Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o książkach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o książkach. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 marca 2026

Życie jest jak pudełko czekoladek

... nigdy nie wiadomo na co trafisz. Mnie trafił się ostatnio udar u Taty. Żyłam w lęku przed taką wiadomością od pięciu lat, kiedy to z tego powodu zmarł Taty brat. Też sam mieszkał... Nie da się ochronić samodzielnie mieszkającego rodzica przed taką sytuacją. Od tamtej pory wymogłam na Tacie codzienne telefony rano i wieczorem, żebym przynajmniej wiedziała, że się obudził i że zdrowy idzie spać. Pewnego wieczoru zamiast Taty zadzwonił lekarz z SORu. To był na szczęście łagodny udar - Tato sam zorientował się, co się z nim dzieje i sam zadzwonił na pogotowie, mimo problemów z mową udało mu się wezwać pomoc. Szybka reakcja i wdrożone leczenie cofnęły niedowłady. Po dwóch tygodniach hospitalizacji, Tata, całkowicie sprawny fizycznie, wrócił do domu, do swojego samodzielnego życia. Po udarze został mu tylko problem z wysławianiem się, z artykulacją niektórych wyrazów, z niepamiętaniem słów. Mnie został lęk, że to się może powtórzyć, a każdy kolejny raz może skończyć się gorzej. 

Przy okazji pobytu w szpitalu, Tato został też gruntownie przebadany, a diagnostyka ujawniła szereg problemów do naprawy lub dalszego obserwowania. Niedługo czeka go operacja, potem wizyty u różnych specjalistów. Pomagam, wspieram, pilnuję terminów i przypominam o trzymaniu się zaleceń na tyle, na ile mogę to robić na odległość, przez telefon. Ale Tato nie jest zdyscyplinowanym pacjentem i źle znosi zarówno swoje problemy zdrowotne, jak też fakt odwrócenia ról - rodzic pod opieką dziecka. Ja źle znoszę, że nie mogę być na co dzień blisko, że nie mam kontroli nad tym co się dzieje na bieżąco i co się może wydarzyć.

Wróciłam do domu, ale nie do swojego życia. Wciąż mam poczucie zawieszenia, nierealności. Nie mam wolnej głowy na relaks, na wyłączenie się. Dlatego nie dziergam, nie rysuję, nie mam żadnych pomysłów na tworzenie czegokolwiek, nawet wybór w co się ubrać jest problemem. Dziś z trudem udało mi się wystylizować jeden z ostatnich swetrów (wydziergany jeszcze w grudniu) i pojechać z psami do lasu, żeby zrobić zdjęcia:






Sweter i czapka do kompletu powstały w większości ze sprutej kamizelki, bo jej nie nosiłam. Mam nadzieję, że się przyjmie i się polubimy. Dzisiejszy pierwszy dzień wypadł obiecująco. Zapomniałam, że mu wymyśliłam wywijane mankiety, fajne są.

Jeśli chodzi o Zentangle, to mam tylko kilka lutowych rysunków w notesie, wszystkie z czasów przed udarem. Eksperymentowałam z nieregularnymi formami i napisami, bo w styczniu kupiłam sobie książkę: "Liternictwo. Sztuka pięknego pisania" i zachciało mi się połączyć litery z rysunkami. Następnie zachciało mi się nauczyć kaligrafii i nawet znalazłam fajny kurs w Akademii "Łucznica" w maju, ale to już nieaktualne. Nagle zostało mi tak mało urlopu. I nagle boję się wykorzystywać go na tak błahe rzeczy... 





Wiem, że ten stan minie. Człowiek nie może długo żyć w takim alarmowym trybie. Przyzwyczajamy się do nowych warunków, oswajamy nową rzeczywistość. Jeszcze się będę cieszyć i uczyć z tej książki, bo to naprawdę dobra książka jest:







A tymczasem udaje mi się tylko czytanie. Czytanie jest jak ucieczka. Do innych rzeczywistości, w których nie istnieję i nie muszę się mierzyć z problemami swojego świata... Tak się złożyło, że na same doskonałe książki trafiałam w ostatnim czasie. Naprawdę można się w nich zanurzyć bez pamięci! Szczególnie "Małe życie" - myślę że to jedna z najlepszych książek, jakie w życiu przeczytałam.

Na domiar wszystkiego wstrząsnęła mną w ostatnich dniach wiadomość o śmierci męża jednej z influencerek, którą obserwuję chyba od początku jej działaności w Internecie, od czasów bloxowych blogów. Miał tylko 46 lat. Zmarł nagle zostawiając swoją rodzinę z poczuciem pustki nie do zapełnienia. Nikt dla mnie bliski, ale przeżywam tę stratę bardzo osobiście. 

Nie chcę już żadnych czekoladek. Nie mam odwagi sięgać po jakąkolwiek...

poniedziałek, 19 stycznia 2026

Najdłuższy miesiąc w roku


… (subiektywnie) mija mi dość szybko, choć niekoniecznie produktywnie. W świecie nastawionym na kapitalizację wszystkiego, nieproduktywne zajęcia wywołują psychiczny dyskomfort i poczucie winy. Mierzę się z tymi emocjami bez przerwy i z różnym skutkiem. Targuję się sama ze sobą, gdy czuję się przytłoczona obowiązkami i racjonalizuję czas poświęcony przyjemnościom, ale najczęściej i tak kończę z poczuciem, że jestem najgorszym człowiekiem na świecie. Kompletnie nieogarnięta. Wewnątrz i na zewnątrz. Wiem, że nie tylko ja tak mam i to mnie w jakiś sposób podnosi na duchu.

