Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta i obywaltelka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kobieta i obywaltelka. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 października 2020

Protest w Kolbuszowej

Gdy we wtorek po południu zobaczyłam, że moja Córka założyła na FB wydarzenie Strajk Kobiet Kolbuszowa - spacer przeciwko piekłu, to zdrętwiałam. Brałam wcześniej udział w marszach i protestach, ale to było w Rzeszowie, w tłumie innych ludzi, gdzie czułam się bezpiecznie, bo anonimowo. Protest w małym mieście, takim jak Kolbuszowa, gdzie wszyscy w jakiś sposób się znają i nikt nie jest anonimowy, to zupełnie inna sprawa. Szczególnie, że tu od lat dominuje PiS w zespół z narodowcami z Konfederacji. 

Naprawdę byłam przerażona. Ale wiedziałam, że muszę tam być. Dla mojej Córki. Ale też dla siebie i innych kobiet, które protestują w innych miastach i miasteczkach. 

Przygotowałam przemówienie. Przemówienie, które wzięło się z ogromnej złości, z poczucia bezsilności i bezradności na ten potężny, systemowy gwałt na kobietach. Przemówienie dużo za długie. Miałam wrażenie, że mówiłam i mówiłam, a słowa na kartkach się nie kończyły. Może przesadziłam, ale i tak nie powiedziałam wszystkiego. Lista przewin rządzącej patoprawicy wobec państwa, wobec demokracji, wobec różnych grup społecznych zdają się nie mieć końca.

Zaskoczyła nas skala protestu, że tak wiele osób przyszło. To niewyobrażalne. Poza tym było bezpiecznie i spokojnie. Mogłabym się przyczepić, że #wolnywybór i #wolnośćrównośćdemokracja zostało zakrzyczane przez #jebaćpis i #wypierdalać... ale... ulica ma swoją dynamikę...

Poniżej tekst mojego przemówienia.

Jestem tu, zapewne jak wiele i wielu z Was, bo polityka, którą na co dzień nie chcemy się interesować, bo mamy swoje ciekawsze zajęcia, zainteresowała się nami. Brutalnie weszła w naszą osobistą przestrzeń i zagroziła naszym rodzinom. Nie tylko kobietom. Choć to w nas oczywiście antyaborcyjne drakońskie prawo uderza najbardziej.

Wbrew temu, co mówią rządzący politycy – to nie my tę wojnę rozpętałyśmy. My się po prostu bronimy. Walczymy o swoje życie. Bo wygląda na to, że w III RP życie kobiet przestaje być wartością chronioną. I staje się tak kroczek po kroczku. Już od pięciu lat. Punkt po punkcie kasuje się nasze prawa. Najsmutniejsze jest to, że przy aplauzie innych kobiet.

Pod płaszczykiem absurdalnych klauzul sumienia ogranicza nam się prawo dostępu do legalnych procedur medycznych, prawo do rzetelnej informacji o stanie naszego zdrowia, stanie i przebiegu ciąży. Pod pięknymi hasłami ochrony tradycyjnej rodziny kryje się przyzwolenie na przemoc wobec kobiet. Przemoc nie tylko tę bezpośrednią, fizyczną, ale co szczególnie oburzające, przemoc instytucjonalną realizowaną przez aparat państwowy. Podaje nam się argumenty, że u nas kobiety są bezpieczne, na dowód przytacza się statystyki – na Zachodzie jest o wiele więcej zgłoszeń przemocy i gwałtów na kobietach, niż w Polsce. Ale czego tak naprawdę dowodzi ta statystyka? Jestem kobietą, wiem jak to wygląda, czytałam też niejedno świadectwo kobiet doświadczających przemocy i próbujących ją zgłosić, z jaką pogardą, lekceważeniem i bezdusznością funkcjonariuszy państwowych się spotykają. Jest to wiedza z rodzaju tej, która naprawdę boli. I zabiera poczucie bezpieczeństwa. Poczucie zaufania. Do ludzi i szeroko pojętego państwa, które powinno chronić moje zdrowie i życie. Nie czuję się bezpieczna w tym kraju. Nie czuję, że państwo mnie chroni. Wprost przeciwnie – mam poczucie, że państwo poprzez swoje struktury i narzędzia mi zagraża. Według konstytucji wszyscy jesteśmy równi wobec prawa, ale coraz częściej mamy dowody na to, że to fikcja, że są równi i równiejsi.

Kto jest równy, a kto równiejszy? Intuicyjnie wyczuwa to każdy z nas. To z tego poczucia niesprawiedliwości i poniżenia bierze się nasza złość, złość zwyczajnych ludzi, która wyprowadza nas na ulice. Myślicie, że chodzi tu o aborcję, prawo do życia płodów? Nie! Tu chodzi o kontrolowanie kobiet, o władzę nad kobietami. W jaki sposób robi się to najskuteczniej? Przejmując kontrolę nad kobiecą płodnością. I to dzieje się już od dawna. Przykłady?

Podwiązanie jajowodów u kobiet – inwazyjna i raczej nieodwracalna, ale najskuteczniejsza metoda zapobiegania niechcianej ciąży. W Polsce zabieg ten jest nielegalny. Ale jeśli się ma pieniądze (600 - 800 E) bez problemu zabieg ten można wykonać po sąsiedzku - w Niemczech, Czechach i na Słowacji.

Wazektomia - zabieg urologiczny polegający na przecięciu i podwiązaniu nasieniowodów – reklamowana jako nowoczesna antykoncepcja dla mężczyzn – koszt ok. 2000 zł – bez bólu i igieł, umawiasz się, jedziesz i po sprawie.

Antykoncepcja hormonalna dla kobiet – tylko na receptę, wymaga wizyty u lekarza i to takiego bez klauzuli sumienia, znalezienia apteki, również bez klauzuli sumienia, kosztowna.

Medykamenty wpływające na erekcję, dla mężczyzn – bez recepty i bez ograniczeń.

Najbardziej popularna i rozpowszechniona antykoncepcja męska – prezerwatywa – tania i dostępna wszędzie - sklepy ogólne, stacje benzynowe, ostatecznie też apteki (te bez klauzuli rzecz jasna).

