Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wariacje kuchenne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wariacje kuchenne. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 marca 2016

Co by tu sobie....

To że jestem łakomczuchem i uwielbiam słodycze, to żadna tajemnica. Co prawda jakiś czas temu postawiłam sobie szlaban na te sklepowe, wysoko przetworzone, pełne cukru, syropu glukozowo-fruktozowego i utwardzonych tłuszczy roślinnych, ale tak całkiem nie jestem w stanie sobie słodyczy odmówić. Apetyt na słodycze jest przy mnie zawsze. Staram się go ignowrować, próbuję odwracać uwagę i oszukiwać. Ale od czasu do czasu ulegam i na przykład robię sobie takie śniadanko:

KASZOTTO Z DUSZONYMI JABŁKAMI,
BAKALIAMI,
POD CZEKOLADOWO-KOKOSOWĄ POSYPKĄ

Składniki:
* ugotowana kasza pęczak (powiedzmy niepełna szklanka, została mi z obiadu),
* 1 średnie jabłko,
* łyżeczka oleju kokosowego,
* garstka pokrojonych suszonych owoców (dałam morele i miechunkę),
* łyżka (lub dwie) siekanych orzechów włoskich ze słonecznikiem,
* 3 kostki gorzkiej czekolady,
* łyżeczka wiórków kokosowych.

W rondelku o grubym dnie rozpuścić olej kokosowy, dodać pokrojone w kostkę jabłka i chwilę dusić na minimalnym ogniu pod przykryciem. Gdy jabłka trochę zmiękną dorzucić suszone owoce. Dusić jeszcze chwilę. Moje jabłka były miękkie, ale nie rozpadały się. Dołożyć kaszę i orzechową siekankę. Wymieszać. Można potrzymać jeszcze chwilę na ogniu, żeby całość się zagrzała. Wyjąć na talerz, posypać startą czekoladą i wiórkami kokosowymi.


Danie jest naturalnie słodkie i moim zdaniem nie wymaga dodatkowych słodzików. Pęczak stawia delikatny opór zębom i sam smakuje jak orzeszki. Jabłka i kawałki suszonych owoców rozpływają się w ustach, lekko kwaśna miechunka delikatnie równoważy słodycz pozostałych składników. Aromat gorzkiej czekolady otula całość... Ranyyyyyy! Jakie to było dobre! Idealne zarówno na śniadanie, deser jak i podwieczorek. Na kolację.... jest ryzyko, że pójdzie w boczki;-).


Z takich proporcji wyszły mi dwie porcje. Całe moje:-). Mąż ze wszelkich słodyczy najbardziej lubi marynowane śledzie w oleju. Albo kiełbasę;-).

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Było słodko

Jak wygląda Wasza ulubiona chwila? Moja jest przede wszystkim wolna od obowiązków, ciepła, miękka i słodka. Od niedawna ma też smak zielonej kawy, która z mlekiem i odrobiną miodu, w zestawie z domowymi słodyczami, smakuje po prostu wybornie. Do tego puszyste motki, stare filmy i wesoła rodzinna kompania... Moje dwa tygodnie urlopu składało się głównie z takich chwil. Tak mogło by dla mnie wyglądać Niebo. Jeśli by istniało...

Tymczasem jednak pora wrócić na ziemię... A takie powroty nigdy nie są łatwe. Na pociechę zaserwuję więc wszystkie swoje słodkości z urlopowych dni.


1. Kruche ciasteczka "na winie". Nie żeby z alkoholem, wszak alkoholu nie używam:-). Ale odkryłam przy tej okazji, że ciasteczka można upiec dosłownie ze wszystkiego. Grunt żeby składniki dobrze się skleiły i żeby można było utoczyć z nich kulki, które później uklepuje się w placki. Najpierw wymieszałam więc wszystkie "mokre" składniki (koktajl bananowy, ze dwie łyżki dżemu dyniowego, trochę roztopionego masła, kilka pokrojonych daktyli zalanych małą ilością gorącej wody, żeby zmiękły, trochę startego imbiru). Do tego dodałam mąkę (ze dwie szklanki). Wszystko jedno jaką. Na pewno było trochę kokosowej. Kokosowa fajnie wchłania wilgoć, daje piękny zapach i się nie klei. Potem siekaną gorzką czekoladę oraz siekane orzechy i pestki. Piekłam w 180 stopniach jakieś 25 minut. Może trochę za długo, ale lubię takie mocno przyrumienione, na granicy przypalenia.