Dużo rysuję z Florkiem. Wyciągamy pudełka z pisakami, kredkami, mazakami, zeszyty i notesy, i sobie bazgramy. Przez to, że robię to z Florkiem, uznaję ten czas za wartościowy. Florek jest w edukacji domowej i z dumą myślę o sobie, że wspieram jego edukację manualną. Poza tym czas i aktywność dzielona z drugą osobą nigdy nie są bezproduktywne:-)

Z czasu poświęcanego na czytanie trudniej mi się usprawiedliwić, szczególnie, że głównie czytam teraz rozrywkową beletrystykę… Literatura faktu stała się dla mnie zbyt przygnębiająca, widzę w niej tylko bezmiar ludzkiego nieszczęścia oraz beznadzieję wynikającą z tego, że przeszłość nieustannie się powtarza, a ludzkość ni cholery nie wyciąga wniosków z historii. Nadal czytam książki z TEJ listy i  muszę przyznać, że rzadko trafiam na coś nieciekawego, więc przynajmniej jest to naprawdę dobra rozrywka! Poniżej szybkie omówienie:



"Muszę wiedzieć" Kasia Bulicz-Kasprzak - spoza listy, bo poznałam autorkę na warsztatach w Łucznicy i byłam bardzo ciekawa Jej twórczości. Gatunek może trochę spoza moich zainteresowań, ale to niesamowicie intrygująca, niebanalna historia. Pisałam już, że jestem uprzedzona do rodzimych twórców, ale to dlatego, że tak często mnie rozczarowują. Polskie filmy, seriale i książki albo są do bólu sztampowe, albo naśladują zagraniczne style i wątki, albo są sztuczne... A ta książka jest oryginalna, dobrze osadzona, z ciekawymi postaciami, bardzo pozytywna. Naprawdę polecam!

"Czerwone gardło" Jo Nesbo - doskonały thriller z ciekawym wątkiem z historii Norwegii. Książka pochodzi z cyklu o detektywie Harrym Hole'u i jej najsłabszym punktem jest postać samego głównego bohatera - jak słowo daję mam już po dziurki w nosie zapijaczonych genialnych policjantów z problemami emocjonalnymi i kompetnie niepotrafiących w relacje. Ale poza tym super!

"Null" Szczepan Twardoch - spoza listy, bo leżała i kusiła na ladzie, nówka sztuka w bibliotece, jeszcze pachnąca, a ja wcześniej już o niej słyszałam, zresztą wysłuchałam kilku wywiadów z Autorem i bardzo podobało mi się to co i jak mówi o rożnych ważnych ludzkich rzeczach. Po prostu usiałam pożyczyć. Książka o wojnie w Ukrainie i losach polskiego ochotnika, który się zaciągnął, by w niej walczyć. Książka świetna, ale tak mnie zmasakrowała emocjonalnie, że przez tydzień chyba nie mogłam się podnieść. Mimo wszystko nie żałuję, że przeczytałam, to ważna książka i bardzo polecam.

"Dzikie łabędzie" Juno Chang - też spoza listy, pożyczyłam na prośbę Mamy, a jak już pożyczyłam, to i przeczytałam. Ogromna biograficzna epopeja o Chinach w czasach przełomu i pierwszych latach rządów komunistycznych. Wstrząsająca relacja z pierwszej ręki o wydarzeniach, które po łebkach poznałam w szkole. Ciekawa, ale zostawiła mnie z uczuciem, że nie lubię Chińczyków. Tym trudniej mi teraz patrzeć na ich obecną ekspansję. Wiem jakim olbrzymim kosztem ludzkim Chiny uzyskały dzisiejszy status mocarstwa. Współcześni Chińczycy to nadal niewolnicy systemu, ale przede wszystkim niewolnicy "chińskiej mentalności", która ten system wspiera.


"Długie pożegnanie" Raymond Chandler - klasyka powieści kryminalnej w stylu noir. Akcja toczy się w Los Angeles w latach czterdziestych ubiegłego wieku, dla autora były to czasy współczesne. Paskudne czasy. Toksyczna męskość skąpana w niekończącym się strumieniu alkoholu, mizoginia, policyjna przemoc i bezkarność, niesprawiedliwość systemu, w którym bogaci mogą więcej... Ale też, z dzisiejszego punktu widzenia, bardzo ciekawa i bezkompromisowa krytyka kapitalizmu, nie spodziewałam się takich lewackich treści w amerykańskiej powieści kryminalnej;-)

"Zabójstwo Rogera Ackroyda" Agata Christie - to moja pierwsza powieść tej autorki, owszem, oglądałam serial z Herculesem Poirotem, ale książek nie czytałam wcześniej nigdy i muszę powiedzieć, że bardzo udane było to pierwsze spotkanie. Może dlatego, że ja w ogóle lubię te stare, klasyczne kryminały, oparte na dedukcji, nie jak teraz na dowodach wyabstrahowanych w laboratoriach CSI.

"Pies Baskervillów" Arthur Conan Doyle - też klasyka i też znana historia... We wczesnej młodości postać Sherlocka Holmesa była dla mnie pasjonująca, dziś, po lekturze uważam go za irytującego bufona. Hercules Poirot, choć też zarozumiały, był jednak sympatyczniejszym bohaterem.

"Pentagram" Jo Nesbo  - spoza listy, ale zawiera zamknięcie jednego z głównych wątków z "Czerwonego gardła", musiałam przeczytać, żeby się przekonać jak to zostało rozegrane. Sam kryminał dobry, emocjonujący, z kilkoma niezłymi zwrotami akcji, ale jak wyżej pisałam - mam dość Harrego Hole'a.