Teraz coś o nietykalności cielesnej – jedno z podstawowych praw człowieka – podkreśla znaczenie osobistej autonomii i samostanowienia człowieka nad jego własnym ciałem. W Polsce nie można zmusić nikogo, by dla ratowania czyjegoś życia oddał choćby kroplę własnej krwi. Jeśli twoje życie zależałoby na przykład od twojego ojca, a ściślej płata jego wątroby, jednej nerki, szpiku lub krwi właśnie, a on z różnych powodów by odmówił, to nie ma takiej prawnej siły, by go zmusić do ratowania twojego życia. Ale bez problemu można zmusić kobietę, by wbrew swojej woli (z różnych powodów) donosiła ciążę i przeszła poród. A jest to przecież bez porównania proces trudniejszy, obciążający i wyczerpujący, niż proste i bezpieczne oddanie krwi, do którego nikt cię nie zmusi. Nawet gdybyś dzięki temu ratował_a czyjeś życie.

O godności kobiety podczas porodu też zresztą można by książkę napisać, szczególnie o godności kobiety w ciąży patologicznej. U mnie obyło bez komplikacji, a i tak cały ten proces był na tyle traumatyczny, że nigdy więcej nie chciałam go powtórzyć.

Na czas ciąży i porodu autonomia naszych ciał w majestacie prawa zostaje zawieszona. Jak się mamy czuć z tą świadomością? Powiem wam jak ja się czuję. Jak nie-człowiek. Jak przedmiot. Jak żywy inkubator. Bezsilna i bezradna. Nieistotna. Poniżona. Powiem wam, że nikt nie powinien tak się czuć w państwie prawa. A jeśli myślicie, że zaostrzanie ustawy antyaborcyjnej na tym się skończy, to się mylicie. Tzw. obrońcy życia już przymierzają się do zdelegalizowania kolejnej przesłanki umożliwiającej przerywanie ciąży – gdy jest ona wynikiem czynu zabronionego. Na pewno słyszeliście wypowiedzi polityków, że nie można karać dzieci za czyny ich ojców gwałcicieli.

Obowiązujący do niedawna tzw. kompromis aborcyjny to po pierwsze nie był żaden kompromis, a po drugie i tak nie działał w praktyce. Szpitale masowo podpisywały klauzule sumienia odmawiając pacjentkom dostępu do legalnych procedur medycznych. Na Podkarpaciu od 2016 w żadnym szpitalu nie wykonuje się zabiegów terminacji ciąży. Pacjentki w ogromnym stresie, bo przecież właśnie dowiedziały się, że ich ciąża nie rozwija się prawidłowo, bo musiały zdecydować, co będzie najlepsze dla nich i ich rodzin na przyszłość... same, na własną rękę muszą szukać szpitala, lekarza i jechać do niego nawet kilkaset kilometrów. Chyba, że mają pieniądze, to tuż za granicą są przyjazne i dyskretne kliniki, w których lekarze i pielęgniarki o nic nie pytają...

W Polsce wg oficjalnych statystyk wykonano nieco ponad 1000 zabiegów przerwania ciąży w ubiegłym roku. I powiem wam, że dla mnie kobiety, które zdecydowały się doprowadzić do końca tę procedurę w Polsce, to są prawdziwie bohaterki. Trzeba mieć w sobie dużo siły i bezkompromisowości, żeby egzekwować wykonanie prawa w tak wybitnie wrogich kobietom warunkach, jakie obecnie mamy w Polsce w temacie aborcji.

Ale nie tylko w ten sposób wybór kobiety dotyczący jej ciała i jej życia jest ograniczany. W obecnej sytuacji naprawdę trudno zaufać lekarzowi. Skąd wiadomo, że nie trafi się do takiego, który w poczuciu ratowania życia płodu, celowo ukryje ważne informacje na temat stanu ciąży i rozwoju płodu. Myślicie, że to niemożliwe? To się zdarza przerażająco często. Pamiętam historię państwa Pelonów z Zawiercia, których syn urodził się bez rąk i bez nóg. W trakcie ciąży kobieta 7 razy miała robione USG i żaden z lekarzy nawet nie zająknął się o niepełnosprawności dziecka. Wyobrażacie sobie taką niespodziankę przy porodzie???? Nasi władcy z patoprawicy przyklaskują tego rodzaju praktykom. Ostatnio Jadwiga Emilewicz z Porozumienia Gowina raczyła się wypowiedzieć, że "należy z całą stanowczością odradzać stosowania diagnozy prenatalnej w celach selekcyjnych. Jest to wyrazem okrutnej mentalności eugenicznej, która odbiera rodzinom możliwość przyjęcia i kochania swego najsłabszego dziecka".

W ich ustach ciągle tylko kochane dzieci nienarodzone, kochane dzieci z wadami, wszystkie mają prawo się urodzić. A co potem? Gdy się już urodzą? Gdy przeżyją swoich rodziców? Kto ich będzie kochał? Kto się będzie nimi opiekował 24 godziny na dobę? Bezduszne DPS-y ze zmęczonymi, sfrustrowanymi, niskoopłacanymi opiekunkami? Która kochająca matka chce takiej przyszłości dla swojego dziecka. Ja bym nie chciała. Nie chciałabym takiej przyszłości ani dla swojego dziecka, ani dla siebie, gdybym to ja miała być takim „uratowanym płodem”.

