Życie?
Rozprężę szeroko ramiona,
Nabiorę w płuca porannego wiewu,
W ziemię się skłonię błękitnemu niebu
I krzyknę, radośnie krzyknę:
- Jakie to szczęście, że krew jest czerwona!
Julian Tuwim
Niedziela, 70 km, słonecznie, ciepło, nie upalnie...
Warto było rano wstać:-)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wakacyjnie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 sierpnia 2018
poniedziałek, 30 lipca 2018
Rowerowy weekend
Kończy się lipiec, już czuję na plecach przygnębiający oddech zbliżającej się pory zimna i ogarnia mnie panika, że jesień dogoni mnie zanim zdążę naładować się latem do pełna, nasycić ciepłem po rąbek i napchać słońcem po dziurki w nosie. Im mniej lata zostało, tym bardziej mam poczucie, że go marnuję, że mi przecieka przez palce i ucieka na bezsensownych zajęciach, że minie, a ja zostanę z poczuciem straty.
Dlatego ten weekend miał być inny.
Znaczy, weekend zawsze jest inny w porównaniu z pracującymi dniami tygodnia. Ta inność polega zwykle na tym, że nie trzeba się zrywać na budzik o świcie, można pospać dłużej, czasem dużo dłużej, bo nie ma obowiązku, można robić cokolwiek, a nawet NIC nie robić... I to też jest fajne. Głównie w trakcie, gdy się dzieje. A potem przychodzi poczucie zmarnowanego czasu i właśnie niewykorzystania możliwości, jakie daje pogoda. Takie na przykład letnie poranki. To zwykle najpiękniejsze chwile z całego dnia. Powietrze jest spokojne po nocy, rześkie, na ulicach cisza, śpiewają ptaki, a słońce odbija się w rosie i malowniczo podświetla wszystkie misternie wyplecione pajęczyny na łąkach:-). Cudo!
Postanowiliśmy więcej nie marnować weekendowych poranków. Wstaliśmy rano, jak do pracy, tylko zamiast do pracy wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy...
W sobotę zrobiliśmy 48 km i zajęło nam to 3 godziny. Pod koniec odczuwałam już presję czasu - chciałam wrócić do domu na 10, bo miałam jeszcze sprzątnie, a po południu spotkanie dziewiarek w Rzeszowie. Sobota była bardzo krótka, ale bogata jak mało która. Na pewno nie zmarnowana:-).
W niedzielę planowaliśmy całodzienny wypad do Baranowa Sandomierskiego, ale pogoda pokrzyżowała nam plany - prognozy były bardzo niepokojąco burzowe, więc znów zrobiliśmy sobie tylko rowerowy poranek - 51,5 km, 3,5 godziny. Mogliśmy zrobić więcej, bo tym razem czas nas nie gonił i nie byliśmy zmęczeni, ale po godzinie 9 zaczęło się już robić gorąco, a po 10 słońce już tak paliło, że jazda była niemożliwa i wróciliśmy do domu. Teraz tak sobie myślę, że zamiast o 7 powinniśmy wyjeżdżać o 6 rano:-).
McDonald jest wszędzie... Piękne mamy tereny do jazdy rowerem, ale wrażenia estetyczne psują pobocza usłane śmieciami... Dlaczego ludzie wzdłuż ulic wyrzucają swoje śmieci??? Nie mogę tego zrozumieć.
środa, 14 sierpnia 2013
I ♥ Wrocław (7 faktów)
Ubiegłoweekendowy pobyt we Wrocławiu upłynął w miłej, rodzinnej atmosferze i, jak zwykle, dostarczył mnóstwo pozytywnych wrażeń. Stał się też pretekstem do przedstawienia siedmiu faktów związanych z
moją osobą, w ramach zabawy Versatile Blogger, do której zaprosiła mnie Lena - bardzo dziękuję!