Jeśli zaś chodzi o dzierganie... Jest to jedyna przyjemność, do której nie potrzebuję usprawiedliwienia;-). Problemem jest miejsce w szafach - nie mam już absolutnie miejsca na nic nowego, więc mimo, że przed świętami kupiłam sobie dwie spore cewy z fajną nową włóczką (szara bukla z alpaki/merino oraz przydymiona angora), to nie ciągnie mnie, by coś z nich robić. Zamiast tego wciąż pruję stare, z różnych przyczyn nienoszone i przerabianam na nowe w nadziei, że wyjdzie coś fajniejszego do ubrania;-)


A na zakończenie pokażę Wam Cedryczka, jedynego kotka w naszym stadzie, który potrafi omotać się kocyczkiem i tak spać. I tak się składa, że robi to z moim kocyczkiem, na moim łożku, codziennie:-)





No niesamowicie mnie to rozczula!

Dobrego tygodnia i do następnego:-) 


niedziela, 19 października 2025

Dwie kupki książek

... przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch miesięcy (trzecia się kończy, ale to innym razem). Wydrukowałam sobie listę stu najlepszych thrillerów i kryminałów wszech czasów wg "Time'a" i chodzę z nią do biblioteki. Niektóre tytuły już znałam, niektóre nie są w ogóle przetłumaczone na polski (szkoda, że pewnie nigdy ich nie poznam!), na podstawie innych oglądałam filmy, ale większość to dla mnie zupełna nowość. Kieruję się zasadą niewybredności: biorę, co mi Pani znajdzie i nie czytam nawet opisów na okładce, zdaję się na całkowitą niespodziankę:-). Oto moje wrażenia.


"Marsjanin" Andy Weir - lepiej oglądało się film, niż czytało książkę - za dużo naukowych opisów. Surwiwalowe historie są niesamowite, ale niekoniecznie gdy dzieją się na Marsie, bo wtedy bez doktoratu z fizyki, chemii i botaniki i tak nie ma się pojęcia o tym, co główny bohater robi, by przeżyć. W książce irytowało mnie też jakieś takie szczeniackie poczucie humoru... jak nie wiem... ze szkolnej ubikacji dla chłopców? A poza tym zero napięcia. Nawet nie dlatego, że oglądałam film i wiedziałam, że rozbitek zostanie uratowany. Po prostu cała atmosfera tej książki jest taka, że nie ma wątpliwości, że zostanie uratowany.

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins - też oglądałam film, ale zapamiętałam tylko, że bardzo mi się podobał, potem przypominałam sobie o wszystkim trakcie czytania. Tu jest wszystko: i napięcie i zaskoczenie na koniec. Bardzo, bardzo na TAK, zarówno film, jak i książka, ale książka lepsza, bo pełniejsza:-)

"Chirurg" Tess Gerritsen - dobra, sprawna, zaskakująca. Myślę, że fabuła idealna na film w typie "Kolekcjonera" i "Kolekcjonera kości".

"Bez śladu" Harlan Cohen - bez zachwytu. Atmosfera i humor jak w sportowej szatni męskiej, a ja nie jestem fanką sportu. Ale czytało się sprawnie, dobry zabijasz czasu.


"Zawsze mieszkałyśmy w zamku" Shirley Jackson - fajnie napisana powieść gotycka, trochę straszna, trochę dziwna, z intrygującą fabułą. Po przeczytaniu książki włączyłam sobie film ("Tajemnica przeklętego zamku") i nie polecam. Tę historię zdecydowanie lepiej się czyta.

"Wysłuchaj mnie" Tess Gerritsen - ciekawa, wciągająca, ale niektóre wątki mocno irytujące.

"Złodziejka" Sarah Waters - REWELACYJNA !!! Fantastyczna przygodówka, której akcja rozgrywa się w Anglii w czasach wiktoriańskich. Ponad siedemset stron. Budząca respekt cegła. Pierwsze dwieście czytałam ponad tydzień, następne pięćset pochłonęłam w trzy dni - taka to książka. Zasypiałam z myślą o niej i wstawałam nie mogąc się doczekać chwili, gdy znów będę mogła czytać. Fenomenalna lektura pod każdym względem!

"Poziom śmierci" Lee Child - bardzo wciągająca i emocjonująca, świetnie zbudowana powieść z szybką akcją i mocnymi wrażeniami, czyta się zapominając o otaczającym świecie, wielkie TAK!

"Morderca bez twarzy" Henning Mankell - skandynawski czarny kryminał, klasyka gatunku, ale nie porywa, przynajmniej mnie nie porwała. Ma się wrażenie jakby wszystko w niej grzęzło w błocie, no i strasznie w niej dużo tego, przed czym ja właśnie chcę uciec. Akcja dzieje się na początku lat 90 ubiegłego wieku w Szwecji, a wydaje się jakby całkiem współcześnie w Polsce: antyemigrancka propaganda, rasistowskie akcje i powszechna wrogość wobec obcych... Jakbym czytała literaturę faktu o społecznych skutkach polityki migracyjnej i postrzegania cudzoziemców przez ludność lokalną. A właśnie jednym z powodów mojej ostatniej czytelniczej fazy jest chęć oderwania się, wręcz ucieczki i zamknięcia się przed tymi wszystkimi współczesnymi problemami. 

Zawsze lubiłam historię, ale patrzyłam na nią jak na coś, co minęło i już tego nie ma. Teraz zaś dostrzegam tyle analogii z czasami przed wybuchem pierwszej wojny światowej, niektórzy przywołują czasy przedrozbiorowe... w każdym razie mam wrażenie jakby świat wokół wrzał - dzieje się tyle strasznych rzeczy, a w przestrzeni medialnej gotuje się tyle kłamstw i manipulacji, że to musi wybuchnąć. Jestem tym po równo przerażona i zniechęcona. Z bezsilności mogę tylko zamykać się w swojej głowie i czytać. 