Samozwańczy obrońcy płodów twierdzą, że są za życiem, ale tak naprawdę są przeciw ludzkości. Przeciw zdobyczom nauki i medycyny prenatalnej, która nierzadko ratuje życie dzieci jeszcze w łonach matek, a przynajmniej potrafi przygotować szybką niezbędną pomoc zaraz po urodzeniu. Są przeciwko metodzie in vitro, która pozwala na urodzenie i wychowanie dzieci parom, które w inny sposób własnego potomstwa mieć by nie mogły. Są przeciwko rzetelnej edukacji seksualnej, dzięki której, między innymi, dzieci potrafiłyby się obronić przed wykorzystaniem, przemocą seksualną, ciążą. Są przeciw łatwemu dostępowi do skutecznej antykoncepcji. Są przeciw dzieciom, jeśli pozwalają by żyły w patologicznych i przemocowych rodzinach w imię przekonania, że nawet najgorsza rodzina jest dla dziecka najlepsza. Są przeciw ludziom nieheteronormatywnym, których istnienie burzy im ten wyobrażony idyllyczny obrazek tradycyjnej rodziny. Są przeciw kobietom – ileż codziennie mamy przykładów mizoginicznych wypowiedzi różnych polityków. Nas – kobiety dzieli się na te prawdziwe – uległe i posłuszne – warte szacunku i nieprawdziwe - kurewki spod znaku czarnego protestu, feminaziolki, które nie są nawet ludźmi, więc jaki szacunek? Szkoda, że to nie nas matki wyskrobały, bo byłby teraz spokój. Słysząc tego rodzaju komentarze zawsze się zastanawiam, w którym momencie ŻYCIE, z wartego obrony wszelkimi, nawet nieuczciwymi metodami, staje się życiem wartym jedynie pogardliwego splunięcia, lub wręcz śmierci, najlepiej w męczarniach, gdy dotyczy osób wykorzystywanych seksualnie przez funkcjonariuszy KK, osób LGBT+, kobiet, które nie godzą się na dyskryminację, powszechny seksizm i chcą realnej równości, młodzieży ze strajku klimatycznego, wegetarian i wegan... Oraz mnóstwa innych grup społecznych, które z patoprawicą mają nie po drodze.

W przestrzeni publicznej aż roi się od nienawistnych i pełnych gróźb komentarzy autorstwa tzw. obrońców tradycyjnych wartości. Chcieliby nas zagazowywać, pałować, gwałcić, lać i patrzeć czy równo puchnie, bo wtedy zrozumiemy.... Ciekawe co zrozumiemy? Jakie naprawdę są te tradycyjne wartości? Że pan i władca jest właścicielem rodziny. A nad panem i władcą stoi katolicki ksiądz z pisowskim wujtem. Jeden sankcjonuje ten nieludzki układ prawem boskim, drugi Kartą Praw Rodziny i trzymaną w politycznej garści policją, sądami i innymi instytucjami państwowej opresji. A nad nimi wszystkimi nawet nie papież, bo to przecież nie nasz papież. Nad nimi sam Bóg. A oni to wszystko w obronie Boga.

Jestem ateistką, ale jeśli ktoś z was wierzy, powiedzcie mi, czy Bóg faktycznie potrzebuje obrońców? Jeśli istnieje, to poradzi sobie i z nami-grzesznikami i z tym, którym się wydaje, że siedzą po jego stronie. Bez niczyjej pomocy.

Simone de Beauvoir, francuska pisarka, filozofka i feministka powiedziała dawno temu – Nie zapominajcie, że wystarczy kryzys polityczny, gospodarczy, albo religijny żeby prawa kobiet były na nowo kwestionowane. Musicie być czujne przez całe życie.

I dokładnie to się dziś dzieje. To nie jest zbieg okoliczności, że w czasie największego kryzysu epidemiologicznego władza dokręca nam śrubę.

Wykreślenie przesłanki na podstawie której wykonywano rocznie około 1000 legalnych aborcji w 38 milionowym kraju właśnie teraz, to nie jest w obronie życia. To jest w obroni ich interesów! Dzięki temu pieką właśnie dwie pieczenie na jednym ogniu – zadowolą grupę fundamentalistów we własnym obozie, a na nas-protestujących zrzucą odpowiedzialność za koronawirusa i niewydolność służby zdrowia.

Nie łudźcie się, oni nie są głosem płodów, ani nie bronią praw płodów, nie bronią rodzin, którymi bezwstydnie wycierają sobie zachłanne gęby na prawo i lewo. Wszystko, co robią, robią tylko w swoim własnym interesie. Gdyby ktoś na nowo nakręcił Folwark Zwierzęcy Orsona Wellsa, to rozpasane ryje rządzących świń miałyby gęby naszych polityków z patoprawicy i nikt by nawet nie zauważył różnicy.

Dziękuję za uwagę.




 

Tak było wczoraj. Dziś nadal dochodzę do siebie. Nie jestem pewna jak się z tym wszystkim czuję. Emocje przelatują przez mnie jak huragan. Nie mogę spać, prawie nie jem, bo w żołądku mam gigantyczny supeł, który mnie dusi. Ale jestem pewna, że to my stoimy po właściwej stronie. Wolny wybór jest jedynym właściwym wyborem.

W artykule wykorzystałam zdjęcia z lokalnej gazety: Korso Kolbuszowskie.

niedziela, 28 czerwca 2020

Stare, ale jare

Szydełkowy top pojawił się na blogu w wakacje 2012 (TU i TU). Powstał z absolutnych włóczkowych resztek i choć bardzo mi się podobał, to źle się w nim czułam. Nie umiałam go nosić, do niczego mi nie pasował, poza tym był za krótki i odkryty pępek bardzo mnie krępował. Ale przykro mi było się go pozbyć. Przeleżał kilka lat na pawlaczu, aż jakiś czas temu, z innego nienoszalnego udziergu, udało mi się odzyskać nieco turkusowej bawełny, w sam raz na tyle, by przeprowadzić lifting starego topu - dorobiłam trochę na długości, a na drutach wydziergałam sznurki do wiązania, bo wstążki w tym zakresie słabo się sprawdzały.








Nadal mam problem do czego ze swojej garderoby go nosić. Wciąż nic mi do niego nie pasuje. Oprócz tej spódnicy:-). To też rzadko noszona przeze mnie rzecz i już nie raz, podczas sprzątania szafy, miałam pokusę, by się jej pozbyć. Na szczęście zwalczyłam. Nigdy nie wiadomo, kiedy coś niepotrzebnego może się nagle przydać... Niewyrzucanie ma też taką zaletę, że skoro nie tworzę w szafie miejsca, to niczego nowego nie kupuję, a więc oszczędzam:-) Poza tym niewyrzucanie jest też proekologiczne - ograniczam produkowanie śmieci. Zysk dla mnie i zysk dla planety:-)

A jakie są Wasze strategie ubraniowe?


