Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anomalie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą anomalie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 22 stycznia 2013

A jednak nie da się lubić!

Starałam się przekonać. Przetłumaczyć sobie jak dziecku. Na próżno. Nie da się jej lubić! Cóż z tego, że śliczna? Cóż z tego, że fotogeniczna? Nie da się z nią żyć...


Od dwóch dni mamy lodowy deszcz. Do tej pory zjawisko to znałam tylko z telewizji, z programów popularnonaukowych. Po raz pierwszy w życiu doświadczam na własnej skórze...


Lodowy deszcz jest koszmarny. Oblepia wszystko, na co spadnie. Chodniki i ulice zamienia w lodowiska. Nie skutkuje sól i piasek, bo po chwili jest już nowa warstwa lodu. Lód skleja bramy i furtki, a samochody zmienia w kapsuły, do których nie sposób się dostać.


Gdy jakimś sposobem uda się wreszcie przerwać warstwę lodu, uchylić samochodowe drzwi i wedrzeć się do środka, by odpalić silnik, najgorsze wciąż mamy przed sobą - zeskrobywanie centymetrowej warstwy lodu z szyb...


Długie sople zwisają zewsząd. Z drzew, okien, dachów, znaków drogowych i linii energetycznych. Te ostatnie wyglądają naprawdę przerażająco - ciężkie i grube. Budzą grozę, że mogą się zerwać w każdej chwili i w środku zimy pozbawić nas prądu, a w konsekwencji ogrzewania...


Zastanawiam się ile może ważyć warstwa śniegu i lodu na moich dachu. Mam nadzieję, że dach to wytrzyma...


Więc cóż z tego, że jest tak pięknie...

sobota, 15 września 2012

Roślinne filozofie

Ubiegłej jesieni zadziwił mnie kwitnący w październiku bez. W tym roku stała się rzecz jeszcze bardziej wyjątkowa. 

Zakwitła czereśnia!

No nie tak spektakularnie, jak robi to wiosną, tym niemniej jednak, na gołych, umęczonych gałązkach, całkiem wyraźnie dostrzec można biało-różowe kwiatuszki. Jakby na przekór porządkowi świata, na przekór inwazji mszyc, które w tym roku zaatakowały z taką siłą, że zeżarły niemal wszystkie liście, a później nie pozwoliły dojrzeć owocom, drzewo daje znać, że żyje. Nieśmiałymi, wątłymi i rachitycznymi, jesiennymi kwiatkami pokazuje, że się nie poddaje, że walczy o przetrwanie w tym nieprzyjaznym świecie...


Wiem, wiem, personalizuję... Ale jak tu się oprzeć takim skojarzeniom? Wola przetrwania u istot żywych zawsze mnie fascynowała. Niesamowite zjawisko. Budzi podziw i szacunek. I wzrusza ogromnie. Szczególnie, gdy dotyczy roślin, które przecież zupełnie bezrozumnie wykształciły w sobie mechanizmy służące przetrwaniu. Niektóre (np. te pustynne) mają kolce, by zwierzęta nie mogły dostać się do wody w ich łodygach. Inne potrafią wspinać się po drzewach, by dostać się bliżej światła. Są takie, które rosną w koronach wysokich drzew, a ich korzenie są tak zbudowane, że pochłaniają wilgoć z otoczenia. Potrafią przetrwać w najgorszych nawet warunkach atmosferycznych - w syberyjskich mrozach i w ukropie amerykańskiej Doliny Śmierci... I wystarczy tylko parę dni sprzyjających warunków, by zakwitły, wydały na świat owoce i nasionka... Zdają się być martwe, a w jednej chwili potrafią ożyć...

Jak mój ubiegłoroczny wrzos, na przykład. Przetrwał całą jesień i zimę na parapecie w skrzynkach, a większość tego czasu w stanie, wydawałoby się, całkowicie zasuszonym. Na wiosnę, zgodnie ze wskazówkami pani z kwiaciarni, nie spodziewając się jednak niczego, wysadziłam go do ogrodu. Całe cztery, suche sadzonki... Nie wiedzieć czemu, strasznie spasowały nornicom - cholery ryły w ich okolicy bez opamiętania. Dwie sadzonki uschły razem z korzeniem, ale dwie pozostałe, które dawały jeszcze słabiutkie oznaki życia, włożyła mama do donicy, gdzie, na powietrzu i w otoczeniu innych kwiatów, spędziły całe, gorące lato. I nagle patrzę, a te suche łodyżki zaczynają się zielenić! Niedługo później pojawiły się też różowe kwiatuszki. Wrzos ożył! Zgodnie ze swoim odwiecznym cyklem - we wrześniu:)