Miłej niedzieli i do następnego! 

niedziela, 2 marca 2025

Tego dnia

… gdy znaleźliśmy w lesie rannego koziołka i nie mogliśmy mu pomóc, byłam totalnie rozbita. Nie wiedziałam czym się zająć. Włóczki i akcesoria dziewiarskie pochowałam poprzedniego dnia. Nie chciałam wracać do dziergania, bo gdy mam rozpoczętą robótkę nie potrafię zajmować się niczym innym. A przecież mam te nieszczęsne drzwi do malowania i ogród do ogarnięcia po zimie…


Sięgnęłam po książkę. Oczekiwałam, że mnie odciągnie od wspomnienia koziołka, zajmie myśli, rozładuje stres, który w żaden sposób nie chciał ze mnie zejść. To miała być ciepła, budująca historia o nadziei i miłości, którą można znaleźć nawet na gruzach dotychczasowego życia… Już od dawna nie czytam opisów na  książkach, bo lubię nie wiedzieć czego się spodziewać, ale tym razem zerknęłam, żeby mieć pewność, że dobrze wybieram. 



No cóż… Nie żałuję, że przeczytałam, ale pokrzepienia to ja zdecydowanie nie doświadczyłam. Rozbiła mnie ta lektura do reszty. Co się opłakałam to moje. Może to przez tego koziołka… nie wiem.


Początek wydawał się nieco rozwlekły i banalny, ale później wciągnął mnie tak mocno, że już nie mogłam oderwać się od czytania. Cała abuła jest doskonale skonstruowana. Narracja nie idzie hronologicznie, jest poszatkowana, przeplatana dziennikami, wspomnieniami i perspektywami różnych bohaterów, ale dzięki temu stopniowo dowiadujemy się prawdy o nich i o kluczowych dla opowieści zdarzeniach. Wyjaśnienie głównej zagadki mnie zaskoczyło, ale nie ono stanowi zamknięcie całej historii. Tak naprawdę nie było zamknięcia, bo niezależnie od tego co się wydarza - życie toczy się dalej…


Wiedzieć o kimś różne rzeczy, to nie znaczy go znać - mówi w pewnym momencie główna bohaterka. To mnie uderzyło i chyba o tym głównie jest ta historia. 


Ale były też w książce momenty irytujące: dłużyzny, sentymentalizmy, toksyczna męskość jako coś, czemu kobiety nie potrafią się oprzeć, takie wiecie… południowoamerykańskie machizmo w oparach tytoniu, alkoholu i kobiecej chuci. Jak ktoś nie lubi takich opisów (ja!) - można prześlizgnąć się po nich wzrokiem, opowieść na tym nie traci.


W kolejnych dniach też czytałam. 



Trafiła ta książka do mnie blisko rok temu, ale nie miałam do niej nastroju. W tamtym czasie byłam świeżo po lekturze kilku książek w chłopskiej tematyce (Chamstwo, Pańszczyzna, Obrońcy pańszczyzny) i czułam, że więcej mi się nie zmieści. Tej przemocy, krzywdy, niesprawiedliwości, bezwzględności i wyrachowania elit...


I owszem, jest w Chłopkach wiele takiej ciężkiej, przygnębiającej treści. Ale jest też wiele siły i przykładów, że wiejskie kobiety z międzywojnia nie były tylko ofiarami systemu społecznego i politycznego. Walczyły różnymi sposobami o swoją sprawczość. Były wśród nich twarde buntowniczki, którym udało się w jakimś zakresie pokierować swoim losem. Pewnie niewiele, ale to dzięki nim opowieść o naszych babkach jest taka w gruncie rzeczy pozytywna i inspirująca. 


Uważam, że to ważna książka, bo oddaje głos tym, których było tak wiele, a których obecność i wkład w życie społeczne był tak bardzo przemilczany i niedoceniany. W dobie rozliczeń i powszechnej krytyki okresu PRL warto głośniej mówić o tym, że dla większości polskiego społeczeństwa zmiana ustrojowa przyniosła diametralną poprawę losu. Jedna z kobiet opisała to swoimi słowami: 



Cieszę się, że ta książka powstała i że ją przeczytałam!


A potem sprułam TEN sweter:



... bo być może będę potrzebowała robótki podróżnej na przyszły weekend... Później Wam opowiem. W każdym razie drzwi nadal nie pomalowane, pogoda się popsuła, więc ogród też nie ruszony, a ja znów jestem wciągnięta w dzierganie...


Miłego i do następnego!

środa, 15 stycznia 2025

Połowa stycznia

... właśnie się dokonuje, a ja czuję, że już zaaklimatyzowałam się w zimie i nowym roku. Powrót do pracy przebiegł gładko i bez większego żalu. Teraz przede mną aż do wiosny pełna pracowa rutyna, bez żadnych dodatkowych wolnych dni. Pierwszy długi weekend, kiedy to odbiorę wolny piątek za pracującą sobotę, wypada mi dopiero pod koniec marca. O ile się nie pochoruję w międzyczasie, rzecz jasna (oby nie!).

Wczoraj skończyłam sweter rozpoczęty dokładnie w Sylwestra. Rękawy robiłam dwa razy, dekolt trzy... Czyli norma;-) To ten pierwszy na zdjęciu. I na razie robię sobie przerwę w dzierganiu nowych rzeczy, muszę dać odpocząć dłoniom i przewietrzyć głowę, zwłaszcza, że bilans od początku sezonu jesiennego i tak jest pokaźny:

- 6 wydzierganych swetrów (w tym 1 sweter wyrzucony), z tego:

- 4 swetry z oryginalnych motków ze starych zapasów (1 wyrzucony):

- 2 nienoszone swetry sprute i przerobione w nowe formy:

- 1 czapka do kompletu ze swetrem:

- 3 dokupione nowe motki do trzech projektów, w których moje własne zasoby okazały się niewystarczające, były to: różowa Calico (Nako), szara Baby Merino (Drops) oraz beżowa Everyday (Himalaya):

Dumna jestem z siebie, że dokupiłam TYLKO brakujące motki, nie skusiłam się nawet na dobranie do bezpłatnej wysyłki:-)

Postanowień noworocznych nie robię, ale mam plany na styczeń:

1. Doczytać "Traumaland. Polacy w cieniu przeszłości" Michała Bilewicza, którą zaczęłam czytać jeszcze w grudniu, ale strasznie źle mi robiła na głowę i musiałam przerwać, ale to bardzo dobra psychologiczna analiza całych społeczeństw, które mają traumatyczną historię.