PS. Dziś wybory. Byłam i głosowałam. To nie tylko moje prawo, o które jeszcze w ubiegłym wieku kobiety musiały walczyć, to obywatelski obowiązek. Polityka to sprawa nas wszystkich, a nie tylko polityków.

piątek, 4 października 2019

Eko eksperymenty

W swoich wege-eko-bio poszukiwaniach dotarłam do sklepu Better Land. Znalazłam w nim mnóstwo całkowicie nowych dla mnie rzeczy (np. kule do prania), ale też sporo propozycji, o których kiedyś gdzieś tam czytałam, ale jakoś do tej pory nie byłam gotowa do osobistego zastosowania tych alternatywnych rozwiązań (np. wielorazowe bawełniane podkładki higieniczne, czy kubeczki menstruacyjne). Ale wreszcie dojrzałam i postanowiłam parę rzeczy wypróbować. Wybrałam pozycje przystępne cenowo, o których byłam przekonana, że na pewno z nich skorzystam i nie będę bardzo żałować wydanych pieniędzy, jeśli się nie sprawdzą. Przy okazji zgłosiłam się też jako influencerka i w zamian za opinię na swoim blogu, dostałam bezpłatnie do przetestowania bambusowe szczoteczki do zębów.

No to najpierw obowiązki, czyli moja opinia o bambusowej szczoteczce do zębów:


W ramach testów dostałam 2 szczoteczki Hydrophil medium. Zwykle używam soft, więc w pierwszej chwili miałam wątpliwości, czy nie będzie dla mnie za twarda, ale okazało się, że właśnie jest idealna. Moje odczucia z mycia zębów tą szczoteczką są jak najlepsze. Jest przyjemna w dotyku, dobrze leży w ręce, fajnie myje zęby i masuje dziąsła. Klasyczna w budowie i oszczędna w formie robi bardzo dobre wrażenie pod względem wizualnym. Jej włosie wykonane jest z oleju rycynowego przetworzonego w bionylon. Co prawda niewiele mi to mówi, ale postanowiłam w tej kwestii zaufać rekomendacji autorki artykułu "Czy twoja bambusowa szczoteczka jest etyczna", która na co dzień zajmuje się ekologicznymi tematami i tropi ekologiczne ściemy, więc pewnie zna się na rzeczy;-). Mnie wystarczy, że wiem, że nie zawiera w sobie żadnych szkodliwych ropopochodnych składników. Z kolei rączka szczoteczki powstaje z drewna bambusowego - naturalnego surowca wykazującego właściwości antyseptyczne więc idealnie nadającego się do produkcji artykułów higienicznych. Bambus jest też surowcem szybkoodnawialnym i wydajnym - w dwa lata osiąga wysokość 2 m, a z jednego drzewa może powstać nawet tysiąc szczoteczek. Dla mnie osobiście znaczenie ma również fakt, że szczoteczkę Hydrophil można kompostować (trzeba tylko odłamać główkę z włosiem, która idzie do śmieci zmieszanych), bo kilka miesięcy temu powiększyła nam się przestrzeń życiowa i wreszcie mamy miejsce, by założyć kompostownik (widziałam już w Sieci, jak zbudować coś takiego z palet i lada chwila zamierzamy wziąć się do pracy:-)).

A co ponadto kupiłam w sklepie Better Land?

1. Z myślą o swoim kompostowniku zaopatrzyłam się w specjalny kosz na bioodpady wraz z biodegradowalnymi i kompostowalnymi workami, wykonanymi ze skrobi ziemniaczanej. Pierwsze wypełnione worki po prostu zakopałam w ogrodzie i za jakiś czas sprawdzę co z nich zostało; według producenta mają się rozłożyć w 45 dni.

2. Wielorazowe wkładki higieniczne Soft Moon. Kupiłam 5 szt. Trzy w całości z bawełny i dwie z warstwą nieprzemakalną. Na razie używam tylko bawełnianych i sobie chwalę. Wkładki dobrze trzymają się bielizny, a zapięcie, wbrew moim obawom, w ogóle nie uwiera, nawet w obcisłych spodniach. Wkładki można prać w pralce i tak zrobiłam przed pierwszym użyciem, natomiast po użyciu wolę je sobie codziennie przeprać ręcznie. Nie zajmuje to wiele czasu, mokre wieszam na kaloryferze, a rano wkładka jest już sucha i gotowa do użycia:-).


3. Woskowijki do przechowywania żywności. W opakowaniu są 2 szt. Myślałam, że będą dla mnie i dla męża na kanapki do pracy, ale na razie używam tylko ja. Mąż nadal tradycyjnie pakuje chleb do woreczka foliowego. Ale przekonam go, by zmienił nawyk, bo woskowijki do kanapek sprawdzają się pierwszorzędnie. Chlebek w nich nie wysycha, a same woskowijki  są bardzo trwałe i łatwo się je czyści wilgotną ściereczką, gdyż nasączenie woskiem sprawia, że nie chłoną żadnych zabrudzeń. Naprawdę świetna sprawa, szczególnie, że można je zrobić samemu, jak batik, (którym się kiedyś-KLIK chwaliłam), wykorzystując zamiast zwykłego wosku - wosk pszczeli (można go dostać u nas na targu, więc na pewno kiedyś zabawię się w produkcję takich woskowijek:-)).


4. Mydło z organicznym olejkiem konopnym - kupiłam z przeznaczeniem do mycia twarzy, bo jakoś nie mogę w tym temacie trafić na nic odpowiedniego... Mam cerę wrażliwą, naczynkową. To, co dobrze zmywa - podrażnia. A jeśli jest łagodne i nie podrażnia, to też i nie zmywa. Nadal nie wiem, czym myć twarz. Mydłem myję ręce. Jest w porządku, ale tego zakupu raczej nie powtórzę.

