niedziela, 28 stycznia 2024

Sukienka z kieszonkami

Bałam się tych kieszonek, nie byłam pewna jak je zrobić, w którym dokładnie miejscu... Ale byłam zdecydowana, że je chcę. I wyszły w sam raz, w pierwszej próbie:-)







Poza tym - minął mi trzeci tydzień bez dziergania. Wczoraj odmalowałam ścianę korkową w swoim pokoju. Do tego też zabierałam się, jak do tych kieszonek - jak pies do jeża... A też poszło gładko. Przy okazji odmalowałam drewniane półki i drzwi... Cały dzień mi zeszło na tej metamorfozie, zmordowałam się jak koń pociągowy, ale mam dziką satysfakcję i jestem dumna z siebie, że to zrobiłam. Zaraz biorę się za aranżację swojej nowej ściany:-) 

Spokojnego, niedzielnego popołudnia:-)

sobota, 20 stycznia 2024

Dwa tygodnie

… bez dziergania. Zaczęłam za to malować kolejny obraz po numerach. A w przerwach oglądam filmy i czytam książki. Jeszcze rok, dwa temu powiedziałabym, że to historie pogrążające w depresji… A dziś moszczę się w ich przytulnym smutku, jak w ciepłym, swojskim czarnym kokonie. Nie chce mi się z niego wychodzić, a warunki zewnętrzne mi sprzyjają - mamy najgorszą wersję zimy, najpaskudniejszą.


„Ostatni brzeg” Nevila Shute (opowieść o ostatnich chwilach ludzkości po wojnie atomowej, o ostatnim miejscu na Ziemi, w Australii, gdzie jeszcze toczy się życie, ale zagłada jest nieunikniona, bo radioaktywna chmura z Północy, niosąca śmierć wszystkim organizmom żywym, zbliża się nieubłaganie) po raz pierwszy przeczytałam jeszcze w podstawówce. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że łatwo przetrwała w mojej pamięci. Może dlatego, że później oglądałam też filmy. Jest bardzo wierna adaptacja z 1959 roku, a później - w 2000 roku - nakręcono wersję uwspółcześnioną (nie spodobała mi się za pierwszym razem). Ostatnio odświeżyłam sobie oba te filmy, jeden po drugim i teraz uważam, że nowa wersja jest jednak lepsza. Warstwa obyczajowa z lat pięćdziesiątych jest dziś zupełnie niestrawna. W książce nie zwróciłam na to uwagi za pierwszym razem, za to teraz bardzo działało mi na nerwy. Emocjonalnie nadal robi wrażenie, ale przedstawiony wizerunek kobiet, jako dziecinnych histeryczek, które nijak nie rozumieją się na rzeczywistości jest już nie do przyjęcia. "Te cholerne kobiety żyją jak pod kloszem. Nie potrafią nosa wychylić poza świat własnych sentymentalnych rojeń. Gdyby uznawały rzeczywistość, mogłyby pomóc mężczyznom, pomóc im ogromnie. Ale kiedy czepiają się swego urojonego świata, są po prostu koszmarnym kamieniem młyńskim u szyi." Kobiety to dziecinki, kotki, kochaniutkie... zajęte banałami nawet wobec końca świata. Mężczyźni zaś do końca trzymają się zasad i dźwigają na swych silnych barkach swe wzniosłe zobowiązania wobec kraju, podwładnych i rodziny.


"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood, chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dawno temu oglądałam film z 1990 roku i nie podobał mi się. Uznałam, że jest zbyt absurdalny w uwłaczaniu kobietom. Ależ byłam naiwna! Potem był przebojowy serial na Netfliksie, a teraz wreszcie postanowiłam przeczytać książkę. Jest mniej sensacyjna, akcja jest wolniejsza, a słowa budzą mniejszą grozę od obrazów, ale emocjonalnie po prostu rewolucyjna. I rewelacyjna.


