Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 kwietnia 2025

Półmetek

... urlopu już za mną. Czuję się dobrze, pogoda dopisuje, mam czas na ogród,  na sprzątanie, na dzierganie... To dla mnie najlepszy wypoczynek:-). Tak właśnie wyobrażam sobie emeryturę:-D.






Ten mały sweterek już przeznaczyłam do prucia. Co prawda uważam, że jest jednym z ładniejszych projektów w mojej szafie - fajne włóczki, krój i naprawdę udany melanż, ale nie potrafiłam się w niego ubrać. Parę tygodni temu, gdy zrobiło się ciepło, dałam mu ostatnią szansę. I zaskoczyło:-) Jednak mam do czego go zakładać i chyba jednak daruję mu życie. 

Tego samego nie mogę powiedzieć o popielato-grafitowym merynosie, który pokazywałam ostatnio. Był już właściwie skończony. Pozostało pochowanie nitek i wypranie. I nie! Ściągacze mnie denerwowały. Ja wiem, że po praniu i zblokowaniu mogłyby się ładniej ułożyć... może by nie było źle, ale ziarno niezadowolenia zostało już zasiane. Poza tym z tymi paskami coś było nie tak...


Następnego dnia rano sprułam całość i zaczęłam od nowa. Bez ściągaczy. Robię z karczkiem jak TEN, ale mam nadzieję, że ostatecznie nie będzie wyglądał jak bliźniak;-). Zobaczymy. W każdym razie Gazzal Unicord sobie jeszcze poczeka...


Na zdjęciu powyżej jest dokładnie tygodniowy urobek. Mało, bo dzięki ładnej pogodzie większość urlopowego czasu spędzam jednak na ogrodzie. Zmieniłam nieco otoczenie wokół miejsca na ognisko - wykopałam dwie trawy i zrobiłam na ich miejscu klomby na bazie starych opon i włożonych w środek wysokich donic. Trawy są fajne, ale bardzo mi zasłaniały znajdujące się za nimi krzewy, a zresztą i tak były za blisko ławek... Poza tym posadziłam tawułę szarą oraz wyplewiłam to, co było do wyplewienia i przeszłam do warzywnika.





W warzywniku najgorsza była wymiana folii na tunelu, bo najpierw trzeba było wykopać starą, a zakopana była naprawdę głęboko z obawy przed wiatrem, żeby nam jej nie zerwał. Mam nadzieję, że nową zakotwiczyłam równie solidnie. Potem wyplewienie grządek i ścieżek, to był już pikuś. W tunelu planuję paprykę, melony i arbuzy. W tamtym roku melona posiałam po raz pierwszy i wyszedł genialnie, więc w tym roku popróbuję dodatkowo z arbuzem:-). Po raz pierwszy posiałam też kukurydzę, strasznie jestem ciekawa, czy się uda. Reszta grządek czeka na obsianie (marchewka, buraki, cebula - może jutro) oraz sadzonki: ładnie wykiełkowały mi dynie i cukinie, pójdą do ziemi po połowie maja. A tymczasem zaczął się sezon na szparagi, codziennie zbieram po kilka sztuk i używam głownie do zielonych koktajli. No i zakwitły truskawki:-)



Dziś ogarnęłam kolejne miejsce - tu będzie groszek cukrowy i zielony. I nie wiem co jeszcze, bo jeszcze wszystkiego nie zaplanowałam.



Poza tym walczyłam z gąsienicami na porzeczkach i agreście - tym razem w porę je zauważyłam i zaczęłam zbierać zanim mi ogołociły gałązki. Czarną porzeczkę za to obsiadły mszyce... Nie ma jeszcze ślimaków, ale wszystko przede mną. Trzymajcie kciuki, żebym się nie wypaliła. Na razie wszystkie te prace sprawiają mi przyjemność (choć przeszłam załamanie, gdy zobaczyłam gąsienice) i dają satysfakcję. Ale gdy ma się urlop, to łatwo wszystko ogarnąć i wciąż mieć czas na odpoczynek. Gorzej, gdy trzeba to wszystko łączyć z pracą zawodową, szczególnie teraz, gdy nie mogę liczyć na wsparcie Mamy (złapała kontuzję barku i od pół roku nie może się wykaraskać)...