5. Płatki drożdżowe, bo podobno w kuchni wegetariańskiej ciekawie podkręca smak... Jeszcze nie próbowałam, ale może w weekend sobie coś wreszcie upichcę typowo wegańskiego, to dam znać:-).

piątek, 13 września 2019

Wege eko bio

Dołek spowodowany końcem wakacji trwał na szczęście krótko i jak to zwykle we wrześniu, poczułam potrzebę zmian oraz moc do ich wdrażania. Tematyka nie jest dla mnie nowa, badam ją i swoje reakcje już od dłuższego czasu, a teraz poczułam się gotowa przekroczyć kolejny etap i wziąć na siebie jeszcze większą odpowiedzialność za swoje wybory.

A nie jest to łatwe w rodzinie, która może i podziela poglądy (w różnym zakresie), ale nie kwapi się do zmiany własnych zachowań. Ale od początku.


Wegetarianką zostałam rok temu. Też jakoś tak na jesień. Wcześniej bywało różnie - zasadniczo mięsa unikałam, ale ponieważ sama nie gotuję, więc w daniach obiadowych, szczególnie tych jednogarnkowych, byłam zdana na gust kulinarny męża. W końcu udało mi się nakłonić go, by gotował dla mnie osobno, ale od jakiegoś czasu ten układ stał się już dość problematyczny - jest nas za dużo przy stole, a każdy ma inne smaki, przez co układanie wspólnego menu stało się nie lada wyzwaniem i źródłem ciągłych napięć. Postanowiłam więc wycofać się ze wspólnej kuchni i jednak gotować sobie sama. Daję radę. Gotuję głównie raz w tygodniu, dzielę na porcje, mrożę, a po rozmrożeniu modyfikuję nieco każdą porcję, tak że co dzień mam niby to samo, ale jednak nieco inaczej. Korzystam też ze wspólnej kuchni, jeśli akurat to możliwe - czasem podepnę się pod surówkę, jakieś ziemniaczki, czy makaron... Czasem ktoś podepnie się pod moje danie... I jest dobrze:-).


Eko - to również bliska mi idea. Jestem przerażona ilością śmieci, które człowiek produkuje. Jestem przerażona ilością śmieci, które produkuje tylko jedna - moja 6 osobowa rodzina. Ogarnianie i segregacja śmieci to od dawna moje zadanie, więc mam porównanie jak to wyglądało, gdy byliśmy tylko we dwójkę i teraz, gdy dołączyła do nas Dominika z Rodziną oraz Bratanek. Prawdę mówiąc zalewa mnie krew ze złości, na zmianę z ponurą rezygnacją. Młodzi bardziej sobie cenią własną wygodę i upodobania niż los planety... Cóż, takie ich prawo.


Gwoli ścisłości - los planety i przyszłość kolejnych pokoleń również dla mnie nie są główną motywacją dla wdrażanych właśnie zmian. Prawdę mówiąc już dawno przestałam myśleć globalnie, bo im szerszy obraz, tym mniej znaczący wydaje się wkład osobisty. Myślę więc tylko o sobie. A o sobie myślę, że jestem istotą przyjazną. Z zasady nie krzywdzę. I nie chcę do jakiejkolwiek krzywdy przykładać ręki. Albo inaczej - pragnę do minimum ograniczyć swój udział w globalnej krzywdzie i problemach. Pomaga mi w tym mój Wewnętrzny Krytyk, który ma dość mocną pozycję w mojej głowie i potrafi wywierać naprawdę silną presję na zmiany oraz Szymon Hołownia ("Boskie zwierzęta" i nie tylko), który trochę Krytyka łagodzi przekonując, że każda (nawet najmniejsza!) zmiana we właściwym kierunku jest dobra i warta wdrożenia. No więc małymi kroczkami:

- zwracam uwagę na to, co kupuję i staram się eliminować produkty, które generują śmieci, plastikowe szczególnie,
- wybieram produkty biodegradowalne (np. worki na śmieci i psie kupy)
- ograniczam zakupy - każdą potrzebę badam wnikliwie w głowie, czy aby na pewno muszę to kupić,
- staram się nie marnować: energii, wody, żywności,
- eksperymentuję z kompostowaniem bio odpadków,
- staram się (planuję) w większym zakresie wykorzystywać śmieci (znacie temat "cegieł" z plastikowych butelek ściśle wypełnionych drobniejszymi plastikowymi śmieciami??? Czad! Albo pufy i meble ogrodowe również z plastikowych butelek... Fajna sprawa:-)),
- nie korzystam z samochodu, jeśli naprawdę nie muszę, na miejscu głównie poruszam się rowerem, lub piechotką.
- edukuję i naciskam na rodzinę w kwestiach wege i eko


Bio - mam tu na myśli zdrowe jedzenie (jak najprostsze, nieprzetworzone bez konserwantów i innych polepszaczy, czyli temat już całkiem dobrze przeze mnie zbadany i wdrożony), ale też przyjazne, naturalne kosmetyki i całą domową chemię - ten temat dopiero badam. Wydaje mi się i łatwy, i trudny jednocześnie. Łatwy, bo gdy czytam, to wszystko nie wydaje się skomplikowane do samodzielnego zrobienia, ale trudny, bo jak każda zmiana wymaga wysiłku pierwszego kroku, no i trochę żal mi mojego wolnego czasu na kolejną dodatkową pracę, bo już i tak mam go dla siebie tyle co kot napłakał, a tu kolejny obowiązek trzeba by wziąć na siebie... Ale jak mówi Szymon - małymi kroczkami, ważne, że na dobrej drodze. Jakoś to ogarnę:-)


A jak u Was z tymi sprawami? Może coś podpowiecie?

Wszystkie zdjęcia z Pixabay.

sobota, 30 czerwca 2018

Pod tęczowym sztandarem

Same trudne tematy się skumulowały na koniec czerwca, ale TAKIE wydarzenie, w Rzeszowie, nie mogłam opuścić, nie mogę przemilczeć.