2. Jaglane Rafaello. Robiłam wg TEGO przepisu. Naprawdę prosta i pyszna rzecz! Bardzo polecam.


3. Racuchy Małgosi, które nie dały się usmażyć na patelni, za to genialnie się upiekły:-). Pycha!


4. Jaglane Ferrero Rocher. Zachęcona sukcesem Rafaello, postanowiłam analogicznie zrobić kulki czekoladowo-orzechowe. Zamiast wiórek kokosowych dałam siekane orzechy laskowe, zamiast masła gorzką czekoladę. Do tego ze dwie łyżki kakao i amarantus ekspandowany do obtaczania. Genialnie wyszło! 


5. Ciastka kładzione - owsiano-jabłkowe. Wariacja na temat racuchów Małgosi. Składniki mokre: szklanka kefiru, jakieś 50g roztopionego masła, pokrojone figi zalane gorącą wodą, żeby zmiękły). Do składników mokrych wrzucamy 4 starte na grubych oczkach jabłka, 1 pokrojony w kostkę banan, garść suszonej żurawiny, pół łyżeczki cynamonu, siekane orzechy i pestki. Na końcu 2 szklanki grubo zmielonych płatków owsianych. Oraz łyżkę ksylitolu. Wyszła konsystencja racuchowa. Kładłam łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, uklepywałam i piekłam 35 min. w 180 stopniach. Ciasteczka wyszły miękkie, słodkie i wilgotne. Idealne do kawy na deser. Na śniadanie zresztą też, bo to takie ciastka-musli:-)



Życzę wszystkim wspaniałego Nowego Roku, żeby było w nim jak najwięcej miłych chwil, takich, jakie lubicie najbardziej. I żeby nikomu nie brakło słodyczy. Również w sercu:-).

wtorek, 3 listopada 2015

Kulinarny hand made

Pod moim wpisem o dyni zapiekanej z jabłkiem, Małgosia spytała, czy robiłam kiedyś dżem dyniowo-jabłkowy. Otóż nie robiłam. Ani nawet nie jadłam. Ale ten pomysł tak zawładnął moją wyobraźnią, że po prostu musiałam go zrealizować.

Zaczęłam od przeczesania sieci w poszukiwaniu odpowiedniego przepisu. Wszędzie na liście składników występował cukier, ale ja uparłam się, że spróbuję bez. Bo wydawało mi się, że skoro jabłka są słodkie, dynia też, to po jakie licho jeszcze dosładzać??? Najbardziej do gustu przypadł mi TEN przepis, szczególnie, że występowała w nim dynia Hokkaido, a taką właśnie miałam w domu. Dokupiłam tylko jabłka (w opinii pani ze sklepu najsłodsze były Golden Delicious) oraz pomarańczę. I zrobiłam.

I skaszaniłam! Bo: albo źle starłam skórkę z pomarańczy, albo dałam jej za dużo, bo goryczka w dżemie była bardzo wyczuwalna i przeszkadzająca. Dla ratowania dzieła musiałam jednak dosłodzić. Ale zamiast czystego białego cukru postanowiłam dać słoiczek dżemu figowego z Biedronki*. To dobry dżem i poza cukrem ma całkiem przyzwoity skład. Doskonale się z moim wyrobem skomponował:-). Goryczka nadal jest wyczuwalna, ale figowa słodycz smakowicie ją łagodzi.

DŻEM DYNIOWO-JABŁKOWO-POMARAŃCZOWO-FIGOWY
(wersja prototypowa)


Składniki:
1/2 kg dyni Hokkaido,
1/2 kg jabłek Golden Delicious,
1 pomarańcza (otarta skórka + miąższ),
1 słoiczek (310g) dżemu figowego,
cynamon, imbir (dałam trochę w proszku i trochę świeżego startego).

