanżowej Unicorn (Gazzal) - 100% Superwash Merino Wool - 197 metrów w 100 gramowym precelku, precelki miałam dwa, druty 6 mm.









Jeszcze mam  jeden kolor z tego gatunku i pewnie też będzie jakiś bezrękawnik, bo nie mam pomysłu, co innego mogłabym zrobić z tej wełny w takiej ilości. Prawdę mówiąc - nie czuję tej przędzy, nie przemawia do mnie. Ale może za krótko ją mam? Najfajniejsze rzeczy wychodzą mi z włóczek, które odleżą swoje, a ja mam sporo czasu, żeby się na nie napatrzeć:-)

Mimo deszczu, dobrej soboty życzę:-)

niedziela, 16 maja 2021

Kolorowo

Z różnych dziecięcych projektów pozostawało mi sporo kolorowych motków. Z trudem mieściły się w pudełku, w którym je upychałam. Któregoś dnia, robiąc kolejny przegląd i inwentaryzację włóczkowych zasobów, zamiast poszukać dla nich większego pudełka, postanowiłam je wykorzystać. Tak powstał ten bardzo patchworkowy sweter. Oraz obowiązkowa czapka. Uwielbiam ten wesoły, kolorowy komplet:-)









Włóczka Jeans (YarnArt) - 55% bawełna, 45% akryl - 50g/160m. Bardzo lubię tę włóczkę. Jest idealna na szydełko. Na druty zresztą też - przerabiając podwójną nitką drutami nr 6 mm można uzyskać bardzo przyjemną dzianinę - w sam raz na kocyki, których w ten sposób nadziergałam całkiem sporo. Łatwo się pierze, szybko schnie, dobrze blokuje. Jedna z najfajniejszych włóczek, na jakich pracowałam:-)

wtorek, 27 kwietnia 2021

Jeszcze bardziej niebiesko

Baby Tweed Joyful (Nako Baby) - 3 motki - kupiłam na kocyk. Ale kocyk jakoś nie miał okazji się zrobić, więc dodałam bambusową Nako Estiva w kolorze jasnego błękitu i zrobił się kusy sweterek. Jest miły, niezbyt ciepły, w sam raz na porę przejściową, która w tym roku jest wyjątkowo dłuuuga...







Przód i tył robiłam od dołu, w dwóch częściach, łącząc na ramionach żywe oczka. Dekolt na okrągło, bez podkrojów. Rękawy od góry nabierając oczka wokół pozostawionych otworów. Najprościej. 1 motek tył, 1 motek przód, po pół motka na rękaw. Jakoś starczyło. Druty 6 mm, ściągacze 5 mm.

Czapka archiwalna.

A torebkę wylicytowałam sobie na charytatywnej aukcji facebookowej zasilającej zrzutkę na kastracje i sterylizacje kotków.