Albo moja sanseweria? Dawno temu, gdy mieszkaliśmy jeszcze kątem u mojej mamy, uznałam, że jest tak mało efektowna, że skazałam ją na wygnanie, do najmniej przyjaznej kwiatom, części mieszkania. Stała sobie w ciemnym przedpokoju, na wysokiej półce, prawie niewidoczna, zapomniana, z rzadka jedynie podlewana wodą...  Spodziewałam się, że zginie (bo jaka roślina przetrwałaby w takich warunkach?), ale nie było mi jej szkoda, bo przecież i tak mi się nie podobała...

Po ponad roku stwierdziłam jednak, że pomimo tego wszystkiego, saseweria radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Ujęła mnie ta jej wytrzymałość i cierpliwość. Roślina wróciła na pokoje, a później przeniosła się z nami do nowego domu. Dostała nową doniczkę i ziemię... I nagle zaczęła się rozmnażać. Lawinowo puszczała z ziemi nowe pędy, z których rosły piękne, smukłe i twarde, zielone liście. I gdy już myślałam, że piękniejsza być nie może, moja saseweria zakwitła. Nawet nie miałam pojęcia, że ta roślina w ogóle kwitnie! Kwiaty wyrosły z każdego pędu - drobne, białe, o tak urzekającym zapachu, że nie mogłam przestać się zachwycać. 

To jest dopiero radość życia! Skazana na nieistnienie przez zapomnienie, pozostawiona samotnie w szarym kącie, przetrwała, a gdy tylko pojawiły się korzystniejsze warunki - rozrosła się i rozkwitła! Jakby chciała powiedzieć, że nie ważne co było, dziś jest nowy, piękny dzień; korzystajmy z tego i cieszmy się życiem! Dajmy światu to, co mamy najlepszego!

Moja sanseweria dzisiaj, wprawdzie bez kwiatów, ale i tak wyraźnie widać, że silna, dumna i piękna:)

No i jak tu nie kochać i nie szanować roślin, kiedy one nie tylko piękne, ale jeszcze takie mądre...

środa, 5 października 2011

Bez jesienny?

Niepowszedni widok przez okno objawił się wczoraj moim oczom. W miejscu, w którym do tej pory występowały jedynie zielenie i brązy, niespodziewanie mignęło mi coś kolorowego. Zaskoczona zatrzymałam się, przyjrzałam lepiej... W pierwszej chwili nie uwierzyłam, że to, co widzę jest tym, na co wygląda, zeszłam więc na podwórko, by tę osobliwość obejrzeć z bliska... I...?

Z bliska nie było już żadnych wątpliwości: bez zakwitł!

Jako pogodowa kronikarka po prostu musiałam sfotografować i zapisać to niecodzienne zjawisko:)


No i jak tu nie wierzyć, że wszytko się może zdarzyć?


Komentarze
 
2011/10/05 20:08:09
rzeczywiście ciekawe zjawisko. zapewne bez "pomyślał", że może takie ciepło, to już wiosna.
 
2011/10/05 20:14:18
Biedny, naiwny bez... Szkoda mi go, bo już od piątku jesień ma ukazać swoją brzydką, zimną i deszczową stronę. Zmarznie, nieboraczek:(
 
2011/10/05 21:56:08
Mi też się zrobiło szkoda drzewka :( Pewnie nie on jedyny dał się nabrać...
 
2011/10/08 17:07:19
No niestety przyroda ma rozdwojenie jaźni. Byłam służbowo na zachodzie polski a tam kwitnące maki. Szkoda roślin, bo cały ten wysiłek na marne pójdzie.
 
2011/10/08 18:58:29
To chyba coś w stylu, jakbyś znalazła czterolistną koniczynę...
 