Dobrze umytą dynię oraz jabłka (bez obierania, ale po wydrążeniu gniazd nasiennych) starłam na tarce na dużych oczkach, wrzuciłam do gara, podlałam niewielką ilością wody i wstawiłam do duszenia na małym ogniu. Pomarańczę dokładnie wyszorowałam, starłam skórkę z całości, potem dokładnie obrałam, pokroiłam i dorzuciłam do dyni i jabłek. Wszystko razem dusiło się do miękkości około godziny. Po tym czasie zdjęłam z gazu, całość zmiksowałam blenderem, dodałam cynamon, imbir, skosztowałam i... pobiegłam do sklepu po dżem figowy;-).

Jeszcze ciepły dżemik, podrasowany słodkim dodatkiem, smakowałam od razu wieczorem z waflami ryżowymi (mimo że mój wewnętrzny dietetyk wrzeszczał mi z tyłu głowy, że węglowodany spożywane o takiej porze prawie w całości zamieniają się w ciągu nocy w tłuszcz)... Pyszne było!

Na drugi dzień zjadłam na śniadanie, z bułeczkami opiekanymi w tosterze. Jak słowo daję - jeszcze lepsze!


Na trzeci dzień wzięłam do pracy, by podzielić się smakiem z koleżanką - była zaskoczona, że mimo goryczki, dżem jest taki dobry:-). Dynia zniknęła, jabłka też. Wszystko zdominowała pomarańcza, a figowa słodycz dopełnia smaku całości. Prototyp, choć niedoskonały, uważam więc za całkiem udany:-). Ale mam zamiar produkt jeszcze dopieszczać. Jeśli macie doświadczenia z wykorzystaniem startej skórki pomarańczowej koniecznie dajcie znać, bo ja w tej dziedzinie świeżak jestem. Może ta goryczka, to normalna sprawa?

Z podanych proporcji udało mi się uzyskać nieco ponad 1,5 litra dżemu. Nie pasteryzowałam. Do bieżącego spożycia. Zdumiewająco prędko idzie;-).

A pełnoziarniste bułeczki na zakwasie własnoręcznie upiekł  mój drogi Małżonek:-).


Upiekł też chleb i przepyszne ciasto drożdżowe ze śliwkami, które w oka mgnieniu zostało przez nas pożarte wiec zdjęć nie mam, ale w najbliższy weekend planuje powtórkę, to nadrobię. A tymczasem robię marsze. Bo skoro nie potrafię się oprzeć takim łakociom, to muszę w inny sposób powstrzymywać obrastanie tłuszczem;-).

 
*A dżem figowy z Biedronki wygląda tak:

Źródło

sobota, 17 października 2015

Jesienne smaki

W ten nieprzyjemny, ponury i dżdżysty dzień, proponuję coś ciepłego, pachnącego i sycącego - dynię zapiekaną z jabłkiem.

Nie mam pojęcia co to za gatunek dyni. Pani w sklepie też nie wiedziała. Wiedziała natomiast, że świetnie smakuje zapieczona z jabłkiem. Jak mi pani poradziła, tak zrobiłam.

DYNIA ZAPIEKANA Z JABŁKIEM


Składniki:
* 2 dynie jak na zdjęciach (zielono-żółto-pomarańczowa skórka, wielkość jak hokkaido),
* 2 jabłka,
* przyprawy i bakalie (cynamon, miód, orzeszki, rodzynki... co kto lubi).


Dynię przekroić na pół (w poprzek) i wydrążyć pestkowy środek. Delikatnie ponacinać. Oprószyć wiórkami masła i cynamonem. Wstawić do gorącego piekarnika (180 st. C) na jakieś 15-20 min. W tym czasie przygotować jabłka - przekroić na pół (wzdłuż), wydrążyć pestkowy środek, oprószyć cynamonem. Połówki jabłek włożyć do wydrążonych połówek dyń i ponownie do piekarnika. Zapiekać około 25 min. Wyjąć, posypać siekanymi orzeszkami (można też delikatnie polać miodem, ale nie jest to konieczne, szczególnie, gdy ma się słodkie jabłka) i piec kolejne 5 minut. Stopień upieczenia dyni najlepiej sprawdzać widelcem - powinien miękko się wbijać. Podawać gorące.


Taka połówka dyni to naprawdę spora porcja!