To moja druga runda (pierwsza była tutaj) więc pozwolę sobie zagrać po swojemu. Bez zasad i bez nominacji. Tylko fakty. Ale za to tematyczne - wrocławskie:)
To moja druga runda (pierwsza była tutaj) więc pozwolę sobie zagrać po swojemu. Bez zasad i bez nominacji. Tylko fakty. Ale za to tematyczne - wrocławskie:)
1. Kocham Wrocław.
Jest to jedyne duże miasto, o którym mogę tak powiedzieć. Darzę je ogromnym sentymentem i bezkrytycznie podziwiam. Nie potrafię narzekać nawet na brukowane chodniki i deptaki, które zmuszają do ciągłego patrzenia pod nogi, skutecznie odwracając uwagę od architektonicznych atrakcji. Kocham Wrocław za wiele rzeczy - za malowniczy Rynek, Ostrów Tumski, ogrody, parki i niebieskie tramwaje... Ale chyba szczególnie za to, że urodził się tu i wychował mój tato oraz za niezwykłe doświadczenia, które stały się moim udziałem za sprawą zupełnie nietypowej babci.
2. Babcia Nie z Tej Ziemi.
Moja wrocławska babcia może nie była tą ulubioną, ale na pewno była wyjątkowa. Nawet z wyglądu. Przypominała wiedźmy z bajek. Odkąd pamiętam zawsze była stara i miała długie siwe włosy. Wierzyła w czary i moc natury. Kąpała mnie w mleku, a włosy płukała w piwie - pod jej opieką naprawdę mogłam poczuć się jak księżniczka:) Miała zwyczaj spacerowania latem boso po porannej rosie (dla zdrowia rzecz jasna), a wszystko, co pochodziło z jej ukochanego ogródka, miało lecznicze bądź upiększające właściwości. Nawet banalna marchewka, czy szpinak. Może i rzeczywiście miało, bo babcia w zdrowiu przeżyła 94 lata, choć przed demencją jednak nie udało jej się uchronić... Odziedziczyłam po niej wyraziste brwi, worki pod oczami oraz skórę - cienką i suchą jak pergamin, w której pomarszczę się jak rodzynka, o ile, jak się spodziewam, odziedziczę również babciną długowieczność;) Mam tylko nadzieję, że demencja mnie ominie.
Moja wrocławska babcia może nie była tą ulubioną, ale na pewno była wyjątkowa. Nawet z wyglądu. Przypominała wiedźmy z bajek. Odkąd pamiętam zawsze była stara i miała długie siwe włosy. Wierzyła w czary i moc natury. Kąpała mnie w mleku, a włosy płukała w piwie - pod jej opieką naprawdę mogłam poczuć się jak księżniczka:) Miała zwyczaj spacerowania latem boso po porannej rosie (dla zdrowia rzecz jasna), a wszystko, co pochodziło z jej ukochanego ogródka, miało lecznicze bądź upiększające właściwości. Nawet banalna marchewka, czy szpinak. Może i rzeczywiście miało, bo babcia w zdrowiu przeżyła 94 lata, choć przed demencją jednak nie udało jej się uchronić... Odziedziczyłam po niej wyraziste brwi, worki pod oczami oraz skórę - cienką i suchą jak pergamin, w której pomarszczę się jak rodzynka, o ile, jak się spodziewam, odziedziczę również babciną długowieczność;) Mam tylko nadzieję, że demencja mnie ominie.
3. Pierwsze własne pieniądze.
Swoje pierwsze, prawdziwe, pieniądze zarobiłam sprzedając kwiaty z babcinego ogrodu. Miałam wówczas kilka lat i nawet nie pamiętam dokładnie, czy umiałam już liczyć, ale babcia i tak zostawiła mnie samą z bukietami przy ulicznym kramiku. Pamiętam, że trochę się bałam, ale głównie byłam bardzo podekscytowana. W niedługim czasie sprzedałam wszystkie kwiaty i z pieniędzmi w ręku pobiegłam do mieszkania. A babcia powiedziała mi, że mogę je sobie zatrzymać, bo zarobiłam. Chyba nigdy w życiu nie byłam z siebie bardziej dumna, jak wtedy.
Swoje pierwsze, prawdziwe, pieniądze zarobiłam sprzedając kwiaty z babcinego ogrodu. Miałam wówczas kilka lat i nawet nie pamiętam dokładnie, czy umiałam już liczyć, ale babcia i tak zostawiła mnie samą z bukietami przy ulicznym kramiku. Pamiętam, że trochę się bałam, ale głównie byłam bardzo podekscytowana. W niedługim czasie sprzedałam wszystkie kwiaty i z pieniędzmi w ręku pobiegłam do mieszkania. A babcia powiedziała mi, że mogę je sobie zatrzymać, bo zarobiłam. Chyba nigdy w życiu nie byłam z siebie bardziej dumna, jak wtedy.
