Zakwitła czereśnia!
No nie tak spektakularnie, jak
robi to wiosną, tym niemniej jednak, na gołych, umęczonych gałązkach, całkiem wyraźnie dostrzec można biało-różowe kwiatuszki. Jakby na przekór porządkowi świata, na przekór inwazji mszyc, które w tym roku zaatakowały z taką siłą, że zeżarły niemal wszystkie liście, a później nie pozwoliły dojrzeć owocom, drzewo daje znać, że żyje. Nieśmiałymi, wątłymi i rachitycznymi, jesiennymi kwiatkami pokazuje, że się nie poddaje, że walczy o przetrwanie w tym nieprzyjaznym świecie...

Wiem, wiem, personalizuję... Ale jak tu się oprzeć takim skojarzeniom? Wola przetrwania u istot żywych zawsze mnie fascynowała. Niesamowite zjawisko. Budzi podziw i szacunek. I wzrusza ogromnie. Szczególnie, gdy dotyczy roślin, które przecież zupełnie bezrozumnie wykształciły w sobie mechanizmy służące przetrwaniu. Niektóre (np. te pustynne) mają kolce, by zwierzęta nie mogły dostać się do wody w ich łodygach. Inne potrafią wspinać się po drzewach, by dostać się bliżej światła. Są takie, które rosną w koronach wysokich drzew, a ich korzenie są tak zbudowane, że pochłaniają wilgoć z otoczenia. Potrafią przetrwać w najgorszych nawet warunkach atmosferycznych - w syberyjskich mrozach i w ukropie amerykańskiej Doliny Śmierci... I wystarczy tylko parę dni sprzyjających warunków, by zakwitły, wydały na świat owoce i nasionka... Zdają się być martwe, a w jednej chwili potrafią ożyć...
Jak mój
ubiegłoroczny wrzos, na przykład. Przetrwał całą jesień i zimę na parapecie w skrzynkach, a większość tego czasu w stanie, wydawałoby się, całkowicie zasuszonym. Na wiosnę, zgodnie ze wskazówkami pani z kwiaciarni, nie spodziewając się jednak niczego, wysadziłam go do ogrodu. Całe cztery, suche sadzonki... Nie wiedzieć czemu, strasznie spasowały nornicom - cholery ryły w ich okolicy bez opamiętania. Dwie sadzonki uschły razem z korzeniem, ale dwie pozostałe, które dawały jeszcze słabiutkie oznaki życia, włożyła mama do donicy, gdzie, na powietrzu i w otoczeniu innych kwiatów, spędziły całe, gorące lato. I nagle patrzę, a te suche łodyżki zaczynają się zielenić! Niedługo później pojawiły się też różowe kwiatuszki. Wrzos ożył! Zgodnie ze swoim odwiecznym cyklem - we wrześniu:)

Albo moja sanseweria? Dawno temu, gdy mieszkaliśmy jeszcze kątem u mojej mamy, uznałam, że jest tak mało efektowna, że skazałam ją na wygnanie, do najmniej przyjaznej kwiatom, części mieszkania. Stała sobie w ciemnym przedpokoju, na wysokiej półce, prawie niewidoczna, zapomniana, z rzadka jedynie podlewana wodą... Spodziewałam się, że zginie (bo jaka roślina przetrwałaby w takich warunkach?), ale nie było mi jej szkoda, bo przecież i tak mi się nie podobała...
Po ponad roku stwierdziłam jednak, że pomimo tego wszystkiego, saseweria radzi sobie nadzwyczaj dobrze. Ujęła mnie ta jej wytrzymałość i cierpliwość. Roślina wróciła na pokoje, a później przeniosła się z nami do nowego domu. Dostała nową doniczkę i ziemię... I nagle zaczęła się rozmnażać. Lawinowo puszczała z ziemi nowe pędy, z których rosły piękne, smukłe i twarde, zielone liście. I gdy już myślałam, że piękniejsza być nie może, moja saseweria zakwitła. Nawet nie miałam pojęcia, że ta roślina w ogóle kwitnie! Kwiaty wyrosły z każdego pędu - drobne, białe, o tak urzekającym zapachu, że nie mogłam przestać się zachwycać.
To jest dopiero radość życia! Skazana na nieistnienie przez zapomnienie, pozostawiona samotnie w szarym kącie, przetrwała, a gdy tylko pojawiły się korzystniejsze warunki - rozrosła się i rozkwitła! Jakby chciała powiedzieć, że nie ważne co było, dziś jest nowy, piękny dzień; korzystajmy z tego i cieszmy się życiem! Dajmy światu to, co mamy najlepszego!
 |
| Moja sanseweria dzisiaj, wprawdzie bez kwiatów, ale i tak wyraźnie widać, że silna, dumna i piękna:) |
No i jak tu nie kochać i nie szanować roślin, kiedy one nie tylko piękne, ale jeszcze takie mądre...