2. Dokończyć ubiegłorocznego UFOka (UnFinished Objects):

3. Pomalować nowo obsadzone (we wrześniu!) drzwi do gabinetu męża. Specjalnie zamówiłam w surowym drewnie i bez obróbek, żeby zrobić to sama i po swojemu, ale jakoś do tej pory nie znalazłam w sobie chęci do tej pracy.

4. Przeczytać "Czasy ostateczne. Elity, kontrelity i ścieżka dezintegracji politycznej" Petera Turchina, którą ostatnio kupiłam zafascynowana oryginalną metodologią badań nad cyklami życia społeczeństw. Historia jako nauka ścisła to chyba rewolucja w postrzeganiu tej dziedziny. Autor jest biologiem, który postanowił wykorzystać metody matematyczne i statystyczne do analizy danych o społeczeństwach i na tej podstawie przewidywać wystąpienie kryzysów. Fascynujące jest to, że jego przewidywania, o których mówił już w 2010 roku, dziś się potwierdzają! To też nie będzie chyba zbyt optymistyczna lektura... Ale jestem tej książki ogromnie ciekawa. 

Hmmmm... jak tak teraz patrzę na te swoje spisane plany, to obawiam się, że mogę się jednak nie wyrobić do końca stycznia... W głowie jakoś wszystko wydaje się lepiej mieścić-)

Trzymajcie się ciepło i do następnego.

A! Na koniec pokażę Wam jeszcze jak milutko zaczęłam dzisiejszy dzień:


To tylko 1/4 z naszego stada, część poszła się przewietrzyć na podwórko, a reszta wybrała innych głaskaczy i inne łóżka, ale i tak czułam się zaszczycona:-D. A takie przytulne poranki są możliwe tylko w weekendy i środy, gdy idę do pracy na 11:-). Uwielbiam je!

sobota, 16 marca 2024

Sztuka tracenia

... autorstwa Alice Zeniter, to najpiękniejsza książka jaką w życiu czytałam! I po prostu muszę się nią z Wami podzielić.

Nigdzie wcześniej o niej  nie słyszałam, nikt mi jej nie polecał... po prostu wyświetliła mi się w nowościach Legimi. Nigdy na te propozycje nie zwracam uwagi, bo zawsze szukam konkretnych tytułów... Ale ten zwrócił moją uwagę. Zabrzmiał znajomo, bardzo emocjonalnie - jak wiersz Elizabeth Bishop, który został mi w głowie od kiedy usłyszałam go po raz pierwszy w filmie Siostry (In Her Shoes, 2005). Opis książki był równie przyciągający:

Do niedawna Algieria była dla Naïmy tylko nieciekawym tłem rodzinnej historii. We francuskim społeczeństwie, które wciąż stawia sobie pytanie o własną tożsamość, wszystko zdaje się jednak odsyłać ją do własnych korzeni. Rzecz w tym, że nikt nigdy nie opowiedział Naïmie o przeszłości przodków. Czy na jej życie i tożsamość może mieć wpływ coś, o czym nie ma pojęcia? Dziadek Naïmy – kabylski góral – zmarł, zanim zadała mu pytanie, dlaczego historia określiła go mianem harki. Jej babcia być może mogłaby udzielić odpowiedzi – gdyby tylko mówiła w języku zrozumiałym dla wnuczki… Milczeniem zbywa ją także ojciec, który przybył do Francji latem 1962 roku i zamieszkał w pośpiesznie zbudowanym obozie przejściowym. Nigdy nie usłyszała od niego ani słowa o Algierii jego dzieciństwa. W tym wielkim powieściowym fresku Alice Zeniter opowiada o losie kolejnych pokoleń rodziny uwięzionej w przeszłości zawieszonej między Algierią a Francją. Sztuka tracenia to historia wolności, jaką ma w sobie każdy, niezależnie od swojego dziedzictwa oraz nakazów społecznych. To powieść o emigracji i integracji, o powrocie do korzeni i odkrywaniu własnej tożsamości. (Wydawnictwo Sonia Draga)


Przytaczam go w całości, bo pewnie nie zdołam wymyślić nic lepszego. Jestem po prostu zachwycona tą książką - w całości: tematyką - dla mnie zupełnie nową (nigdy nie przeczytałam nic w temacie Algierii, francuskiego kolonializmu i jego skutków); bohaterami, których portrety psychologiczne nakreślone z niesamowitą wnikliwością i jakąś taką czułą wyrozumiałością; językiem i narracją, która po prostu płynie, łagodnie, niezmiennie... płynie, jak rzeka, przynosząc zmiany, wciągając bohaterów w wir dramatycznych zdarzeń (zarówno mających wymiar globalny, jak i osobisty), a czytelników prowadząc poprzez czasy, miejsca, zmieniające się okoliczności, ale bez ocen moralnych, bez złości i oskarżeń... Każdy punkt widzenia jest tu w jakiś sposób uzasadniony, każdy ma swoje racje a zbiorowości nie są jednolitą masą.