Człowiek nie rodzi się rasistą, szowinistą, fundamentalistą, kseno- czy innym fobem. Rodzimy się pełni ufności i ciekawości świata, z naturalnością, i otwartością przyjmując dominujące w naszym otoczeniu idee i postawy. Z biegiem czasu (szczególnie, gdy nie mamy okazji skonfrontować się z "innym") nasze przekonania kostnieją i nabierają cech dogmatu. Bywa, że jesteśmy z nimi tak zżyci, iż nie potrafimy oddzielić naszych poglądów od nas samych, nie potrafimy dostrzec, gdzie przebiega granica pomiędzy naturą, kulturą, a tożsamością. Nie potrafimy zauważyć, jak opresyjne bywa społeczeństwo wobec "innego". Na krzywdę wykluczonych jesteśmy ślepi lub obojętni tym bardziej, im mocniej należymy do grupy uprzywilejowanej, a ponieważ człowiek jest gatunkiem wyjątkowo kreatywnym, potrafimy znaleźć całe mnóstwo racjonalnych powodów, dlaczego tak właśnie jest świat urządzony i uparcie bronić niesprawiedliwego porządku.

Jestem białą kobietą. Heteroseksualną. Umiarkowanie zdrową, o przeciętnych dochodach. W pewnym sensie należę do grupy uprzywilejowanej. Ale! Jednak TYLKO kobietą. Na dodatek ateistką i zdeklarowaną feministką. Wiem, jakie to uczucie być wykluczoną, niewidzialną, nieistotną. Gorszą. Moje doświadczenia otwierają mnie i uwrażliwiają na krzywdę, i wykluczenie innych grup społecznych. Nawet jeżeli w pierwszym momencie ich potrzeby i argumenty wydają mi się absurdalne (bo przecież wyrosłam w innym porządku świata i należąc do uprzywilejowanej większości mogę nie znać i nie rozumieć wszystkich problemów mniejszości), to jednak za sprawą własnych przeżyć z łatwością potrafię wczuć się w ich sytuację. Później wystarczy tylko trochę refleksji i szczerości wobec siebie samej/samego, żeby postulaty "innych" przestały brzmieć wywrotowo i niedorzecznie, by okazało się, że tak naprawdę ich potrzeby są IDENTYCZNE jak moje - poczucie bezpieczeństwa, szacunku, możliwość samorealizacji, własnej ekspresji, spełnienia w związku... Jeśli ja, jako człowiek i obywatelka mogę je realizować (jako kobietę wciąż dotykają mnie ograniczenia, choć nieco innego rodzaju), to dlaczego przed innymi ludźmi prawo stawia bariery? Naprawdę nie potrzeba wiele wysiłku intelektualnego, by dojść do wniosku, że za ograniczeniami praw mniejszości stoją: trywialny lęk o utratę władzy, pozycji i wpływów, szkodliwe uprzedzenia oraz nieuzasadniony prawny i moralny paternalizm. A także, z jeszcze szerszej perspektywy, szowinizm gatunkowy, w przypadku lekceważenia, a wręcz pogardy dla zagadnień z dziedziny ekologii i praw zwierząt.

Gdy popatrzy się na walkę o prawa człowieka, o prawa obywatelskie z perspektywy czasu, wyraźnie widać, jak w ciągu lat zmieniał się ich zakres podmiotowy. Na przestrzeni wieków kolejne wykluczone grupy domagały się równości. Każda z nich w swoim czasie napotykała na bezwzględny opór. Wobec każdej uprzywilejowani ludzie i obywatele wytaczali ciężkie działa przemocy, pogardy i śmiechu. Dziś argumenty broniących ówczesnego porządku wydają się pozbawione sensu, nieracjonalne i kompletnie szalone. Tak samo będzie kiedyś z obecną dyskryminującą narracją. Głęboko w to wierzę.




A tymczasem wzięłam udział w Pierwszym Marszu Równości w Rzeszowie. Rodzinnie - z mężem, córką i wnukiem (zięć miał obowiązki zawodowe). Bo dla nas wszystkich ważne było wyrażenie swojego poparcia dla walki o równe prawa dla każdego. Florek jeszcze nie wie o co chodzi, ale mam nadzieję, że w przyszłości zrozumie, że prawa człowieka, prawa mniejszości, to nie są żadne lewackie fanaberie. Tak samo jak wrażliwość ekologiczna i troska o los zwierząt. To naturalna konsekwencja przyjętego systemu wartości opartego na szacunku, tolerancji i rzetelnej wiedzy. Nie na mitach, uprzedzeniach i nieuzasadnionym przekonaniu o własnej wyższości nad innymi (ludźmi czy gatunkami).


30 czerwca spotkaliśmy się w Rzeszowie przy tęczowym Moście Narutowicza o godzinie 14, było nas sporo, pewnie ponad tysiąc ludzi, różnych, kolorowych, także z niepełnosprawnościami. Widziałam też jedną rodzinę z wózkiem, jak my. Mieliśmy wątpliwości, czy to bezpieczna impreza dla naszych dzieci, szczególnie, że organizatorzy ostrzegali, że z grup przeciwników mogą polecieć kamienie, butelki, worki z farbą i jaja... Jednak pod koniec pochodu mimo wszystko dołączyliśmy. Ludzie z kontrmanifestacji próbowali powstrzymać nasz marsz, ale na szczęście im się to nie udało. Wyglądali przerażająco. Spodziewałam się łysych głów ze środowisk kibolskich i młodzieży wszechpolskiej, ale szokiem była dla mnie obecność starszych pań, które z różańcami w dłoniach wykrzykiwały do nas nienawistne hasła. W ogóle szokujące było to zderzenie wesołego, pokojowego, kolorowego tłumu ludzi, którzy domagali się między innymi prawa do zalegalizowania swojej miłości, z pełnym nienawiści szpalerem osób z krzyżami i różańcami w rękach, wykrzykujących tak karygodne hasła, że włosy dęba stawały. Trzymaliśmy się blisko chroniących nasz pochód policjantów i przeszliśmy naszą drogę bezpiecznie.