Spokojnego wieczoru i do następnego:-)

niedziela, 30 marca 2025

Świętokradztwo

... popełniłam - połączyłam szlachetną nić alpakowo-jedwabną z akrylem. Ale wyszło świetnie i jestem pewna, że nie pożałuję. Ostatnio pisałam, że ten sweter wyszedł mi nie taki, jak się spodziewałam, ale po praniu i zblokowaniu (pięknie się zblokował mimo dodatku akrylu) jest w sam raz;-)







Z małego sweterka powstała całkiem spora i wygodna rzecz, dzianina jest cienka, ale puszysta i ładnie się układa, a na dodatek nie jest tak gryząca jak wcześniej - mierzyłam do podkoszulka i jest całkiem znośnie, choć nie jestem pewna czy do wytrzymania przez par godzin... No ale do T-shirtu będzie całkiem spoko. Dziś było na koszulę i czułam się bardzo komfortowo:-)

Włóczka alpakowo-jedwabna to Baby Alpaka Silk z Dropsa (już nie produkowana), natomiast akryl, to cieniutka nitka w typie moheru na cewce, przerabiałam drutami 4,5 mm (ściągacze 3,5 mm):





Szarą akrylową zużyłam całą, natomiast alpakowo-jedwabna mi została, brakło mi dosłownie na jeden szary pasek, stąd pewnie moje niezadowolenie z ubiegłego tygodnia - nie lubię, gdy zostają mi takie małe motki, z których nie ma potem co zrobić... No bo co? Znów czapka? Dodatkowo zostało mi też trochę szarej Baby Merino, ale tę mam do czego wykorzystać. 


Generalnie nowy sweter wyszedł większy, a lżejszy od poprzedniego, a ja zupełnie nie spodziewałam się, że zostaną mi jeszcze jakieś resztki z niego i to mnie zirytowało, ale już mi przeszło;-)


Obiecałam Wam jeszcze zdjęcie grządki pod folią... No to tak to wygląda:





Zdjęcia z dzisiaj, rzodkiewka wzeszła:-D. W ten weekend miałam pokryć i zasiać drugą grządkę, ale wczoraj tak wiało, że się nie dało pracować z folią.

Dobrego tygodnia i do następnego!

niedziela, 26 lutego 2023

Po co te pudełka?


 

Jak mnie uruchamiają takie pytania! Owszem, to może być zwykła ciekawość. Ale zwykle słyszę w nich powątpiewanie w sens mojej pracy. Bo jeśli tylko dla siebie, na swoje biurko, a nie dla kogoś, na prezent z jakiejś okazji lub na zamówienie, za pieniądze, to właściwie po co to robić? Tak jakby liczył się tylko sens ekonomiczny.

Zrobiłam, bo mogłam. Bo miałam surowe drewniane pudełka po winie, które dostałam w prezencie, farbki pozostałe z malowania "Kobiety z kwiatem", bejce i lakiery, pozostałe z wcześniejszych prac... Bo miałam na to czas. Bo mam satysfakcję, gdy później jestem zadowolona z efektu; bo lubię dekorować swoją przestrzeń własnoręcznie zrobionymi przedmiotami; bo malowanie pudełek, to fajne zajęcie wspólnie z Florkiem.

I tak, te pudełka po winie, gdy stały na moim biurku w stanie surowym, spełniały dokładnie tę samą funkcję, co teraz. Ale gdy widzę je teraz, to się uśmiecham. Nie tylko dlatego, że tak ładnie wyszły. Ale przypomina mi się od razu, jak Florek z pędzelkiem w dłoni planował jaki kolor wybierze do kolejnych pasków, jak się cieszył z tego malowania ze mną, jak trajkotał podekscytowany wspólnym tworzeniem.