Wszyscy jesteśmy dziećmi swoich czasów, miejsc w których wzrastamy i wartości, które nas otaczają. W tym sensie nie mamy wpływu na to kim jesteśmy, bo nie mamy wpływu na to gdzie i kiedy przychodzimy na świat. Ale tak jak rzeczywistość i otoczenie kształtuje nas, tak i my w jakimś stopniu mamy możliwość kształtować nasze otoczenie i naszą rzeczywistość, tworzyć coś na takich zasobach, jakie nam los podrzuca, bo zawsze coś podrzuca. I najważniejsze, cokolwiek się zdarzy - życie toczy się dalej.

sobota, 20 stycznia 2024

Dwa tygodnie

… bez dziergania. Zaczęłam za to malować kolejny obraz po numerach. A w przerwach oglądam filmy i czytam książki. Jeszcze rok, dwa temu powiedziałabym, że to historie pogrążające w depresji… A dziś moszczę się w ich przytulnym smutku, jak w ciepłym, swojskim czarnym kokonie. Nie chce mi się z niego wychodzić, a warunki zewnętrzne mi sprzyjają - mamy najgorszą wersję zimy, najpaskudniejszą.


„Ostatni brzeg” Nevila Shute (opowieść o ostatnich chwilach ludzkości po wojnie atomowej, o ostatnim miejscu na Ziemi, w Australii, gdzie jeszcze toczy się życie, ale zagłada jest nieunikniona, bo radioaktywna chmura z Północy, niosąca śmierć wszystkim organizmom żywym, zbliża się nieubłaganie) po raz pierwszy przeczytałam jeszcze w podstawówce. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że łatwo przetrwała w mojej pamięci. Może dlatego, że później oglądałam też filmy. Jest bardzo wierna adaptacja z 1959 roku, a później - w 2000 roku - nakręcono wersję uwspółcześnioną (nie spodobała mi się za pierwszym razem). Ostatnio odświeżyłam sobie oba te filmy, jeden po drugim i teraz uważam, że nowa wersja jest jednak lepsza. Warstwa obyczajowa z lat pięćdziesiątych jest dziś zupełnie niestrawna. W książce nie zwróciłam na to uwagi za pierwszym razem, za to teraz bardzo działało mi na nerwy. Emocjonalnie nadal robi wrażenie, ale przedstawiony wizerunek kobiet, jako dziecinnych histeryczek, które nijak nie rozumieją się na rzeczywistości jest już nie do przyjęcia. "Te cholerne kobiety żyją jak pod kloszem. Nie potrafią nosa wychylić poza świat własnych sentymentalnych rojeń. Gdyby uznawały rzeczywistość, mogłyby pomóc mężczyznom, pomóc im ogromnie. Ale kiedy czepiają się swego urojonego świata, są po prostu koszmarnym kamieniem młyńskim u szyi." Kobiety to dziecinki, kotki, kochaniutkie... zajęte banałami nawet wobec końca świata. Mężczyźni zaś do końca trzymają się zasad i dźwigają na swych silnych barkach swe wzniosłe zobowiązania wobec kraju, podwładnych i rodziny.


"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood, chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dawno temu oglądałam film z 1990 roku i nie podobał mi się. Uznałam, że jest zbyt absurdalny w uwłaczaniu kobietom. Ależ byłam naiwna! Potem był przebojowy serial na Netfliksie, a teraz wreszcie postanowiłam przeczytać książkę. Jest mniej sensacyjna, akcja jest wolniejsza, a słowa budzą mniejszą grozę od obrazów, ale emocjonalnie po prostu rewolucyjna. I rewelacyjna.


"O sensie życia" polecił mi Brat. Jej autor, Viktor Frankl, był austriackim Żydem, psychiatrą, psychoterapeutą, filozofem i neurologiem, więźniem obozów zagłady, który w czasie wojny stracił całą swoją rodzinę. Jest twórcą logoterapii, czyli terapii sensem. Uważał, że jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest znalezienie właściwego sobie sensu życia. Napisałam Bratu, że dwadzieścia lat temu być może byłaby dla mnie odkrywcza, dziś jest jedną z wielu. Ale choć zgadzam się z wieloma tezami w książce i są mi one bliskie, to w wielu miejscach działały mi na nerwy uogólnienia i uniwersalizowanie własnych wniosków - jeśli Autor nawet wobec granicznych doświadczeń życia obozowego czuł sens życia i sens cierpienia, to znaczy, że zarówno życie, jak i cierpienie MAJĄ sens. Trzeba go tylko znaleźć. Więc jeśli ktoś tego nie czuje, to po prostu znaczy, że jeszcze tego sensu nie odkrył. Irytowały mnie rozważania Frankla o samobójstwie. Życie jest jak gra w szachy, a samobójstwo jest jak zrzucenie figur z szachownicy - bez sensu, bo przecież nie rozwiązuje się w ten sposób żadnych problemów. "Samobójca narusza życiowe reguły gry; nie wymagają one od nas bynajmniej, byśmy za wszelką cenę wygrali, jednak z całą pewnością wymagają od nas, byśmy w żadnym wypadku się nie poddawali."  No cóż... ja nie cierpię gier. Żadnych. Nigdy nie lubiłam. Nawet w dzieciństwie. Nudziły mnie śmiertelnie.


"Testament" to film z 1983 roku. Podobny do "Ostatniego brzegu", też o katastrofie nuklearnej i powolnej, ale nieuniknionej śmierci ludzi. Różnica jest tylko w podejściu do tej śmierci. W "Ostatnim brzegu" ludzie mieli powszechny dostęp i mogli zażyć tabletki, by skrócić sobie cierpienia bolesnego umieraniem na chorobę popromienną. I większość bohaterów z tego rozwiązania korzystała. Rodziny z dziećmi umierały razem, w łóżku, przytulone do siebie. Zabierali ze sobą swoje zwierzęta, by nie pozostawiać ich samym sobie w bólu i cierpieniu, bez opieki. To było mocne. To do mnie przemawia. W "Testamencie" nikt nie decyduje się na samobójstwo, a nawet gdy ktoś planuje i chce to zrobić, to nie jest w stanie i rezygnuje. Ciekawe... Sądzę, że ja wybrałabym tę pierwszą opcję...


