Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotowieści. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą fotowieści. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 25 września 2014

Mam dyplom

Świadectwa ukończenia szkoły gotowe były już początkiem lipca, ale nie miałam wcześniej koniecznej potrzeby wyjazdu do Rzeszowa. Zrobiłam to dopiero wczoraj i za jednym zamachem załatwiłam od razu trzy sprawy, między innymi odebrałam właśnie swój dyplom.


W czasie rocznej nauki dostałam chyba to, czego oczekiwałam. Chciałam dowiedzieć się, jak robić dobre zdjęcia i się dowiedziałam. Inna sprawa, czy będę potrafiła wiedzę stosować w praktyce... I czy będzie mi się chciało....

Zaraz po skończeniu szkoły miałam wiele entuzjazmu. Planowałam sobie choć raz w tygodniu realizować jakieś zadanie fotograficzne, podglądać inspirujące zdjęcia w sieci i próbować robić podobne ujęcia. Myślałam, że będę wychodzić w plener i szukać ciekawych kadrów, eksperymentować ze światłem, kolorem i perspektywą. W ramach ćwiczeń planowałam sesję narzeczeńską dla córki i inne kreatywne zadania. Rzeczywistość okazała się żałosna. Aż szkoda pisać. Brak mi mobilizacji do fotografii. Tyle innych tematów przykuwa uwagę. Gdyby nie blog w ogóle nie brałabym aparatu do ręki...

Odebranie świadectwa, zamiast dumą, napełniło mnie wstydem i niesmakiem. Eh....

Na szczęście, dla równowagi, odebrałam dziś bardzo miłą wiadomość od koleżanki, dla której robiłam ostatnio zazdrostki (pokażę w następnym odcinku). Sprawiła mi ogromną przyjemność swoją szczerą radością z prezentu i podziękowaniem. Przynajmniej firanki mi się udają...

piątek, 13 czerwca 2014

Fotografia koncertowa

W długi majowy weekend nasze miasto obchodzi swoje święto. Z tej okazji przygotowanych jest dla mieszkańców mnóstwo atrakcji. Są zawody, konkursy, pokazy, koncerty... Dookoła rynku ustawiają się kolorowe kramiki z jarmarcznymi dobrami. Dla dzieci rozkłada się dmuchane wesołe miasteczko... Wielka plenerowa impreza, w oparach grilowanych mięs i kiełbas, palonego na watę cukru oraz lanego strumieniami piwa... Kiedyś, gdy moja córka występowała w zespole tanecznym, chodziłam żeby popatrzeć przynajmniej na nią, teraz omijam tę imprezę szerokim łukiem. Głośno, tłoczno, zupełnie nie w moim stylu. Ale w tym roku się wybrałam. Otwarty koncert stanowił doskonałą okazję, żeby zrealizować kolejny fotograficzny projekt. Ale przyznaję, że skusiła mnie również sama muzyka - grać miał zespół O! Ela! wykonujący największe przeboje Chłopców z Placu Broni.


A Chłopców z Placu Broni nie trzeba chyba nikomu przedstawiać - jeden z najpopularniejszych zespołów końca lat osiemdziesiątych, znany z takich utworów jak Kocham wolność, Kiedy już będę dobrym człowiekiem, czy kultowy już O! Ela!


I bardzo się cieszę, że mimo niechęci do hałasu i tłoku, mimo nieprzyjemnej pogody, i późnej pory, zdecydowałam się być świadkiem tego wydarzenia. Nie dość, że udało mi się zrobić parę naprawdę dobrych ujęć, to jeszcze doskonale się wybawiłam i to pod samą niemal sceną:) Większość kawałków mogłam śpiewać równo z wokalistą, bo okazało się, że zaskakująco dobrze je pamiętam. Atmosfera była fantastyczna, a frontman zespołu świetnie potrafił nawiązać kontakt z publicznością.


Co mogę powiedzieć o fotografii koncertowej? W pewien sposób podobna do sportowej - wymaga refleksu, którego mnie brakuje. Sporą trudność sprawiają też warunki oświetleniowe. Bez dodatkowego doświetlania lampą błyskową, na krótkich czasach (do 1/30 sec - to jest granica do jakiej da się zrobić nieporuszone zdjęcia z ręki, bez statywu), nie poradziłabym sobie bez wysokiego ISO.