To było wyjątkowe doświadczenie, cieszę się i jestem dumna, że mogłam wziąć w nim udział w towarzystwie swoich Najbliższych.

wtorek, 25 października 2016

Czuję moc

Jestem na świeżo po seansie "Sufrażystki" oraz po wczorajszym proteście, w którym wzięłam udział. I czuję w sobie moc. Moc tysięcy kobiet, które protestowały dawno temu przede mną i teraz, które na przekór wszystkiemu zrezygnowały z bierności i postanowiły wziąć sprawę swoich praw we własne ręce. Dziś sytuacja jest inna niż sto lat temu. Mamy prawa wyborcze i równość zagwarantowaną konstytucyjnie. Ale na poziomie społecznych uprzedzeń, mam wrażenie, nic się nie zmieniło. Kobiece demonstracje wciąż spotykają się z taką samą pogardą, a kobiety biorące w nich udział, tak samo jak sto lat temu, narażają się na ostracyzm, szyderstwa i wyzwiska.

Mało nas było wczoraj w Rzeszowie. Może ze sto, może trochę więcej osób. Kobiet i mężczyzn. Czułam się wśród nich jak w domu. Jak wśród bliskich ludzi, dla których moje rozumienie świata i moje postulaty nie są patologią. Nie są absurdalne, nielogiczne, śmieszne. Wśród tych  obcych, ale w jakimś sensie bliskich mi ludzi, poczułam potrzebę wypowiedzenia się. Wypowiedzenia się o tym, jak bardzo bolą mnie słowa prawicowych komentatorów. Jak bardzo czuję się wyobcowana w swoim kraju, w społeczeństwie, które nie dostrzega, albo nie chce dostrzec, że prawo zmuszające nas do rodzenia odbiera nam godność, odbiera nam wolność.

Zmieniły się czasy, zmieniły się okoliczności, ale elementy walki z kobiecymi protestami pozostają wciąż bez zmian. Tak samo jak sto lat temu (i pewnie jeszcze wcześniej), próbuje się nas ośmieszyć, przestraszyć, podkopać naszą pewność siebie, zniechęcić, umniejszyć wartość naszych postulatów. Poraża mnie ilość pogardy i nienawiści w publicznych wypowiedziach na temat protestujących kobiet. Nazywają nas czarnymi cipami. Nazywają nas nienormalnymi, zdeformowanymi, morderczyniami. Zarzucają nam, że nasze obawy związane z całkowitym zakazem aborcji wynikają z lewackich fobii. Twierdzą, że nasze protesty inspirowane są przez grupy czerpiące z aborcji zyski i bojące się, że w wyniku zaostrzenia ustawy stracą swoje dochodowe źródełko. Próbują nas kneblować powołując się na wyroki sądów orzekające, że życie ludzkie zaczyna się w chwili poczęcia i od tego momentu podlega prawnej ochronie. Twierdzą, że wykorzystujemy osobiste dramaty do celów politycznych, gdy pełne bólu opowiadamy publicznie o nadużyciach wobec nas i krzywdzie, która nam się dzieje w związku z powszechnymi odmowami wykonywania aborcji nawet w sytuacjach, gdy można ją wykonać zgodnie z prawem. W poczuciu moralnej wyższości, w zgodzie z własnym sumieniem, prolajferscy lekarze dopuszczają się nie tylko zaniechań, ale nawet perfidnych kłamstw i manipulacji odmawiając pomocy i skazując na cierpienie pacjentki, które powierzyły im swoje zdrowie i życie... 

Czytając dziś kolejną porcję prawicowych komentarzy na temat naszego protestu czuję się zdruzgotana faktem, jak wielka przepaść nas dzieli. Oni widzą w nas "niszczycielki podstawowych fundamentów polskiej tożsamości i kultury". My w nich: twórców opresyjnego dla kobiet systemu społecznego i prawnego. Widzą w nas zagrożenie dla swoich wartości, gdy tymczasem my chcemy tylko pozbyć się łańcuchów, którymi pętają naszą wolę i ciała. Wolne kobiety nie są zagrożeniem. Wprost przeciwnie. Wolne kobiety są bogactwem dla każdego społeczeństwa, bo wnoszą do niego równowagę. Oraz mnóstwo innych wartości takich jak empatia na przykład...

Mówią, że każdy ma prawo do życia. Że życie jest wartością nadrzędną. Czyżby? Czy nie czcimy szczególnie pamięci tych, którzy to cenne życie oddawali w obronie innych wartości? Na przykład wolności...

Wolność. Wolność wyboru. Prawo do podejmowania własnych decyzji i ponoszenia ich konsekwencji. Ocena własnych wyborów we własnym sumieniu. Wolna wola. Tylko tego i aż tego domagają się kobiety od początku istnienia kobiecych ruchów obywatelskich.

Wolność jest jak powietrze. Wolność jest podstawą świadomego życia. Przymus zaś zawsze jest gwałtem, który budzi opór i niezgodę. Przymus jest źródłem buntu. Szczególnie wtedy, gdy nie dotyczy wszystkich, a tylko wybranej grupy społecznej. Można się buntować po cichu. Kobiety są mistrzyniami cichego buntu. Można nam zakazać aborcji i w każdy możliwy sposób utrudniać zakończenie ciąży nawet wówczas, gdy mamy do tego prawo. Można przez dwadzieścia lat prowadzić agresywną kampanię pro-life. Można nas mamić obietnicami, przekupywać, straszyć, że bez naszych dzieci nasz kraj się załamie, przekonywać jak cudownie i wspaniale jest być matką... A wskaźniki przyrostu naturalnego i dzietności w Polsce i tak konsekwentnie i nieubłaganie lecą w dół. Przez ponad 20 lat obrońcy płodów nie zrozumieli, że przymus na kobiety po prostu nie działa. Ich działania doprowadziły jednak do tego, że cichy, prywatny strajk kobiet stał się wreszcie głośny i publiczny. Wyszłyśmy na ulice, by pokazać jak bardzo buntujemy się przeciw gwałtowi, który się na nas dokonuje. Wyszłyśmy na ulice, by pokazać, że nie pozwolimy się zniewolić.

Jestem porażona skalą nienawiści i pogardy wobec nas, jestem zdruzgotana przepaścią, jaka dzieli nas od naszych przeciwników... Ale jednocześnie jestem zbudowana solidarnością kobiet, mocą naszej protestującej grupy, wspólnotą uczuć, przeżyć i pragnień. Jestem zbudowana Waszymi komentarzami, za które dziękuję. Dodajecie mi sił i wiary. Nie jestem sama. Mam moc.