 

Kuferek też trafił do mnie jako prezent. Właściwie jako opakowanie dla różnego rodzaju prezentowych dóbr, którymi był wypełniony. Dobra spożytkowaliśmy, natomiast sam kuferek uległ uszkodzeniu w transporcie - miał popękane wieko, które postanowiłam jakoś naprawić. Niestety, nie mam zdjęć przed... nigdy nie myślę o tym żeby zrobić... Natomiast naprawiony wygląda tak:





Pęknięcia zakleiłam taśmą malarską, potem pomalowałam na biało, a następnie nakleiłam motyw z papieru ryżowego. Miałam tylko jeden arkusz i brakło mi na boki, więc brakujący motyw domalowałam sama. Może kto inny zrobiłby to tak, żeby nie było widać przejścia, ale ja i tak jestem zadowolona z efektu. Uważam, że jest wystarczająco ładnie:-). Na zbliżeniach widać pęknięte miejsca - załamuje się na nich papier ryżowy. No i od spodu też widać, bo tam ograniczyłam się tylko do naklejenia taśmy.

Poza tym - kończy się luty. Luty minie, już po zimie:-). Choć za oknem aktualnie trochę śnieży, to w głowie mam już wiosnę i ogrodnicze plany. Posiałam pierwsze sadzonki: trawę cytrynową, karczochy i żółte poziomki. Zobaczymy, co z nich wyjdzie:-)



Spokojnego nowego tygodnia:-)

poniedziałek, 13 września 2021

Co było, gdy mnie tu nie było

Po nieprzyjemnej wiośnie nastało równie nieprzyjemne lato. Owszem, było parę pięknych dni i ciepłych wieczorów, ale tak jakoś złośliwie się składało, że zwykle wypadały one w ciągu pracującego tygodnia i nie było kiedy się nimi nacieszyć. Wszelkie prace ogrodowe ciągnęły się niemożebnie, wciąż przerywane deszczem. A to nie był jedyny powód moich frustracji... Praca zawodowa, kontakty społeczne, wydarzenia w kraju, zdrowie oraz inne losowe gówniane przypadki, dzień w dzień zapewniały mi stan przykrego napięcia emocjonalnego. To nie jest coś, czym człowiek chce się dzielić. Musiałam się odizolować. I skorzystać wreszcie z profesjonalnej pomocy, bo doszłam do takiego punktu, że myślałam tylko o tym, żeby skołować karabin i strzelać. Albo do ludzi, albo do siebie.

Nie powiem, że już jest dobrze. Ale jest lepiej. Troszkę lepiej. Przynajmniej nie fantazjuję już o strzelaninach;-). Farmakologia plus skupienie na rzeczach do zrobienia, wykonywanych czynnościach, na małych krokach, zamykaniu krótkich etapów, trochę mnie uspokoiło. Pierwszy miesiąc był szczególnie kojący. Jakbym była nakryta jakimś niewidzialnym polem ochronnym. Nie dotykało mnie nic, co działo się na zewnątrz. Ani dobrego, ani przykrego. To był czas błogiej obojętności. Nieodczuwanie emocji było tak odprężające, że aż mi szkoda, że to nie na zawsze... Teraz leki mają mi pomóc reagować bardziej adekwatnie, więc znów czuję. Dlatego znów dni są różne. Najczęściej albo zwyczajne, albo gorsze. Ale się nie poddaję, nie odpuszczam leczenia. 


 

Robótkowo w tym czasie nie robiłam absolutnie nic. Wiosną zaczęłam dwie bluzki drutowo-szydełkowe i chyba już ich nie skończę w tym sezonie. Ale mam też dwa gotowe udziergi, których nawet do tej pory nie sfotografowałam; w tym wypadku jest szansa, że jeszcze nadrobię i pokażę:-). Decoupage - zero. Na uporczywe prośby Dominiki zrobiłam jej skrzynkę na wino, żeby mogła dać w prezencie ślubnym, ale poszłam po linii najmniejszego oporu - po prostu pomalowałam skrzynkę lakierobejcą i nakleiłam kilka motywów z surowego drewna. I nawet nie sfotografowałam...