Większość zdjęć robiłam przy ISO 2500, przysłonie f7,1 i w czasach od 1/30 do 1/80 sek. a i tak czasem migawka nie nadążała z zamrożeniem ruchu, jak na przykład na zdjęciu poniżej:


W fotografii koncertowej najważniejsze jest, by pokazać emocje i dynamikę, dlatego dobrze sprawdzają się ujęcia, w których coś się dzieje; stojący równiutko za mikrofonem artysta nie będzie wyglądał za ciekawie.


Dla wyrażenia dynamiki dobrze też sprawdzają się ukośne ujęcia.


W swoich zdjęciach stosowałam raczej wąskie kadry, żeby obrazu nie zaśmiecał bałagan sceny (głośniki z kolorowymi nalepkami, kable i inne), który skupia uwagę i osłabia przekaz. Wąskie kadry miały też taką zaletę, że były po prostu łatwiejsze do wykonania - łatwiej złapać ostrość na jednym, dobrze oświetlonym artyście, nawet jeśli jest w ruchu, niż w szerokim kadrze zapanować nad wszystkim, co dzieje się na scenie.


Starałam się też nie ciąć postaci i instrumentów.


Wyczytałam też, że warto zadbać o zmianę perspektywy. Żeby nie robić zdjęć tylko z dołu warto zaopatrzyć się w składany stołek-drabinkę... Hm, może kiedyś;). Tymczasem jedyną stosowaną przeze mnie zmianą perspektywy było prawo-lewo;)


Podsumowując, czas na koncercie spędziłam bardzo ciekawie, nostalgicznie i pouczająco. A jutro jadę na przedostatnie zajęcia, by oddać wszystkie prace. Zaleta ostatniej chwili jest taka, że nie ma czasu na poprawę więc będzie, co ma być. A w niedzielę ostatnie egzaminy i ....

Koniec szkoły:)

A na koniec tego wpisu, jeśli ktoś ma ochotę posłuchać - O! Ela! z przebojem O! Ela!


Wspaniałego weekendu!

poniedziałek, 26 maja 2014

Reportaż sportowy

Wiem, że trochę to naciągane, ale jedyne wydarzenia sportowe, którym jestem w stanie poświęcić swój czas i uwagę, to nasze rodzinne wygibasy;) W miniony weekend wszystkie okoliczności zbiegły się tak szczęśliwie, że mogliśmy wybrać się całą trójką na rolki. Znaczy całą trójką, to wybraliśmy się rowerami do lasu, a w lesie, na rolkach, jeździła już tylko dwójka - mąż i córka. Ja gimnastykowałam się tylko z aparatem, ale jestem pewna, że zmęczyłam się nie mniej od nich;)


Muszę przyznać, że moje sportowe obiekty okazały się niezwykle wdzięcznymi modelami:) Fotografowanie ich byłoby czystą przyjemnością, gdyby nie fakt, że ja do sportu jestem po prostu za wolna...


Za bardzo się przykładam i analizuję każdy element kadru. Nim zwolnię migawkę, po kilka razy przymierzam i łapię ostrość.


A przecież fotografia to chwila - mgnienie oka i mija, zostawiając mnie z pustym kadrem... Ale czasami udało mi się złapać to, co chciałam, np. skupienie córki podczas hamowania, jak na zdjęciu powyżej, albo rozmazane tło, gdy usiłowałam zamrozić w ruchu jadącego męża:


Na ogół jednak ujęcia wychodziły mi, jeśli już nie całkiem spóźnione, to znów nieostre... Albo za ciemne, albo prześwietlone... Jednym słowem nie panowałam nad aparatem...


Najlepiej wychodziły mi zdjęcia, gdy moje obiekty robiły sobie przerwę. Mąż króciutko i na drodze...


Córka, prócz płynów potrzebowała stałego uzupełniania informacji z telefonu;)


Każde wydarzenie sportowe zyskuje na atrakcyjności, jeśli zdarzy się na nim jakiś wypadek. Nam też się zdarzył;)


Chwila nieuwagi...


...  jeden fałszywy ruch... I klaps!


Na szczęście upadek niegroźny i już po chwili uśmiechnięta gwiazda rolkarstwa leśnego znów była na nogach...


...gotowa do dalszego pozowania:)


Fajnie było na rolkach, ale czas zejść z toru - synchroniczne schodzenie do szatni wygląda tak:


Za dwa tygodnie, w szkole, spodziewam się ostrej krytyki swojej pracy. Zdaję sobie sprawę, że technicznie reportaż sportowy mnie pokonał. Ale za to ile było przyjemności ze wspólnie spędzonego czasu... Bezcenne!

piątek, 28 marca 2014

Foto-polowanie

Dziś zapowiadane efekty moich sobotnich foto-łowów: Pałac Tyszkiewiczów wraz z przyległościami.