"O sensie życia" polecił mi Brat. Jej autor, Viktor Frankl, był austriackim Żydem, psychiatrą, psychoterapeutą, filozofem i neurologiem, więźniem obozów zagłady, który w czasie wojny stracił całą swoją rodzinę. Jest twórcą logoterapii, czyli terapii sensem. Uważał, że jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest znalezienie właściwego sobie sensu życia. Napisałam Bratu, że dwadzieścia lat temu być może byłaby dla mnie odkrywcza, dziś jest jedną z wielu. Ale choć zgadzam się z wieloma tezami w książce i są mi one bliskie, to w wielu miejscach działały mi na nerwy uogólnienia i uniwersalizowanie własnych wniosków - jeśli Autor nawet wobec granicznych doświadczeń życia obozowego czuł sens życia i sens cierpienia, to znaczy, że zarówno życie, jak i cierpienie MAJĄ sens. Trzeba go tylko znaleźć. Więc jeśli ktoś tego nie czuje, to po prostu znaczy, że jeszcze tego sensu nie odkrył. Irytowały mnie rozważania Frankla o samobójstwie. Życie jest jak gra w szachy, a samobójstwo jest jak zrzucenie figur z szachownicy - bez sensu, bo przecież nie rozwiązuje się w ten sposób żadnych problemów. "Samobójca narusza życiowe reguły gry; nie wymagają one od nas bynajmniej, byśmy za wszelką cenę wygrali, jednak z całą pewnością wymagają od nas, byśmy w żadnym wypadku się nie poddawali."  No cóż... ja nie cierpię gier. Żadnych. Nigdy nie lubiłam. Nawet w dzieciństwie. Nudziły mnie śmiertelnie.


"Testament" to film z 1983 roku. Podobny do "Ostatniego brzegu", też o katastrofie nuklearnej i powolnej, ale nieuniknionej śmierci ludzi. Różnica jest tylko w podejściu do tej śmierci. W "Ostatnim brzegu" ludzie mieli powszechny dostęp i mogli zażyć tabletki, by skrócić sobie cierpienia bolesnego umieraniem na chorobę popromienną. I większość bohaterów z tego rozwiązania korzystała. Rodziny z dziećmi umierały razem, w łóżku, przytulone do siebie. Zabierali ze sobą swoje zwierzęta, by nie pozostawiać ich samym sobie w bólu i cierpieniu, bez opieki. To było mocne. To do mnie przemawia. W "Testamencie" nikt nie decyduje się na samobójstwo, a nawet gdy ktoś planuje i chce to zrobić, to nie jest w stanie i rezygnuje. Ciekawe... Sądzę, że ja wybrałabym tę pierwszą opcję...


Nie martwcie się, że wraca mi depresja, bo mimo tego wszystkiego czuję się dobrze. Sama nie rozumiem, jak to działa... Że czasem życie tak strasznie boli, a czasem, choć przecież wcale nie staje się lżejsze i mimo doświadczanego smutku - nie boli zupełnie. Wprost przeciwnie - w tym swoim ciasnym, czarnym kokonie czuję szczęście i błogość, i jakieś takie ukojenie. Może dlatego, że ten smutek nie jest tak naprawdę mój, tylko związany z fikcją, w której się zanurzam, a na zewnątrz mojego "kokona", mam bliskich, kochanych ludzi i ciepłe, kochane, przymilne zwierzaki więc jeśli już koniecznie do życia potrzeba poczucia sensu, to oni i one są moim sensem:-).



sobota, 13 stycznia 2024

Wolna sobota

... dawno mnie tak nie ucieszyła, jak dziś. Bo miała być pracująca. Jeszcze do czwartku bolałam nad tym przydługim tygodniem pracy, a potem się okazało, że koledze pasuje przyjść właśnie w moją sobotę, więc się zamieniłam. No i super! Bo dziś rano było tak łagodnie i cicho, że spakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy do lasu. Wreszcie była okazja, żeby się trochę poruszać, dotlenić, psy się wybiegały, Flo cieszył się śniegiem, a ja dałam się sfotografować w najnowszym poncho swetrze.







Włóczka z odzysku, była w kiepskim stanie, strasznie pocięta, z guzami. Zaczęłam dziergać jako kocyk, którego nie będzie mi szkoda dla zwierząt. Ale dzianina wychodziła tak ładnie, guzy pięknie ginęły na lewej stronie wśród żeberek ściegu francuskiego i było mi pod nią tak ciepło i przytulnie w trakcie dziergania, że uznałam, że jednak mi szkoda na kocyk. Poza tym idealnie mi do niej pasuje ten przepiękny naszyjnik, który dostałam od koleżanki - sutaszowej artystki Agnieszki Dąbrowskiej:-)

Teraz znów od tygodnia odłożyłam druty. Znów mam przesyt. Nie dziergania, tylko udziergów. Ogarnęłam szafę, posegregowałam swetry - grube, lekkie, zimowe, wiosenno-jesienne, sukienki, poncha, spódnice. Naprawdę mam ich sporo - uderza mnie to przy każdym takim ogarnianiu. Wyrzuciłam kilka czapek, które naprawdę nie nadawały się już do niczego, część swetrów odłożyłam do sprucia, ale reszta musi zostać. Nic nie poradzę - mam do nich bardzo emocjonalny stosunek, nawet do tych gryzących - stworzyłam je:-)