niedziela, 18 października 2020

Motki, jeszcze więcej motków

Wkręciłam się w stare motki. Ponoć SH są dobrym ich źródłem, ale nie u nas akurat. Choć lupmeksów mamy dostatek, to włóczki bywają w nich towarem tak rzadkim, że nawet nie chce mi się sprawdzać. Zresztą i tak nie lubię chodzić po sklepach. Dlatego odwiedziłam Allegro. Konkretnie szukałam Szarotki, bo tak mi się spodobała ostatnia w wersji beżowej. I znalazłam:-) Całe 400 g. w kolorze gołębiej szarości. Naprawdę ładna włóczka. I mam już na nią wstępny pomysł. Pani od Szarotki miała jeszcze parę innych ofert, więc skorzystałam do jednej wysyłki - Szarotka i włóczki z koszyka, to właśnie nabytki z Allegro. Natomiast ten głęboki burgund...





...To niespodzianka od Lenarda:-) Jeden z moich ulubionych kolorów:-) Też już mam na niego pomysł. (Dobrze, że tyle deszczu ostatnio - mam naprawdę sporo czasu, by te pomysły realizować;-)).



Jeden z podarowanych motków od razu mi się przydał do bieżącej pracy - robię poszewki na poduchy z pokazywanych ostatnio włóczek vintage (musiałam dołożyć parę włóczek z własnych zasobów), wychodzą naprawdę ciekawie... Tak właśnie na robocie spędzałam ostatnią sobotę:-)




Tak wyglądają gotowe trzy przody poszewek. W toku jest czwarty taki patchwork, gdy go skończę, zacznę ogarniać tyły:-). Już się nie mogę doczekać, kiedy zobaczę swoje poduchy na krzesłach, mam nadzieję, że będą pasować idealnie:-). Bo jak nie, to... nie wiem... remont kuchni chyba;-).



Skończyłam za to osłonki na nogi od krzeseł - Zrobiłam 16 sztuk. Dobrze, że mam tylko 4 krzesła, bo 200 g. Szarotki wystarczyło mi niemal na styk. A ja naiwna myślałam, że zostanie mi jeszcze na jakiś bieżnik...:-D. Został maleńki kłębek.:-)



Włóczki i dzierganie na tyle mnie ostatnio zajmują, że nawet za bardzo nie skupiam się na sytuacji na zewnątrz. A ta jest zła. Naprawdę coraz gorsza. Dbajmy o siebie. DDM (dystans, dezynfekcja, maseczka) - tyle tylko zależy od nas i to możemy robić licząc, że osoby obok nas robią to samo. Jeśli sami o siebie nie zadbamy, to marne nadzieje, że zadba system, administracja, czy służba zdrowia. Nie mam wątpliwości, że nikt już nie ogarnia tego, co się dzieje...

Na nadchodzący tydzień życzę tylko zdrowia.


poniedziałek, 5 października 2020

Włóczkowe zabytki przeszłości

Po rodzicach szwagra mego zięcia dostałam worek starych włóczek. Prawdziwe vintage-skarby, jak powiedział Lenard:-). Zalatujące strychem i drapiące, obrane w jakieś kłaczki, w większości bez metek... naprawdę mało interesujące starocie w porównaniu z ofertą sklepową, a także moimi własnymi zapasami;-). Ale to właśnie one zajęły moją uwagę w ostatnim czasie i pobudziły wyobraźnię:-)





W pierwszej kolejności zwróciłam uwagę na kłębki ciemnobrązowe i ogniste pomarańczowo-żółte - od razu wiedziałam. że muszę je jakoś połączyć:-). Wyszła czapka. A ponieważ jeszcze trochę zostało, więc później dorobię jeszcze mitenki.



 

W drugiej kolejności zajęłam się Szarotką. Mam przeczucie, że ta przędza jest starsza od mnie. Zamierzam zamienić ją w skarpetki na nogi krzeseł, a potem zobaczę... może bieżnik na parapet...