Smacznego:-)

wtorek, 7 lipca 2015

Surówka z czerwoną porzeczką

... czyli efekt kulinarnych inspiracji:-)

Kiedyś na Jadłonomi znalazłam surówkę  z kapusty czerwonej z granatem oraz sałatkę z pieczonych buraków również z dodatkiem granatu. Nawet wypróbowałam. Ale zarówno smak, jak i konsystencja granatu mnie nie przekonały, choć przyznaję, że wizualnie ten owoc robi bardzo dobre wrażenie.

Niedawno u Fidrygauki przeczytałam o sałatce z sosem teriyaki... Bardzo intrygująca, ale nie wypróbowałam, bo nie znalazłam u nas świeżej kolendry. Z zaskoczeniem jednak znalazłam na sklepowych półkach sos teriyaki - dla mnie całkowita nowość. Ciekawa smaku wzięłam i kupiłam.

Ostatnio zaś dostałam od Mamy wiaderko czerwonych porzeczek i reklamówkę buraków z liśćmi... I zaczęło mi się kojarzyć... A gdyby tak zamiast granatu - czerwone porzeczki? Trochę do granatu podobne - czerwone i soczyste i wcale nie aż tak kwaśne, jak je z dzieciństwa zapamiętałam:-). A zamiast kapusty czy pieczonych buraków - może by buraczane liście? I do tego słodki sos teriyaki... Do kwaśnych porzeczek może pasować...

Jak pomyślałam, tak zrobiłam. A efekt smakowy przeszedł moje najśmielsze oczekiwania. To będzie zdecydowanie jedna z moich najulubieńszych letnich, odżywczych i orzeźwiających surówek, w której kwaskowość porzeczki przepysznie komponuje się ze słodyczą marchewki, papryka ze słonecznikiem zapewniają genialną chrupkość, zaś cebulka z pieprzem dodają pikanterii. Całość aromatycznie i słodko otula sos teryiaki:-). No i kolorystycznie...  Jak dla mnie, nawet bez granatu - prawdziwa bomba;-).

KWAŚNO SŁODKA SURÓWKA Z CZERWONĄ PORZECZKĄ


Proporcje składników w większości podaję bardzo orientacyjnie. Dałam ile miałam. Nam wyszły z tego dwie porcje. Ale myślę, że taka ilość z powodzeniem wystarczyłaby dla czterech osób z normalnym, a nie nadętym jak nasz, apetytem;-).

* szklanka czerwonych porzeczek,
* dwie spore garści liści z buraków,
* dwie małe marchewki,
* garstka naci z marchewki,
* jedna zielona cebulka z białą bulwą,
* po kawałku papryki czerwonej i żółtej (po pokrojeniu w kostkę wyszło jej, mniej więcej, po garstce),
* łyżka sosu teriyaki,
* łyżka (kopiasta) ziaren słonecznika,
* łyżka oleju z suszonych pomidorów wraz drobno pokrojonymi suszonymi pomidorami,
* czosnek niedźwiedzi, sól, pieprz.

Porzeczki umyć i obrać z szypułek, osączyć. Marchewkę zetrzeć na tarku, na grubych oczkach. Buraczane liście, marchewkową nać, paprykę i cebulkę - pokroić. Dodać resztę składników, wymieszać, doprawić.


Niebo w gębie! Szczególnie, gdy zagryza się kromką pełnoziarnistego chleba z masłem i plastrem świeżego twarogu:-). Niestety, kromka nie załapała się do zdjęć... Ale była. I wciąż na wspomnienie tego smaku cieknie mi ślinka...

Przy okazji chciałabym się usprawiedliwić, że w najbliższym czasie będzie mnie trochę mniej w sieci. Bo się urlopuję. Jak na razie jest leniwie, upalnie i pysznie. Nigdzie nie wyjeżdżam, bo i po co, skoro i tak czuję, że jestem w Raju:-).

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Chrup crunchy!

Do kompletu z puszką na musli, zrobiłam sobie puszkę na crunchy. Oraz samo crunchy, bo co mi po pustej puszce?


Robiłam wg TEGO przepisu. Mniej więcej. Bo zamiast płatków owsianych dałam mieszankę (owsiane + orkiszowe + żytnie) i zamiast mleka zwykłego dałam kokosowe, które sama zrobiłam*. Kokosową pulpę, która została mi po wyciśnięciu mleka, też dołożyłam do mieszanki.


