... nigdy nie wiadomo na co trafisz. Mnie trafił się ostatnio udar u Taty. Żyłam w lęku przed taką wiadomością od pięciu lat, kiedy to z tego powodu zmarł Taty brat. Też sam mieszkał... Nie da się ochronić samodzielnie mieszkającego rodzica przed taką sytuacją. Od tamtej pory wymogłam na Tacie codzienne telefony rano i wieczorem, żebym przynajmniej wiedziała, że się obudził i że zdrowy idzie spać. Pewnego wieczoru zamiast Taty zadzwonił lekarz z SORu. To był na szczęście łagodny udar - Tato sam zorientował się, co się z nim dzieje i sam zadzwonił na pogotowie, mimo problemów z mową udało mu się wezwać pomoc. Szybka reakcja i wdrożone leczenie cofnęły niedowłady. Po dwóch tygodniach hospitalizacji, Tata, całkowicie sprawny fizycznie, wrócił do domu, do swojego samodzielnego życia. Po udarze został mu tylko problem z wysławianiem się, z artykulacją niektórych wyrazów, z niepamiętaniem słów. Mnie został lęk, że to się może powtórzyć, a każdy kolejny raz może skończyć się gorzej.
Przy okazji pobytu w szpitalu, Tato został też gruntownie przebadany, a diagnostyka ujawniła szereg problemów do naprawy lub dalszego obserwowania. Niedługo czeka go operacja, potem wizyty u różnych specjalistów. Pomagam, wspieram, pilnuję terminów i przypominam o trzymaniu się zaleceń na tyle, na ile mogę to robić na odległość, przez telefon. Ale Tato nie jest zdyscyplinowanym pacjentem i źle znosi zarówno swoje problemy zdrowotne, jak też fakt odwrócenia ról - rodzic pod opieką dziecka. Ja źle znoszę, że nie mogę być na co dzień blisko, że nie mam kontroli nad tym co się dzieje na bieżąco i co się może wydarzyć.
Wróciłam do domu, ale nie do swojego życia. Wciąż mam poczucie zawieszenia, nierealności. Nie mam wolnej głowy na relaks, na wyłączenie się. Dlatego nie dziergam, nie rysuję, nie mam żadnych pomysłów na tworzenie czegokolwiek, nawet wybór w co się ubrać jest problemem. Dziś z trudem udało mi się wystylizować jeden z ostatnich swetrów (wydziergany jeszcze w grudniu) i pojechać z psami do lasu, żeby zrobić zdjęcia:
Jeśli chodzi o Zentangle, to mam tylko kilka lutowych rysunków w notesie, wszystkie z czasów przed udarem. Eksperymentowałam z nieregularnymi formami i napisami, bo w styczniu kupiłam sobie książkę: "Liternictwo. Sztuka pięknego pisania" i zachciało mi się połączyć litery z rysunkami. Następnie zachciało mi się nauczyć kaligrafii i nawet znalazłam fajny kurs w Akademii "Łucznica" w maju, ale to już nieaktualne. Nagle zostało mi tak mało urlopu. I nagle boję się wykorzystywać go na tak błahe rzeczy...
Na domiar wszystkiego wstrząsnęła mną w ostatnich dniach wiadomość o śmierci męża jednej z influencerek, którą obserwuję chyba od początku jej działaności w Internecie, od czasów bloxowych blogów. Miał tylko 46 lat. Zmarł nagle zostawiając swoją rodzinę z poczuciem pustki nie do zapełnienia. Nikt dla mnie bliski, ale przeżywam tę stratę bardzo osobiście.
Nie chcę już żadnych czekoladek. Nie mam odwagi sięgać po jakąkolwiek...
Nie wiem co napisać. Problemy z rodzicami zawsze działają dołująco na dzieci. Twój tata dojdzie do siebie, jak piszesz jest bardzo samodzielny. To są drobne deficyty, o których piszesz. Trudno to napisać, ale może z czasem przyjść drugi udar (tak stało się z moją kuzynką). Trzeba kontrolować, żeby twój tata żył zdrowo. Nie dziwię się, że jesteś rozbita. Chociaż minęło już osiem lat od śmierci mojej mamy, ja ciągle leczę się na depresję, na którą zapadłam po jej śmierci.
OdpowiedzUsuńNajbardziej mnie przeraża, że któreś z moich rodziców (oboje mieszkają sami, choć mama blisko, bo obok) będzie potrzebować pomocy, a nie będzie w stanie tego zgłosić i nie będę tego świadoma, przez co ratunek może nie nadejść w porę.
UsuńTak, wiem, że wystąpienie udaru mocno zwiększa ryzyko kolejnego… Bardzo mnie to niepokoi, w ogóle wszelkie ryzyka związane z ich zdrowiem i fakt, że nic na to nie mogę poradzić.
Życzę Twoim rodzicom wielu lat w samodzielności. To bardzo ważne.
OdpowiedzUsuńJa mam już za sobą okres przejścia moich rodziców od pełnej odpowiedzialności za siebie do pełnej zależności od innych. Żyję w zawieszeniu od około czterech lat, od dwóch bez żadnej nadziei na poprawę, za to z całkowitą pewnością tego, że będzie jeszcze gorzej. Dwa lata temu zmarł ojciec i została mama z postępującą demencją i zwyrodnieniem stawu biodrowego. Dzisiaj już prawie nie chodzi i nie rozpoznaje najbliższych, nawet swoich dzieci. Jest nas trójka plus dwie dochodzące opiekunki i jeszcze jakoś dajemy radę, ale rutyna dnia codziennego, czyli praca plus dyżur przy mamie, prawie bez dnia wolnego, wykańcza mnie psychicznie.
Doszło do tego, że cieszę się, że złapałam infekcję, bo mogę odpocząć w domu.
Dzierganie jest dla mnie formą terapii, wyciszenia, ukojenia nerwów. Powstaje dość sporo rzeczy, ale straciłam serce do publikowania...
Starość jest do d*py.