4. Ogród Botaniczny.
Choć na roślinach się nie znam, to uwielbiam je oglądać, dlatego wizyta w Ogrodzie Botanicznym jest obowiązkowym punktem każdego mojego pobytu we Wrocławiu. Mają naprawdę imponującą kolekcję. Najbardziej Ogród Botaniczny podoba mi się w maju, ale i tym razem było na co popatrzeć. Moją uwagę przykuły szczególnie sukulenty (w osobnych pawilonach afrykańskie i meksykańskie, moim zdaniem meksykańskie ładniejsze) oraz kwiaty-suszki, które doskonale pamiętam z babcinego ogródka - Aster chiński i Miechunka rozdęta - koniecznie muszę posiać u siebie, są idealne do suchych bukietów.
Choć na roślinach się nie znam, to uwielbiam je oglądać, dlatego wizyta w Ogrodzie Botanicznym jest obowiązkowym punktem każdego mojego pobytu we Wrocławiu. Mają naprawdę imponującą kolekcję. Najbardziej Ogród Botaniczny podoba mi się w maju, ale i tym razem było na co popatrzeć. Moją uwagę przykuły szczególnie sukulenty (w osobnych pawilonach afrykańskie i meksykańskie, moim zdaniem meksykańskie ładniejsze) oraz kwiaty-suszki, które doskonale pamiętam z babcinego ogródka - Aster chiński i Miechunka rozdęta - koniecznie muszę posiać u siebie, są idealne do suchych bukietów.
5. Panorama Racławicka.
Jestem wielką fanką rodziny Kossaków więc Panoramę Racławicką od dawna już chciałam obejrzeć, szczególnie po przeczytaniu, w ubiegłym roku, Wspomnień Wojciecha Kossaka, gdzie autor szczegółowo opisuje kulisy powstawania malowidła. Spodziewałam się wielkich wrażeń, ale rzeczywistość jeszcze przerosła moje oczekiwania - prawdziwy dziewiętnastowieczny spektakl 3D! Żałowałam tylko jednego - że nie można podejść bliżej płótna i naocznie przekonać się, że to naprawdę ręcznie malowany obraz!
Jestem wielką fanką rodziny Kossaków więc Panoramę Racławicką od dawna już chciałam obejrzeć, szczególnie po przeczytaniu, w ubiegłym roku, Wspomnień Wojciecha Kossaka, gdzie autor szczegółowo opisuje kulisy powstawania malowidła. Spodziewałam się wielkich wrażeń, ale rzeczywistość jeszcze przerosła moje oczekiwania - prawdziwy dziewiętnastowieczny spektakl 3D! Żałowałam tylko jednego - że nie można podejść bliżej płótna i naocznie przekonać się, że to naprawdę ręcznie malowany obraz!
6. Most Tumski.
Kiedyś znałam to miejsce, jako most pająków. To był zarazem straszny (dla mnie, bo pająków się boję) i piękny widok. Szczególnie wieczorem, gdy pajęcze sieci były wyeksponowane specjalnym oświetleniem. Dziś Most Tumski kojarzy się bardziej z kłódkami, które zakochani zapinają na znak swojej wiecznej miłości. Nawet Małgorzata Musierowicz wspomniała o tym zwyczaju w swojej ostatniej powieści. Jakoś nie jestem przekonana do takiego manifestowania swoich uczuć... Wolałam Most Tumski w grubych, pajęczych sieciach. Kłódki, to dla niego wątpliwa, moim zdaniem, ozdoba.
Kiedyś znałam to miejsce, jako most pająków. To był zarazem straszny (dla mnie, bo pająków się boję) i piękny widok. Szczególnie wieczorem, gdy pajęcze sieci były wyeksponowane specjalnym oświetleniem. Dziś Most Tumski kojarzy się bardziej z kłódkami, które zakochani zapinają na znak swojej wiecznej miłości. Nawet Małgorzata Musierowicz wspomniała o tym zwyczaju w swojej ostatniej powieści. Jakoś nie jestem przekonana do takiego manifestowania swoich uczuć... Wolałam Most Tumski w grubych, pajęczych sieciach. Kłódki, to dla niego wątpliwa, moim zdaniem, ozdoba.