 

W trzeciej kolejności zajmę się melanżami. Mam plan na poszewki na poduchy na krzesła, ale jestem otwarta na różne pomysły, może mi jeszcze coś innego wyobraźnia podpowie:-). Albo Wy?

wtorek, 29 września 2020

Taras

Nie żebym wcześniej jakoś mocno o nim marzyła, ale kupno przylegającej do naszego domu działki oraz planowana przebudowa, dały taką możliwość, a z nią urodził się pomysł. Z biegiem czasu pomysł stawał się coraz bardziej namacalny, a myśl o tarasie jedną z największych atrakcji całej przebudowy. Najbardziej kuszące było wyobrażenie weekendowych poranków z kawą. Bo weekendowe poranki z kawą, to są moje najulubieńsze chwile w życiu i należą tylko do mnie - wstaję pierwsza, wcześnie rano, gdy świat wokół pogrążony jest jeszcze w ciszy. Myśl, że te chwile mogą być jeszcze lepsze - na świeżym powietrzu, wśród kwiatów i przesączających się pomiędzy drzewami promieni słońca, z ciepłym drewnem pod stopami - była tak przyjemna, że nagle taras stał się dla mnie pierwszorzędowym marzeniem:-).

Kwiecień. Otwieramy się na nową działkę:-)

Kwiecień. przygotowujemy się do zabudowy podcieni.

Kwiecień. Ekipa budowlana rozpoczyna prace, a my rozpoczynamy ogarnianie podwórka od postawienia ogrodzenia.

Maj. Podcienie zabudowane.

Maj. To będzie wyjście na taras:-). Ale tymczasem w oddali widać tylko świeżo posianą trawkę:-)

Czerwiec. Drzwi tarasowe już są:-)

Sierpień. Wymyśliliśmy, że podstawę tarasu zrobimy z palet. Równe ułożenie 12 palet na niezbyt równym podłożu okazało się prawdziwym wyzwaniem... 

Sierpień. Urlop. I dalsze prace nad tarasem. Ale już od tego momentu każdy poranek zaczynałam w tym miejscu i na tym leżaku:-). Nowe miejsce nie tylko mnie zresztą od razu przypadło do gustu:-)

Sierpień. Taras odeskowany. Wcześniej każdą deskę (w sumie 60 szt.) zaolejowałam, najpierw z jednej, potem z drugiej strony. 6 minut na każdą stronę. W sumie 12 godzin roboty. Lubię malować, ale po tym sezonie roboczym mam autentyczne odciski od ściskania pędzla... Wymalowałam też domek narzędziowy, wiatę, trzepak, 3 kanapy z palet... Chwilowo mam dość jakiegokolwiek malowania...

Zadaszenie tarasu dostarczone, czeka na montaż.

Sierpień. Montujemy zadaszenie.

Sierpień. Gotowe:-). Efekt wizualny psuje nieotynkowana połowa mojego domu. Niestety, stoi w granicy, a sąsiadka nie zgadza się na zrobienie elewacji. Trudno. Może puszczę tam winobluszcz?...

Sierpień. Aranżacja otoczenia tarasu. Wszystkie obrzeża zrobiłam sama. Wykorzystałam cegły, które uratowałam z gruzu, a potem cierpliwie każdą jedną oczyściłam ze starego tynku. Sama nie mogłam uwierzyć, że aż tyle ich udało mi się odzyskać...

Sierpień. Któregoś wieczoru odpoczywając na tarasie mąż się rozmarzył - ale by było fajnie tu sobie film obejrzeć... Dzień wcześniej zastanawialiśmy się, gdzie wkopać stary trzepak... Szybko dodaliśmy dwa do dwóch i wyszło nam, że trzepak idealnie nada się na ekran plenerowego kina:-)

Sierpień-wrzesień. Od tamtej pory w każdą prawie sobotę urządzamy sobie seanse filmowe:-)

Sierpień-wrzesień. Taras - moje najulubieńsze miejsce na Ziemi:-). Najlepsze na poranną kawkę. Najlepsze na wieczorny relaks:-)



Wrzesień. Sobota, godzina 7 rano, ledwie 3 stopnie ciepła, a i tak jest idealnie:-)


Obawiałam się, że w natłoku prac nie zdążę już w tym roku nacieszyć się żadnymi efektami, ale wygląda na to, że jednak się uda. Z tarasu już od kilku tygodni cieszę się nieustannie, jak dziecko, ani trochę mi się nie nudzi. A prognozy są optymistyczne - jeszcze parę ciepłych tygodni przed nami - jeszcze sporo miłych chwil na tarasie przede mną:-).


sobota, 29 sierpnia 2020

Życie na speedzie

To oczywiście przenośnia, nie wiem, jak to jest na speedzie, ale tak to sobie wyobrażam - że jest szybko. Bez wytchnienia. Od rana, do wieczora. I znów. To samo.