Czytelniczo też bez rewelacji, zwłaszcza, że wybieram książki takie, jak się czuję, a więc trudne i przygnębiające. Poza tym i tak nie mam czasu na lekturę bo przecież podwórko... Dlatego moje czytelnictwo ogranicza się najczęściej do scrollowania FB i Instagrama - to teraz moje główne źródła kontaktów społecznych oraz informacji o wydarzeniach w Polsce i na świecie, opiniach i prognozach na przyszłość. Trzymam się z daleka od zawodowych polityków, medialnych gadających głów i maistreamowych wychowawców. Wolę niezależnych aktywistów_tki - są dla mnie bardziej przekonujący i jeśli już ktoś ma wpływać na moją opinię, to wybieram ich. A ponieważ aktywizm jest zaraźliwy, to wzięłam udział w zbiórce podpisów pod obywatelskim projektem ustawy "Legalna aborcja". W swoim mieście, na Rynku, w samym sercu konfederacko-pisowskiego siedliska. Nie było źle. Obawiałyśmy się agresji, co najmniej werbalnej, ale nie było żadnych incydentów. Wprost przeciwnie - to było bardzo budujące doświadczenie. Z każdym kolejnym podpisem, z każdym przyjaznym uśmiechem i słowem kolejnych osób, czułam się bardziej na miejscu i bardziej u siebie:-). Pamiętam, że podobnie czułam się po październikowym proteście, ale na co dzień o tym jednak zapominam. Na co dzień czuję się tu bardzo wyobcowana. Dlatego wdzięczna jestem wszystkim które i którzy się podpisali:-). 

 

Pożegnałam swój samochód. Miał 21 lat, a ze mną był od lat 13. Po ostatnim przeglądzie poczyniłam sporo nakładów, żeby mu przedłużyć życie. Po wszystkim jeszcze raz pojechałam do pana od przeglądu, by zerknął, czy wszystko jest ok. Wystawił kciuk do góry i powiedział z uśmiechem, że przedłużyłam żywotność auta o dobrych parę lat. Mimo wydanych pieniędzy cieszyłam się, bo poza wiekiem to było naprawdę dobre auto i nawet nie chciałam myśleć o przesiadce do czegoś innego. Dwa tygodnie później, podczas jazdy, strzelił pasek rozrządu. Z trasy zwiozła mnie laweta. Przy wszystkich samochodowych sprawach nikt nie pomyślał o wymianie paska rozrządu. JA nie pomyślałam! Auto poszło na złom. W doskonałym stanie ogólnym. Z roztrzaskanym sercem. Wciąż nie mogę go odżałować i wściekam się na własną bezmyślność.

Świętowaliśmy kolejne urodziny Florka. Czwarte. Ale leci! Była impreza ogrodowa. Na szczęście pogoda tego akurat dnia dopisała, bo inna opcja raczej nie wchodziłaby w grę - w mieszkaniu byśmy się nie zmieścili. Mieliśmy też innych gości z innych okazji. Przy każdej z nich otrzymywałam mnóstwo ciepłych słów, a czasem nawet zachwytów odnośnie aranżacji ogrodowej przestrzeni. W tych momentach czułam się naprawdę spełniona. Bo ten ogród, choć wciąż jeszcze niedokończony, to moje "dziecko". Oczywiście rodzina pomaga, sama nie dałabym rady z wieloma pracami, ale często jest tak, że muszę ciągnąć resztę swoim entuzjazmem, planem, jakąś mglistą wizją. A oni mają wątpliwości, są niechętni, bo PO CO???? Czy sama trawa by nie wystarczyła??? Do tego huśtawka, zjeżdżalnia, piaskownica, domek do zabawy dla Florka... Tylko kilka krzewów, bo po co aż tyle???