2011/10/11 17:19:11
Niniejszym uprzejmie donoszę, że pan Bez Jesienny ma się dobrze i nadal kwitnie w najlepsze, nie bacząc na dżdże i chłody.
Zupełnie odwrotnie niż ja. W gardle drapie, z nosa kapie...
Eh, jesień...

wtorek, 31 maja 2011

Dziwny był ten maj

Dziś wreszcie usiadłam przed komputerem, żeby poukładać sobie ostatnio zrobione zdjęcia. Trochę mi się ich uzbierało. Między innymi sesja fotograficzna dzierganej chusty - planowany temat przewodni dzisiejszego wpisu. Jednak wspominając sobie mijający właśnie miesiąc pomyślałam, że był on na tyle wyjątkowy, że warto napisać coś więcej na ten temat. O chuście będzie więc tylko przy okazji.

To o marcu i kwietniu mówi się, że jak w garncu, i że przeplata (trochę zimy, trochę lata). Tymczasem najbardziej pokręconym miesiącem tegorocznej wiosny był właśnie maj.

Rozpoczął się bardzo zimowo. Wprawdzie u nas padał tylko zimny deszcz, ale za to na Dolnym Śląsku była regularna śnieżyca i mróz. Oj, nie udał się niektórym długi weekend, niestety:


(Zdjęcia pochodzą z fotoreportażu na Onecie).

Podobno majowe opady śniegu zdarzały się już w przeszłości. Moja mama wspominała, że w roku 1984 z powodu śnieżycy odwołany został nawet pochód pierwszomajowy. Jakoś nie udało mi się zapamiętać tego wydarzenia. Dziwne. Tak całkiem wolny 1 Maj, a ja tego nie pamiętam... Chodziłam do czwartej klasy szkoły podstawowej i zafascynowana byłam historiami o Panu Samochodziku. Pewnie się zaczytałam;).

Potem było chłodno-wiosennie. W sam raz na sesję zdjęciową mojej dzierganej chusty:


Prawdę mówiąc to żałowałam, że na ten spacer nie wzięłam żadnej kurtki. Podkoszulek i dwa cienkie sweterki nie dawały tego dnia odpowiedniej ochrony przed zimnym i porywistym wiatrem. Ale przynajmniej było sucho. Przynajmniej do końca spaceru. Potem lunęło jak z cebra.


Model z Dropsa - przerabiałam włóczką Classic (Inter-Fox) i drutami nr 3,5. Zużyłam nieco ponad 100 g.

Koniec maja to już prawdziwe lato. To niesamowite, w ciągu trzydziestu dni przedreptaliśmy od kozaków do sandałów! Dziś jest 30 stopni ciepła, ptaszki ćwierkają i bzyczą pszczółki, a moja skóra nerwowo reaguje na żar lejący się z nieba.

I znów obrodziła czereśnia:


Może by tak coś upiec...? Czereśnie w cieście... to brzmi bardzo apetycznie:). Może wymyślę coś w weekend (o ile do tego czasu szpaki nie zdążą oskubać z owoców całego drzewa).


Komentarze
2011/06/03 22:21:18
Bardzo fajne wspomnienia. Jak to człowiek szybko zapomina i nawet nie pamiętam czy w mazowieckim padał śnieg w maju i aż mnie to przeraża bilobil się kłania. Masz piękny ogród no i te czereśnie - gdybym miała drzewo czereśni, to bym pękła, bo tak lubię, że jem aż skończę.
Chusta Ci wyszła pięknie a całościowo prezentujesz się bardzo ciekawie, bo masz ciemną karnację i to są świetne kolory dla Ciebie. Fajnie tak coś wydłubać co się chce i w jakim się chce kolorze. Super.
Grażyna
2011/06/04 09:29:20
A wiesz, że ja już prawie zapomniałam o tym śniegu :) A był, faktycznie i to zupełnie znienacka :) Ach, jak Ci tych czereśni zazdroszczę ;D
2011/06/05 17:27:21
Sama nie wiem dlaczego, ale lubię pamiętać o takich szczegółach:)
Kiedyś opowiadając wnukom historie, będę mogła jedną z nich zacząć słowami: "To wydarzyło się tego maja, gdy niespodziewanie, ledwo rozkwitające kwiatowe pączki pokryły się gęstym i zimnym śniegiem. Potężna zamieć śnieżna miotała drobnymi figurkami ludzi przemieszczających się w pośpiechu do pracy i szkoły, bezskutecznie próbujących osłonić się przed wciskającymi się do ich niedowierzających oczu mokrymi płatkami śniegu...." :).

No a tegoroczne czereśnie to właściwie przeszły już do słodkiej historii;).