7. Za daleko mieszkam miły...
Mój miły Wrocław ma tylko jedną wadę - jest za daleko od mojego miejsca zamieszkania. Dzielące nas kilometry (ponad 400) skutecznie zniechęcają mnie do częstszych odwiedzin. Dawno temu, gdy dostałam prawo jazdy, uwielbiałam jeździć i robiłam wszystko, byle tylko móc usiąść za kółkiem. Teraz robię dokładnie na odwrót - wszystko, byle tylko nie musieć kierować samochodem. Po prostu nie chce mi się. Kierowanie autem jest jednocześnie nudne i wyczerpujące. Gorzej niż sprzątanie, którego również nie cierpię. Ale podczas sprzątania zawsze mogę coś obejść, skrócić, coś zostawić na potem, na coś przymknąć oko... Drogę muszę przejechać od początku do końca. Nic się nie da oszukać, ominąć albo zrzucić na kogoś innego.
O, i już:) I nawet rzeczywiście wyszło siedem, choć się specjalnie nie starałam:) Znaczy siedem punktów wyszło, bo samych faktów to przy okazji ujawniłam znacznie więcej;)
Mój miły Wrocław ma tylko jedną wadę - jest za daleko od mojego miejsca zamieszkania. Dzielące nas kilometry (ponad 400) skutecznie zniechęcają mnie do częstszych odwiedzin. Dawno temu, gdy dostałam prawo jazdy, uwielbiałam jeździć i robiłam wszystko, byle tylko móc usiąść za kółkiem. Teraz robię dokładnie na odwrót - wszystko, byle tylko nie musieć kierować samochodem. Po prostu nie chce mi się. Kierowanie autem jest jednocześnie nudne i wyczerpujące. Gorzej niż sprzątanie, którego również nie cierpię. Ale podczas sprzątania zawsze mogę coś obejść, skrócić, coś zostawić na potem, na coś przymknąć oko... Drogę muszę przejechać od początku do końca. Nic się nie da oszukać, ominąć albo zrzucić na kogoś innego.
O, i już:) I nawet rzeczywiście wyszło siedem, choć się specjalnie nie starałam:) Znaczy siedem punktów wyszło, bo samych faktów to przy okazji ujawniłam znacznie więcej;)
poniedziałek, 18 lipca 2011
Było... minęło...
Wczoraj późnym wieczorem, odwiózłszy po drodze bratanków do ich mamy
(gdzie miałam okazję osobiście poznać maleńkiego Tymianka), wróciliśmy
do domu. Zazwyczaj lubię powroty, ale tym razem jest mi bardzo smutno.
Nie pocieszyła mnie nawet uśmiechnięta mordka i szaleńczo-radośnie
merdający ogon naszej Brendy.
Skończyło się wszystko na co tak bardzo czekałam przez cały ten
rok... Przyjazd chłopców, urlop nad morzem, spacery, rozmowy, psoty i
pieszczoty... Tak szybko to wszystko minęło... Już nawet nie jestem zła
na dziadka o tę przygodę, którą nam zafundował. Przecież przygody to
jego specjalność! Tak rzadko się teraz widujemy, że prawie o tym
zapomniałam. Mój tato. Zwariowany, spontaniczny, uparty i
nieodpowiedzialny. Nasza historia rodzinna znów za jego przyczyną
wzbogaci się o kolejną opowieść. Znów będzie co wspominać i z czego się
pośmiać...
Ech,... było... minęło...
Strasznie tęsknię za chłopcami...
Na pociechę zostały mi tylko fotografie:
Oskarek poprosił mnie, bym mu zrobiła album z tych wakacji. Zrobię z
wielką chęcią. Już teraz z przyjemnością patrzę na ich zdjęcia, na ich
roześmiane buzie. Są naprawdę niezwykle wdzięcznymi obiektami do
fotografowania. Zrobiłam im mnóstwo zdjęć. Więcej niż swojej córce. Ale
to nic, bo ona ma swojego osobistego fotografa-wielbiciela, z którym ja w
żaden sposób nie mogę konkurować:). Pewnie i tak ma najwięcej zdjęć z
nas wszystkich:)
Komentarze
2011/07/19 09:21:56
No tak stres pourlopowy to się nazywa
i trudno cholerę przegonić. Najlepiej przepędza ją tzw. codzienność i
krzątanina, ale warto wracając z urlopu uprzyjemniać sobie dzień
drobiazgami: dobra kawa, dobra książka zresztą sama wiesz, co lubisz
najbardziej. Jeszcze trochę lata zostało, więc w weekendy można
wyskoczyć na łono natury.