Za to ściśle trzymałam się sposobu pieczenia. Wyszło genialnie. Słodko i chrupiąco. Idealny dodatek do musli lub deseru truskawkowego (lub innego, ale aktualnie truskawki są na topie) lub do przegryzania solo.


Przyznam się, że solo smakuje najbardziej:-)



*Przepis na mleko kokosowe znalazłam gdzieś w sieci i nie pamiętam gdzie.
Szklankę wiórek kokosowych zalewamy 1,5 szklanki wrzątku i odstawiamy na 2 godziny. Po tym czasie blendujemy i odciskamy. Wytłoczyny ponownie zalewamy wrzątkiem (1/2 szklanki), blendujemy (już bez czekania) i odciskamy. W sumie uzyskujemy około 2 szklanki przepysznego kokosowego mleka, które ponoć można przechowywać w lodówce, ale ja mam zawsze tak zaplanowane, żeby zużyć od razu całe dwie szklanki, bo przy okazji pieczenia crunchy można też upiec ciasteczka owsiane z dodatkiem kokosowych wytłoczyn i mleka, albo szarlotkę Sowy, o właśnie:-).

poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Nie zrobiłam nic

Mam banalną, ale prawdziwą wymówkę. Pogoda. Nie motywowała.

Nie rozpoczęłam sezonu rowerowego. Nie posiałam ziółek. Nie oczyściłam i nie przymierzyłam palet, w których ziółka mają sobie rosnąć. Nie tknęłam sypialni. Nawet kilimu/zagłówka nie udało mi się skończyć...

Dużo czytałam. Bo czytanie nie wymaga zachodu. Nawet z łóżka nie trzeba do niego wstawać;-)
(Aż nie nadążam z opisywaniem wrażeń z przeczytanych lektur... Ale o tym innym razem.)

I ciasteczka upiekłam. Dwa razy. Bo mam jabłka w ilości hurtowej więc bardzo się staram dobrze i smacznie je spożytkować, i nie dopuścić, by się popsuły. Wzięłam, bo rozdawali. Taki nawyk - jak dają, nigdy nie odmawiam. Dwie skrzynki wielkich (niektóre sztuki mają ponad pół kilograma), zielonych, ale słodkich i soczystych, jabłek. Przepyszne na surowo. Doskonałe w postaci musu. Idealne jako dodatek do surówek. Jem na śniadanie, obiad i kolację. I na deser też:-). Uwielbiam!

CIASTECZKA JABŁKOWO-OWSIANO-KOKOSOWE


Składniki na około 15 ciastek, całą dużą blachę:

1,5 szklanki musu jabłkowego,
1 szklanka mieszanki płatków (u mnie owsiane, żytnie, jaglane oraz sezam),
1 łyżka oleju kokosowego,
3 łyżki wiórków kokosowych,
10 daktyli,
garść rodzynków,
garść migdałów.

Mus delikatnie podgrzać i rozpuścić w nim olej kokosowy. Dodać rodzynki, pokrojone daktyle i płatki. Zostawić na około godzinę, żeby płatki zmiękły i spęczniały. Dodać wiórka i siekane migdały.
Nakładać łyżką na blachę wyłożoną papierem do pieczenia, trochę rozpłaszczyć i wyrównać brzegi. Włożyć do piekarnika nagrzanego do 200 st. C. na 25-30 min. Do upieczenia pewnie wystaczy mniej czasu, ale osobiście lubię, gdy są dobrze przyrumienione.


Ciasteczka są smaczne i proste. I też nie wymagają wielkiego zachodu:-)
Większość z dzisiejszego wypieku zapakowałam córce do Krakowa. Już pojechała. Ale zostawiłam sobie parę sztuk na osłodę...


No to idę osłodzić sobie to ostatnie wolne, świąteczne, popołudnie:-)
Jutro wracamy do powszedniości...

czwartek, 26 marca 2015

Gryczanka

... czyli słodkości z kaszy gryczanej. A konkretnie ze skiełkowanej kaszy gryczanej. 