Miejsce oddalone od mojego domu ledwie 4 km, a do tej pory nie znalazłam okazji, by się tam wybrać. Aż dopiero w ostatnią sobotę. Pierwszy raz w życiu. Jest coś niezwykle ekscytującego w odkrywaniu nowych miejsc, w znanym przecież od urodzenia, otoczeniu:)


Wedle informacji turystycznej, powstały w latach 1900-1903, secesyjny pałac Tyszkiewiczów, jest jednym z najpiękniejszych i najlepiej utrzymanych zabytków architektury dworskiej w naszym regionie. Nie wiem, architektura niespecjalnie do mnie przemawia. Bardziej od murów, w których dziś mieści się filia Uniwersytetu Rzeszowskiego, interesowały mnie wspomniane wcześniej przyległości:) Na przykład park...


Gdyby drzewa potrafiły mówić.... Niesamowita jest dla mnie świadomość, że te drzewa rosną tu od paru setek lat. Tak jak ja w sobotę, wcześniej spacerował między nimi hrabia Jerzy Maria Tyszkiewicz, w ich cieniu wypoczywała jego żona Maria i bawiła się córka Klementyna. Przetrwały drzewa wojenną pożogę, a potem radzieckie wyzwolenie... Dęby, lipy, jesiony... Ogromne. Gęste...


....hipnotyzujące...


Niebezpieczne i trochę straszne;)


Zmieniały się władze i czasy. Wiały huragany i biły pioruny.... A one wciąż stoją. I szumią dostojnie. Choć nie wszystkie. Po niektórych tylko omszałe pniaki się ostały:


W otoczeniu pałacu znajdują się też inne zabudowania. Trochę popadły w ruinę, ale wciąż robią wrażenie.


A to poniżej, to chyba była dworska wędzarnia:


Rozpada się, ale pięknie wyglądała w promieniach zachodzącego słońca:). W takim świetle zresztą wszystko pięknie się prezentuje, nawet przewrócony słup elektryczny:


I banalne stawy, nad którymi kiedyś i dziś, wciąż tak samo zachodzi słońce...


Nie potrafię oprzeć się takiemu widokowi:)


A już w drodze do domu zobaczyłam coś takiego:


Szkoda tylko, że ten rowerzysta mi tak szybko przejechał i fotkę pstryknęłam, gdy akurat zasłoniła go trawka z pierwszego planu...

Tak, to był bardzo udany, bogaty spacer - ponad trzy godziny, niecałe 10 kilometrów, 181 zdjęć. I całe mnóstwo frajdy:)

niedziela, 23 marca 2014

Na tarczy ale z tarczą

Tematem wczorajszych zajęć w szkole fotograficznej była technika szlachetna, potocznie zwana "gumą". Polega ona na wywoływaniu obrazu, na odpowiednio spreparowanym papierze, przy wykorzystaniu światłoczułych właściwości mieszanki gumy arabskiej i dwuchromianu potasu.

Metoda nie jest trudna i daje niesamowicie artystyczne efekty, ale nie wzbudziła we mnie wielkiego entuzjazmu. Jest czasochłonna, pracochłonna i wykorzystuje się w niej trujące, trudno dostępne, substancje...

Ale cóż - pan zadał, uczeń musi wykonać:) Mimo niechęci i wszelkich trudności odrobiłam pracę domową - kupiłam papier akwarelowy, pomalowałam go według zaleceń roztworem z żelatyny (cztery razy), zakonserwowałam kąpielą w formalinie, wysuszyłam... Starannie opracowałam zdjęcia, które w technice gumy chciałam wywołać, przerobiłam je w negatywy i wydrukowałam na specjalnej folii do rzutnika... 

W sobotę w pełnej gotowości i umiarkowanej ciekawości stawiłam się na zajęciach, gdzie nastąpił ciąg dalszy prac. Przygotowane w domach papiery musieliśmy, w półmroku, pomalować roztworem gumy arabskiej, dwuchromianu potasu i dodatku czarnego pigmentu. Następnie wysuszyć. Następnie zszywaczem biurowym połączyć z negatywem. Następnie umocować za szybą (antyramy świetnie się sprawdziły) i osłonięte przed światłem, znieść dwa piętra niżej, na szkolny plac, gdzie miały naświetlać się na słońcu. Naświetlanie trwało w zależności od mocy słońca 15-30 min i wyglądało tak:


Następnie naświetlone papiery płukaliśmy w wodzie, delikatnie usuwając pędzelkiem odchodzącą warstewkę gumy....


pod którą ukazywał się obraz:


Ten powyżej jest dość jasny, ale to jeszcze nie koniec procesu. Po wyschnięciu papieru, kładzie się kolejną warstwę gumy z pigmentem (może być innego koloru, wtedy uzyskuje się efekt kolorowej fotografii), znów spina z negatywem (trzeba go złożyć idealnie równo, tak jak za pierwszym razem, inaczej obraz wyjdzie rozmazany), znów naświetla, płucze.... itd. Ilość takich cykli i użytych kolorów jest dowolna. Działając w tej technice każda kolejna odbitka jest całkowicie unikalna.

Wszyscy byli niezwykle ciekawi, co też na ich papierach się wyświetli...


Przyznaję, że gdy zobaczyłam efekty u innych, poczułam się podekscytowana:) Ale gdy spłukałam gumę na swoich kartkach, mym oczom ukazała się dupa kartka blada....

Nic się nie odbiło!

Albo marnie przygotowałam sobie papier, albo moje negatywy były za jasne, albo guma była kiepskiej jakości, albo w roztworze za mało było pigmentu.... Nie wiadomo. Ale jakoś nie znalazłam w sobie pasji, by szukać przyczyny i próbować innych rozwiązań. Po drugim, nieudanym naświetlaniu, swoją przygodę z gumą uznałam za skończoną.

Ale niektórym w grupie się udało. I to jeszcze jak! Na przykład taka praca koleżanki:


Albo fotografie kolegi:


Normalnie wbijają w podłogę! Nic tylko oprawiać i wieszać na ścianie. Tym bardziej żałuję, że mi się nie udało... Takie miałam fajne negatywy....

Ale cóż - mówi się trudno i żyje dalej;) Na pociechę mam zaliczony pastisz:).

Fridę już na blogu pokazywałam. W ostatnich dniach zrobiłam jeszcze Van Gogha - w tej roli mój niezawodny mąż, który godnie zniósł przebranie i mój niepohamowany atak śmiechu na jego widok:). W atmosferze ogólnej wesołości powstał "Autoportret z obciętym uchem":


Obie prace zaliczone bez żadnych zastrzeżeń. Bardzo mi tego było trzeba po gumowej porażce.

Podbudowana dobrą opinią i zmotywowana wspaniałą pogodą, ruszyłam po szkole na fotopolowanie, o którego efektach niebawem:)

niedziela, 9 marca 2014

Frida

Frida Kahlo posiada w swej biografii wszystko co potrzebne, by zawładnąć masową wyobraźnią: przeżyła katastrofę, poślubiła popularnego artystę, łamała obyczajowe konwenanse. Kochała, romansowała, prowokowała, cierpiała, malowała... Żyła bardzo intensywnie, ale raczej w cieniu sławy męża. Uznanie, jak to zwykle z artystami bywa, zdobyła dopiero po śmierci. W latach osiemdziesiątych pojawiła się moda na malarstwo meksykańskie, a styl Fridy zaczął inspirować innych twórców. Do szerszej i niekoniecznie zainteresowanej sztuką publiczności, artystka trafiła po premierze biograficznego filmu pt. "Frida" z 2001 r., w którym tytułową rolę zagrała Salma Hayek.

Jako miłośniczka kobiecych historii nie mogłam Fridy przegapić. Obejrzałam i się zauroczyłam. Niesamowity człowiek, fascynująca kobieta, wyjątkowa malarka. Stała się skarbem narodowym Meksyku, bohaterką ruchów feministycznych i źródłem modowych inspiracji...

Mnie zaś natchnęła do realizacji dwóch tematów fotograficznych. W pracy pomogła mi koleżanka, nie tylko chętnie i cierpliwie pozując, ale również udostępniając swoją magiczną garderobę, w której skompletować można chyba każdą, nawet najbardziej fantazyjną, stylizację:).


Po pierwsze - pastisz - zdjęcie na podstawie portretu artystki:


Nie wiem kto jest jego autorem. Znalazłam je w sieci, a jego sceneria wydała mi się w miarę prosta do odtworzenia. Jedynie zwykłego zegarka na czarnym pasku nie udało nam się znaleźć;)

Po drugie - portret kreacyjny.






To raczej takie zdjęcia próbne. Gdy będzie cieplej, zrobimy sesję w ciekawszych okolicznościach. Mam już nawet wymyślony odpowiedni plener. Ale nawet z tego co mam teraz, jestem ogromnie zadowolona:).