Ja marzę o zostaniu rentierem, ale nawet w totka nie gram, więc szanse są nikłe.
Ja marzę o zostaniu rentierem, ale nawet w totka nie gram, więc szanse są nikłe.
2011/07/19 13:00:44
No tak, Grażyno, nie jest dobrze, a
będzie jeszcze gorzej: w następnym tygodniu dojdzie mi stres związany z
powrotem do pracy. A ja tymczasem, zamiast wykorzystywać wolne dni na
coś konkretnego, to już drugi dzień siedzę nad zdjęciami znad morza...
Usprawiedliwiam się, że selekcja oraz przeróbki i tak były konieczne...
2011/07/19 13:22:20
Ren-ya, przecież "siedzenie nad zdjęciami" to jest właśnie coś bardzo konkretnego!
Robisz coś, co sprawia Ci przyjemność, a w końcu po to jest urlop:)
Pozdrowienia ślę:)
Robisz coś, co sprawia Ci przyjemność, a w końcu po to jest urlop:)
Pozdrowienia ślę:)
2011/07/19 17:16:07
Co dobre, kończy się za szybko. Chociaż zdjęcia i album z wakacji to dobry sposób na wspominanie.
2011/07/19 22:12:45
Faktycznie, obrabianie zdjęć jest
bardzo konkretne, tylko tak jakoś mało spektakularne;) i obawiam się, że
jakbym powiedziała znajomym, że nad selekcją i obróbką zrobionych zdjęć
spędziłam ponad 8 godzin, to zwyczajnie popukaliby się w czoło:).
A ja rzeczywiście uwielbiam pracę nad zdjęciami. Nie tylko dlatego, że przywołują miłe wspomnienia, ale też dlatego, że w ogóle pomagają pamiętać. Bo ja mam kiepską pamięć:).
A ja rzeczywiście uwielbiam pracę nad zdjęciami. Nie tylko dlatego, że przywołują miłe wspomnienia, ale też dlatego, że w ogóle pomagają pamiętać. Bo ja mam kiepską pamięć:).
Gość: Daria, host-89-229-7-34.torun.mm.pl
2011/07/20 09:37:47
Wszystko co dobre się szybko
kończy... Przed nami nowe, może lepsze, może gorsze ,ale na pewno
nieznane. Kto wie co przyniesie jutro? A za rok znów bedą wakacje i
słońce i kto wie może na zdjęciach utrwalisz całą moją świętą trójcę :-)
... Buziaki dla Was od nas
PS. Czy zdjęcia z wakacji Wieśka zostały pominięte celowo? ;-)
PS. Czy zdjęcia z wakacji Wieśka zostały pominięte celowo? ;-)
2011/07/20 10:18:34
Jo:), bo on nie chce, by jego
prywatne zdjęcia były upubliczniane. Nie wiem tak do końca, czy to
skutek ostrożności, czy nieśmiałości:)
Gość: Daria, host-89-229-7-34.torun.mm.pl
2011/07/20 14:58:46
:-)
piątek, 4 marca 2011
Rękodzielnicze wspomnienia
Kilka lat temu mieliśmy z mężem problem, żeby zgrać ze sobą nasze
plany urlopowe. Mój mąż dostawał urlop akurat wtedy, kiedy ja w żaden
sposób nie mogłam go wziąć. Najpierw się złościłam, a potem, nawet dość
szybko, znalazłam dobre strony tej sytuacji - otóż swój urlop mogłam
wykorzystać całkowicie po swojemu. Pobuszowałam trochę w internecie i
znalazłam całkiem sporą ilość wartych rozważenia ofert. Wśród nich były
"Wakacje ze sztuką" organizowane przez Akademię "Łucznica".
Nie namyślając się wiele, wykupiłam tygodniowy turnus. Do wyboru było
kilka rodzajów zajęć. Ja zdecydowałam się na dwa dni wikliniarstwa, dwa
dni ceramiki i dwa dni batiku. A w międzyczasie "zaliczyłam" jeszcze
zajęcia z papieru czerpanego.
Wiklinowe plecionki bardzo mi się podobały, ale okazały się bardziej
wymagające niż myślałam. Przede wszystkim jest to praca w wilgoci.