Nie martwcie się, że wraca mi depresja, bo mimo tego wszystkiego czuję się dobrze. Sama nie rozumiem, jak to działa... Że czasem życie tak strasznie boli, a czasem, choć przecież wcale nie staje się lżejsze i mimo doświadczanego smutku - nie boli zupełnie. Wprost przeciwnie - w tym swoim ciasnym, czarnym kokonie czuję szczęście i błogość, i jakieś takie ukojenie. Może dlatego, że ten smutek nie jest tak naprawdę mój, tylko związany z fikcją, w której się zanurzam, a na zewnątrz mojego "kokona", mam bliskich, kochanych ludzi i ciepłe, kochane, przymilne zwierzaki więc jeśli już koniecznie do życia potrzeba poczucia sensu, to oni i one są moim sensem:-).



niedziela, 12 listopada 2023

Nie dziergałam, czytałam


Zaczęłam w poniedziałek od „Anne z Zielonych Szczytów”. O nowym tłumaczeniu kultowej powieści słyszałam już dawno i wreszcie dojrzałam, by po nią sięgnąć. I wiecie co? Nie bolało. Wprost przeciwnie, przestawiłam się szybko i naturalnie, z łatwością uwierzywszy tłumaczce, że tak naprawdę Zielone Wzgórze nigdy nie istniało, były zaś Zielone Szczyty - trójkątne, zielone daszki nad oknami na piętrze. Było mi tym łatwiej, że książkę z klasycznym tłumaczeniem czytałam naprawdę bardzo dawno temu i w pamięci lepiej miałam kanadyjski serial z 1985 roku, więc całą tę historię ilustruję sobie obrazami znanymi z telewizora, a tam, dałabym sobie głowę uciąć, dom Cuthbertów miał zielony dach.

Zupełnie inaczej sprawa ma się z „Małą księżniczką”. Mam tę książkę od dzieciństwa i przeczytałam ją bez przesady setki razy. Uwielbiam do niej wracać. Zniszczona jest bardzo: bez okładki z pożółkłymi kartkami, poklejona taśmą… Kiedyś pomyślałam, że może warto kupić nowy egzemplarz. Kupiłam. Jakież było moje zdziwienie i rozczarowanie, gdy zaczęłam czytać. To zupełnie nie była książka, którą znałam. Kilka lat później kolejny nowszy egzemplarz dostała Dominika. I to również nie była „moja” „Mała księżniczka”. Tak dowiedziałam się jaką moc tworzenia mają tłumacze i tłumaczki zagranicznych książek… 

Skoro już w poniedziałek cofnęłam się w czasie lekturą o Anne Shirley, poczułam chęć do kontynuowania tej podróży - we wtorek przeczytałam „moją” „Małą księżniczkę" w tłumaczeniu Wacławy Komarnickiej.

Pisałam ostatnio ile mam lat, więc nie będę się powtarzać, powiem tylko, że wiek nie ma znaczenia, gdy się wraca do swoich najulubieńszych książek z dzieciństwa i wczesnej młodości - wciąż czytam je z tą samą pasją i przyjemnością, jak wówczas. Ale nie bezkrytycznie. Obie książki powstały w czasach, gdy uprzedzenia i stereotypy dotyczące płci i wychowania miały się bardzo dobrze; zupełnie inaczej teraz patrzyłam na cechy głównych bohaterek, które kiedyś tak mi imponowały - dojrzałość, spełnianie oczekiwań dorosłych, wyobraźnia, która była dla nich ucieczką od pełnej przemocy i upokorzeń rzeczywistości…

W środę wzięłam więc trzecią książkę z kolekcji moich najulubieńszych - to „Grom” Koontza - całkiem inny gatunek powieści, ale tak naprawdę dokładnie ta sama, tylko bardziej współczesna, historia o osieroconej dziewczynce, nad wiek dojrzałej, obdarzonej żywą wyobraźnią, kochającej książki, która musi sobie radzić w pełnym przemocy i nieszczęścia świecie. I radzi sobie doskonale, pokonuje przeciwności, trafia na miłość, zostaje znaną pisarką… To sprawia, że Laurę Shane stawiam w jednym rzędzie z Anne Shirley i Sarą Crewe, choć "Grom" (w nowszych wydaniach tytuł brzmi "Anioł Stróż"), to żadna klasyka, ale na pewno jest to pierwszorzędna dorosła powieść sensacyjno-przygodowa z elementami niesamowitości. Zresztą nazwisko autora gwarantuje mocne wrażenia podczas czytania:-).

Z nowości zaś przeczytałam „Znachora”. Jest to nowość dla mnie, nie wydawnicza, rzecz jasna. Impulsem do lektury była nowa adaptacja filmowa - tak inna od tej, na której się wychowałam! Musiałam sprawdzić jak było naprawdę (tak, wiem, że książka to też fikcja;-)).

„Znachor” z 1981 roku to film kultowy i uwielbiam go, nie wiem ile razy oglądałam, ale książka, mimo znanej treści, zrobiła na mnie kolosalne wrażenie. Nie mogłam się oderwać! Przede wszystkim język jest genialny - przestarzały, to wiadome - ale jak prosty i piękny. Może w warstwie romantycznej zbyt przesadny i egzaltowany, ale ile tu takiej pozytywnej ludowej filozofii, wartości humanistycznych ubranych w najprostsze słowa, prawdziwych emocji. To historia o dobru, po prostu. I nie ma tu czarnych charakterów. Ludzie robią złe, nieprzemyślane rzeczy. Czasem z powodu zranionych uczuć, poczucia niesprawiedliwości, z dobrych chęci, z miłości, głupoty, zazdrości… Ale przecież nikt nie jest z gruntu zły. Dlatego ta historia jest taka uniwersalna - bo w każdym z nas jest pragnienie dobra. Tego, żeby świat był dobry i ludzie na nim, żeby miłość - ta prawdziwa, która cierpliwa jest, łaskawa, nie szuka swego… itd. - zwyciężyła ponad wszelkimi podziałami i przeszkodami.