Od połowy kwietnia żyjemy na budowie. Nasze mieszkanie lata temu postawiliśmy na budynku gospodarczym. Teraz budynek gospodarczy przebudowaliśmy na pomieszczenia mieszkalne dla Dominiki i Jej Rodziny. Znaczy nie my sami osobiście, tylko ekipa. Po trzech miesiącach prace remontowo-budowlane były skończone, a my zostaliśmy z górą pobudowlano-remontowego śmiecia od frontu, rozgardiaszem od tyłu, nowym mieszkaniem do ogarnięcia i pustym portfelem. A roboty naprawdę w... huk. Co tylko się da - robimy sami, w pracy własnej kosztuje nas tylko czas (i siły, ale tych na razie nawet nie liczę - jestem na speedzie;-)). Doskwiera mi presja kurczącego się dnia, chciałabym przed zimą ostatecznie zakończyć wszystkie prace, nie mieć już tych spraw na głowie. Czuję, jakbym ścigała się z czasem żonglując finansami. Ale to tylko moja obsesja - dla reszty rodziny nie ma problemu, jeśli coś zostanie do zrobienia na przyszły rok... Dla mnie to będzie porażka. Oni mnie uspokajają, ja ich dopinguję i motywuję. Potem wszyscy się kłócimy. I znów zabieramy do roboty;-). Już widać światełko w tunelu... Chciałbym jakoś tę naszą pracę pokazać - na zdjęciach przed i po... Ale w ferworze walki nawet zdjęć (zwłaszcza przed!) mi się nie chciało robić. A teraz w wielu miejscach jest już po...

Ale gdy po całej tej walce, jesienią, w zasłużonym odpoczynku rozsiądziemy się wreszcie - obie rodziny we własnych mieszkaniach - na kanapach (albo tarasach:-)) pod ciepłym kocykiem i z herbatką w dłoniach, to spróbuję ogarnąć zdjęcia (może Dominika i Rafał mają coś więcej) i unaocznić (nawet samej sobie, bo wciąż mi się wydaje, że robimy za mało i za wolno) ileśmy pracy wykonali. 

W międzyczasie, głównie w deszczową pogodę i wieczorem, udaje mi się wygospodarować trochę czasu na rękodzieło:-). Szczególnie na zlecenie - to dobry pretekst, by trochę odetchnąć od robót podwórkowych;-).

1. Makramowe bransoletki - to ubiegłoroczne zlecenie, ale dopiero teraz ogarnęłam zdjęcia;-)







2. Pudełeczko z przegródkami - Niezbędnik dla Zakochanych (wym. 16x16x8) - prezent z okazji ślubu:






3. Flopy dwa. Pierwszy prototypowy, dla Florka, zrobiłam na zbyt grubych drutach, nie mam doświadczenia w dzierganych maskotkach. Szydełkowa dzianina jest w tym celu lepsza - bardziej zwarta. Drugi Flop - już na zamówienie - powstał na całkiem cienkich drutach. Jest mniejszy i mniej prześwitujący, ale mimo, że robiłam naprawdę ciasno, to miejsca zamykania oczek wciąż są zbyt dziurawe. Paradoksalnie dużo mniej widoczne są miejsca dodawania oczek. Dziergałam wg oryginalnego opisu ze strony Binga.



Mam zrobionych jeszcze kilka pudełek, spódnicę, którą dziergałam przez rekordowe 8 tygodni (!), a na urlopie przeczytałam nawet 3 książki:-). W miarę coraz dłuższych wieczorów ogarnę i mam nadzieję, że powoli będę już wracać do blogowego światka:-)

Dobrego weekendu dla wszystkich! 

(W realiach społeczno-politycznych jest totalny kanał, ale są też i dobre wieści - Margot zwolniona z aresztu, a zielonogórska drukarnia odmówiła zlecenia ONR-owi tłumacząc, ze nie drukuje materiałów zawierających treści dyskryminujące lub nawołujące do przemocy i niezgodnych z prawem. Brawo!)