Rzeszów, 24 października 2016 r.
 

niedziela, 23 października 2016

Nie składamy parasolek!

Protest kobiet trwa. Nie możemy milczeć wobec wciąż aktualnych planów zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Nie możemy milczeć wobec trwającej kampanii pogardy skierowanej przeciwko kobietom broniącym swojego prawa do życia, zdrowia i ciała.

Nie domagamy się prawa do zabijania naszych dzieci. Stanowczo sprzeciwiam się takiej retoryce! To nie tylko obrzydliwe kłamstwo osób, które się nią posługują. To niebezpieczna manipulacja mająca na celu zastraszenie nas, zawstydzenie i uciszenie. Taka słowna agresja wymierzona przeciwko kobietom ośmielającym się protestować jest tym groźniejsza, że na poziomie podświadomości pozbawia nas pewności siebie, sprawia, że boimy się wyrażać własne zdanie, by nie narazić się na okrutne, niesprawiedliwe i po prostu NIEPRAWDZIWE zarzuty. Nie dajmy się sparaliżować tej słownej tyranii!

Obrońcy płodów mają dla kobiet tylko dwa scenariusze: albo będziemy bohaterkami i męczennicami, które bezwarunkowo poświęcą swoje życie dla dziecka, albo morderczymi egoistkami przedkładającymi własne prawa nad prawami niewinnego i bezradnego płodu. Uważam, że to obrzydliwe i niemoralne. Nie godzę się na żadną z tych ról! Jestem zwyczajnym człowiekiem. Kobietą. Obywatelką. I chcę sama o sobie decydować. O swoim życiu, zdrowiu, ciele, przyszłości... Zgodnie z własnym sumieniem. Mam do tego prawo i domagam się, by to prawo było respektowane.

O to właśnie chodzi w kobiecych protestach. Domagamy się po prostu respektowania naszych praw. ZMUSZANIE nas do rodzenia dzieci śmiertelnie chorych, upośledzonych, pochodzących z gwałtu, dzieci niechcianych i niekochanych jest wyrazem kompletnego braku szacunku dla nas jako ludzi, braku elementarnego poziomu empatii, całkowitej pogardy dla naszych uczuć i intelektu. Jest deptaniem naszej podmiotowości i godności. Jest działaniem ograniczającym naszą wolność i zmierzającym do sprawowania nad nami kontroli. To po prostu nie do zniesienia i nie do przyjęcia.

Nie trzeba być za aborcją, żeby być za wolną wolą, a przymus rodzenia nie jest żadnym ocaleniem dla dzieci, które przyjdą na świat niekochane i niepotrzebne, dzieci pozbawionych troski, i opieki, dzieci znienawidzonych, głodzonych, bitych, pozostawianych na śmierć fizyczną, lub skazanych na powolne umieranie ducha w toksycznych rodzinach, i przytułkach, w poczuciu samotności, krzywdy i nieszczęścia... To jest ta druga, brzydka strona życia, o której nie mówią obrońcy płodów. Wolą epatować fałszywymi obrazkami abortowanych zarodków, bo dla nich liczy się tylko święte życie prenatalne. Prawdziwe życie znika z pola ich zainteresowania i troski. Życie dzieci po urodzeniu, życie kobiet zmuszonych do niechcianego i przerastającego je macierzyństwa staje się do bólu ludzkie a więc nie warte już uwagi.

24 października, w rocznicę islandzkiego strajku kobiet, planowana jest II runda kobiecych protestów. To jest ten czas i ta okazja, byśmy przestały być głuche, ślepe i obojętne na działania rządzących. Chodzi o nasze życie. O naszą przyszłość. Weźmy udział i przemówmy własnym głosem, solidarnie: my rodzimy, my wychowujemy, my DECYDUJEMY.

poniedziałek, 3 października 2016

Czarny poniedziałek

Biorę udział w ogólnopolskim strajku kobiet, bo:

* Jestem kobietą i sytuacja kobiet żywo mnie interesuje.

* Nie zgadzam się na odbieranie nam prawa do decydowania o swoim zdrowiu, życiu i ciele.

* Nie zgadzam się na piekło, które chcą nam zgotować religijni fanatycy w imię swoich prywatnych przekonań.

* Nie zgadzam się na to, by ktokolwiek zmuszał drugiego człowieka do poświęcenia i heroizmu ponad jego siły i chęci.

* Napawa mnie lękiem życie w kraju, w którym rządzący arbitralnie narzucają swój system moralny innym ludziom, ograniczając, a nawet łamiąc przy tym ich prawa i wolności oraz penalizują zachowania niezgodne z ich własnym systemem. 

* Chcę pokazać, że jestem częścią tego społeczeństwa, a Polska jest dla wszystkich Polek i Polaków, nie tylko dla tych, którzy wpisują się w miły władzom, model.


Jako naród, społeczeństwo, nie jesteśmy jednorodni i wcale nie musimy być, nie musimy się nawzajem rozumieć i akceptować, wystarczy jedynie byśmy szanowali wzajemną odmienność, nie oceniali się i nie stawiali własnych przekonań ponad innymi, byśmy nie odmawiali ludziom prawa do bycia takimi, jakimi są i chcą być.

Na styku uprawnień różnych grup zawsze pojawia się konflikt interesów, który powinien być rozwiązany jedynie w drodze kompromisu. Bo wszyscy jesteśmy równie ważni. Głęboką niesprawiedliwością jest uznanie pełni praw jednej grupy przy jednoczesnym, całkowitym pozbawieniu praw drugiej strony, a to właśnie przewiduje projekt dotyczący bezwzględnego zakazu przerywania ciąży. 

Biorę udział w proteście, bo chcę, żeby mnie zobaczyli i usłyszeli:

JESTEM  KOBIETĄ  I  MOJE  ŻYCIE  TEŻ  SIĘ  LICZY !

Mój pierwszy protest: Rzeszów, 1 października 2016