A dziś skończyłam "Profesora Wilczura". Mniejsze wrażenie na mnie zrobił ten tom w porównaniu z pierwszą częścią i bywały fragmenty irytujące w swej staroświeckiej obyczajowości i posągowym idealizmie, nie mniej jednak dobrze się czytało i lektura wciągnęła mnie.

Tak, bardzo dobrze mi się czytało w tym tygodniu:-)

czwartek, 28 stycznia 2021

To jest wojna!

A więc mamy to - prawnie obowiązujący zakaz aborcji. Kobiety w ciąży przestały być w Polsce podmiotem praw obywatelskich. Stały się przedmiotem - inkubatorem, albo trumną, na dziecko poczęte. "Ciężkie schorzenia płodu nie naruszają dobrostanu kobiety". No bo czy można naruszyć dobrostan wylęgarki??? Śmieszne! To jak "zgwałcić prostytutkę" - niemożliwe, he, he, he.

Episkopat polski właśnie rozpoczął nowy etap ewangelizacji - ewangelizację prawem. Co dalej? Zakaz antykoncepcji? Zakaz rozwodów? Kamienowanie za cudzołóstwo? Niemożliwe? No to czytajcie:

"Czujesz się zagubiona, zagubiony w tym, co się dzieje z naszą rzeczywistością? Zaskakuje cię to, jak bardzo się upodabnia do świata „podręcznych” z powieści Margaret Atwood? Masz rację, od kilku lat dzieje się coś bez precedensu. Czytasz wiadomości z Polski, Argentyny, ze Stanów Zjednoczonych czy Włoch i widzisz te same średniowieczne pomysły, krążące niebezpiecznie szybko po całym globie. Ktoś chce ci odebrać prawo do decydowania o intymności, o twoim ciele, o tym, jak kochać i kogo, i w ogóle jak żyć.

Ta książka opowiada o źródłach tego ciemnego, fundamentalistycznego nurtu, śledzi, kto za nim stoi. Klementyna Suchanow, autorka m.in. głośnej biografii Witolda Gombrowicza, dowodzi, że tu nic nie dzieje się przypadkiem, a kobiece ciała stały się dziś przedmiotem wielkiej politycznej rozgrywki o losy świata. Równolegle „To jest wojna” opowiada historię międzynarodowego buntu kobiet. To pisany na gorąco dziennik protestów, najnowsza historia feminizmu, który narodził się na nowo w Czarny Poniedziałek 3 października 2016, kiedy Polki, przerażone pomysłem karania za aborcję, wyszły na deszczowe ulice, by walczyć o swoje prawa. A potem szybko okazało się, że muszą tak naprawdę walczyć o wszystko."

Skończyłam czytać akurat kilka dni temu. Jestem porażona skalą tej średniowiecznej rewolucji. Zanim zdążyły opaść emocje z lektury... BUCH! - trybunał uzasadnił, a rząd opublikował wyrok na kobiety. Chce mi się krzyczeć. Mogłabym to zrobić na rzeszowskim proteście, który ma się zacząć lada chwila. Ale nie pojadę. Zwyczajnie się boję. Kto będzie jeździł z moją Mamą po lekarzach jak mi się coś stanie. Kto będzie ze mną jeździł??? No więc krzyczę w Internecie, na grupach na FB, na blogu... Jestem odurzona emocjami, wściekłością, lękiem, odrazą wobec tych wszystkich fanatyków religijnych, lub pospolitych oportunistów, albo tylko "pożytecznych idiotów", którzy być może naprawdę wierzą, że bronią "wartości chrześcijańskich", a w rzeczywistości działają na szkodę własnego kraju i wszystkich jego obywateli. I są z tego dumni! I sama nie wiem, co gorsze - czy że robią to nieświadomie, ale jednak w dobrej wierze, czy cynicznie i z wyrachowania dla osiągnięcia swoich doraźnych politycznych celów. Jedne i drugie motywy prowadzą bowiem do takiej samej katastrofy.

W książce Suchanow przytacza słowa Chorwackiej aktywistki: "Ci ludzie rozwalają społeczeństwo. Próbując wprowadzić ideologię porządku naturalnego, który dany został rzekomo przez Boga, niszczą poczucie wspólnoty. To jest bardzo niebezpieczne. Nie pozostawiają miejsca na żadne negocjacje. To jest totalitarny koncept społeczeństwa. Demonizują kolejne grupy społeczne, uchodźców, homoseksualistów, feministki, dziennikarzy, transseksualistów. Nie wiesz, kto będzie następny. Dlatego musimy stawiać opór, musimy walczyć, musimy rozmontowywać ich kłamstwa. Wojna dzisiaj, to wojna informacyjna, nie będzie w niej bomb." 

I dalej: "Gdy pracujesz na rzecz pokoju, musisz znaleźć jakiś wspólny punkt, który łączy ludzi po obydwu stronach frontu. Ale ja zdehumanizowałam fundamentalistów. Nie mam ochoty widzieć w nich ludzi. Widzę już tylko wroga, nie człowieka. Również dlatego mówię, że to jest wojna. (..) To jest dla mnie bardzo trudne, ale nie potrafię ich szanować. (...) Wojna to stan umysłu. Czujesz, że musisz kogoś unicestwić, albo musisz się bronić".

I dokładnie to dziś czuję.