Sama nie wiem. Czasem, w gorszych chwilach, też się zastanawiam - po co to robię? I jeszcze innych, wbrew ich chęciom, w to wciągam, zajmuję wolny czas, zawracam głowę, namawiam, przekonuję. Rządzę. A przecież nie mam prawa, bo to wspólna przestrzeń, a ja organizuję ją według własnego widzimisię. I nie znajduję innej odpowiedzi, jak ta najprostsza - bo chcę. Bo chcę, żeby było ładnie, bo to mi sprawia przyjemność. Bo kiedy wieczorem siądę sobie na tarasie i patrzę na swoje dzieło, to czuję dumę i jestem szczęśliwa. Bo żaden film nigdy nie podobał mi się bardziej, jak ten oglądany w naszym ogrodowym kinie plenerowym. Bo żadne kwiaty i inna zieleń nie dawały mi tyle radości jak te, posadzone własną ręką. Znam je wszystkie, codziennie oglądam, cieszę się, gdy się przyjmują i rozrastają. Wiem o każdym nowym pąku, zachwycam świeżymi pędami i listkami. Przycinam, podlewam, plewię. Spacerowanie między roślinami w szkółkach, wybieranie i kupowanie sprawia mi tyle samo frajdy, co oglądanie, dotykanie i kupowanie włóczek:-). Praca w ogrodzie to moje nowe flow. Nawet, gdy jest trudno, ciężko, gdy aż pieką mięśnie, a pot zalewa oczy - to jest dokładnie to, co w danej chwili chcę robić.

Niestety, nie zrobiliśmy wiele w tym roku. Na pewno mniej jak w ubiegłym. Przede mną wciąż jest tworzenie warzywnika z podwyższonymi grządkami. Nie mam pomysłu na wjazd z ulicy pod wiatę. Niedokończona jest strefa owocowa (maliny, jeżyny, jagody, porzeczki, agrest), wciąż nie ma drzewek owocowych. Sporo zostanie na przyszły rok... Mniej więcej skończona jest tylko strefa rekreacyjno-wypoczynkowa i na teraz wygląda tak:

1. Miejsce na ognisko. Po deszczu palenisko zmienia się w oczko wodne, ale kto by się przejmował takimi szczegółami, przecież w deszczową pogodę i tak się ogniska nie pali, za to jak pięknie w wodzie odbijają się kolorowe lampki z girlandy solarnej;-)










2. Plac zabaw Florka. Wysypany jest drobniutkim żwirem i tu, przyznam, miałam chwilę wątpliwości. Po wysypaniu pierwszych kilku taczek z ponad 6 ton żwiru, gdy wszyscy, jak jeden mąż zgodnie stwierdzili, że to już moja totalna głupota, że kamyki będą wszędzie, poza tym żwir jest brudny, wszystko się od niego kurzy, a Florka buty po jednym dniu nadają się od razu tylko do prania... Dałam za wygraną. Ok, zbieramy to, cośmy wysypali, zwijamy agrowłókninę, a żwir... nie wiem, coś wymyślę. Na szczęście do tego nie doszło. Rodzina postanowiła jednak dać żwirowi szansę, szczególnie, że Florek był naprawdę zachwycony. A żwirowy kurz po paru deszczach całkiem się zmył. Teraz, gdy widzę jak Flo bawi się na swoim placu, jak kopie, przesypuje, układa trasy dla swoich samochodów, to wiem, że to był jednak dobry pomysł:-)







 

3. Plenerowe kino - weekend i właśnie szykuje się kolejny film:-)









Plenerowe kino funkcjonowało już w ubiegłym roku, ale teraz je dopieściliśmy - jest nowy ekran, niższy stolik pod projektor i ładniejsze otoczenie. Od lipca, jeśli tylko nie pada, to w każdy piątek i sobotę (a czasem nawet w niedzielę) organizujemy sobie seans. Niestety ciepłych letnich wieczorów praktycznie w tym roku nie było, ale jest kocyk, gorąca herbata z imbirem, lub czekolada... i jest doskonale nawet przy 5 stopniach powyżej zera. Serio:-)

Teraz pracujemy nad warzywnikiem z podwyższonymi grządkami. Dziś zabetonowaliśmy obrzeża pod drugą grządkę. Zostały jeszcze dwie, ale za to najdłuższe. I to musi zostać zrobione jeszcze w tym roku. Może uda się jeszcze kupić i zaimpregnować deski, z których zbijemy skrzynie... Zobaczymy...