Wiklina podczas wyplatania musi być mokra, gdyż tylko wtedy jest
elastyczna, w przeciwnym wypadku się łamie. Podczas niektórych splotów
trzeba też było użyć sporej siły, tak samo zresztą jak podczas odcinania
końcówek. Zdecydowanie stwierdziłam, że wolę pozostać przy papierowej
wiklinie. Tym niemniej jednak, udało mi się wypleść jeden koszyczek i
kilka innych drobiazgów:
Na zdjęciu prócz wikliny są butelki oklejone sizalowym sznurkiem,
obrazek z papieru czerpanego i filcowy kwiatek z całkiem innego kursu.
Zajęcia z ceramiki również były bardzo ciekawe, ale strasznie
brudzące:). No i też cały czas z mokrymi rękami. A uczucie, kiedy glina
wysychała na dłoniach było bardzo niemiłe. Pierwszym zadaniem było
wykonanie wazonu z toczonych wałeczków, a potem to już co kto chciał.
Ludzie lepili niesamowite rzeczy:
Ja zrobiłam takie cosik:
Ale najbardziej spodobał mi się batik. Batik to takie malowanie jakby
na opak. Na tkaninie bawełnianej (takiej jak na zwykłe prześcieradła)
maluje się ołówkiem motyw. Później za pomocą pędzla pokrywa się woskiem
te fragmenty, których nie chce się zabarwić, a następnie wkłada się
tkaninę do kąpieli z odpowiednim barwnikiem. Po wysuszeniu pokrywa się
kolejne fragmenty woskiem i ponownie barwi w ciemniejszym kolorze. I tak
aż do uzyskania ostatecznego efektu. Na koniec układa się suchą tkaninę
pomiędzy warstwami gazet i prasuje żelazkiem w wysokiej temperaturze,
dzięki czemu wosk równomiernie pokrywa cały obrazek konserwując go i
zabezpieczając jednocześnie.
Nasze suszące się obrazki w różnych fazach barwienia:
Dzięki tej technice można tworzyć niesamowite dzieła. Jest bardzo
prosta, a daje wspaniałe efekty. Naprawdę byłam pod ogromnym wrażeniem.
Nie chciało mi się wychodzić z pracowni nawet na posiłek. W tej technice
jednocześnie odczułam najsilniej swoje braki w zdolnościach
plastycznych. Zrobiłam trzy proste (żeby nie powiedzieć prostackie)
obrazki:
A oto kilka prawdziwych dzieł sztuki autorstwa innych uczestników warsztatów:
I to już tyle rękodzielniczych wspomnień na dziś.
Z ciekawości zajrzałam na bieżący harmonogram kursów organizowanych
przez Akademię "Łucznica". W ubiegłym tygodniu był weekendowy warsztat
filcowania. Ech, szkoda, że nie zajrzałam tam wcześniej.
Komentarze
2011/03/05 11:48:21
Świetny sposób na spędzanie wolnego czasu. I efekty wspaniałe. Bardzo mi się podoba batikowa gruszka :)
Chyba zacznę się rozglądać za takimi warsztatami u siebie.
Chyba zacznę się rozglądać za takimi warsztatami u siebie.
2011/03/06 08:35:27
W Łucznicy byłam tylko raz, ale w
tego typu warsztatach brałam udział jeszcze dwa razy i zawsze byłam
bardzo zadowolona. Także bardzo polecam, naprawdę super sprawa:)
2011/03/08 20:23:59
Myślę, że dla mnie byłby to jeden z
najfajniej spędzonych urlopów :) Absolutnie nie narzekam na życie
rodzinne, jednak po kilkunastu latach sześć dni tylko dla siebie i
własnych pasji wydaje mi się ogromnie pociągające. Ciekawie i
inspirująco spędziłaś ten czas, to był naprawdę świetny pomysł :)
2011/03/12 19:53:47
Absolutnie nie uważam żeby Twoje
prace były prostackie. Mają bardzo specyficzny powiedziałabym
nieprecyzyjny styl. Spokojnie możesz je eksponować i zobaczysz, że będą
budziły zainteresowanie. Miałaś nietypowy urlop a takie najdłużej się
pamięta.
Pozdrawiam
Grażyna
Pozdrawiam
Grażyna
Subskrybuj:
Posty (Atom)



















