Pierwszy raz w życiu kiełkowałam kaszę gryczaną! Nawet nie wiedziałam, że można ją kiełkować. A można, pod warunkiem, że będzie to kasza niepalona. Smakuje doskonale. Bardziej orzechowo niż kaszowo. Zupełnie nie czuć tego specyficznego gryczanego posmaku. Przepis bazowy - TUTAJ. Bez zmian zostawiłam tylko kaszę gryczaną, resztę zmodyfikowałam.


Składniki:
1 szklanka niepalonej kaszy gryczanej (po skiełkowaniu jest jej trochę więcej),
200g suszonych owoców (dałam daktyle, figi i rodzynki),
200g pestek i orzechów (dałam siekane orzechy włoskie, płatki migdałowe i słonecznik),
5 łyżek zmielonego siemienia lnianego,
łyżka oleju kokosowego (w temperaturze pokojowej).

Daktyle i figi pokroić i zalać niewielką ilością ciepłej, przegotowanej wody, odstawić, żeby zmiękły.
Gdy zmiękną (czekałam coś około trzech godzin) zmiksować ze skiełkowaną kaszą i olejem kokosowym. Dodać siemię, rodzynki, orzechy, słonecznik. Wymieszać. Przełożyć do keksówki. Uklepać, wyrównać, odstawić do stężenia do lodówki. Można kroić w plastry lub kostkę. 

Konsystencją przypomina to chałwę. Smakiem... Coś zupełnie nowego. Nie było bardzo słodkie, ale mnie takie pasowało. Można dać więcej suszonych owoców wtedy gryczanka będzie słodsza. Można dosłodzić ksylitolem. Można dać siekaną gorzką czekoladę (następnym razem tak zrobię). Można dać sezam (może będzie bardziej chałwowa w smaku). Można wykorzystać jako spód do szarlotki bez pieczenia. Swoją gryczankę jadłam właśnie z duszonymi jabłkami na zimno i smakowała wybornie:-).


Na pewno będę jeszcze eksperymentować z tym przepisem:-)

środa, 28 stycznia 2015

Fasolka a' la Sojowy

Sojowy - ksywka, którą mój mąż otrzymał jeszcze w czasach szkolnych, bynajmniej nie miała kulinarnych konotacji. W tamtych czasach nikt nawet nie podejrzewał, że parędziesiąt lat później, nie tylko jego pseudonim kojarzyć się będzie z jedzeniem, ale i on sam stanie się twórcą kulinarnych pyszności. Miałam nosa, mianując go, lata temu, naszym domowym kucharzem:-).

Jednakże sukces nigdy nie ma tylko jednego i w ogóle tylko, ojca. Ma też matkę. Znaczy mnie;). Bo często to ja podrzucam Sojowemu kucharzowi pomysły na to, co i w jaki sposób ugotować. A potem, w poczuciu współautorstwa, chwalę się co lepszymi kąskami na blogu:). Na przykład tą fasolką. No po prostu boskie danie!


Składniki na 4-5 porcji:
fasola biała (350 g suchej),
1 większa cebula,
150 g boczku,
włoszczyzna (marchewka, pietruszka, seler, por),
1 mała puszeczka przecieru pomidorowego,
przyprawy (sól, pieprz, papryka, majeranek, kolendra),
zielenina do posypania (rukola).

Na pierwszy rzut:
Fasolę, (namoczoną poprzedniego dnia wieczorem), opłukać, zalać małą ilością świeżej wody (tyle, żeby przykryła fasolę), gdy zawrze, ściągnąć powstałą pianę, posolić i gotować na wolnym ogniu przez ok. 15 minut bez przykrycia, żeby ulotniły się gazy. Potem gotować normalnie. Tradycyjnie fasola gotuje się długo (60-90 min), ale my, po pracy głodni jak wilki, skorzystaliśmy z szybkowara - wówczas wystarczy 20-25 min.

W tym czasie w innym garnku (najlepiej o grubym dnie):
Na tłuszczu zeszklić 1/3 pokrojonej cebuli i pora, dodać pokrojoną (lub startą na grubych oczkach) włoszczyznę. Zalać wrzątkiem nieco ponad poziom warzyw. Dodać sól i pieprz. Gotować 15 minut. Po ugotowaniu całość zmiksować i dodać przecier pomidorowy.

W tym czasie na patelni:
Przesmażyć pokrojony w kostkę boczek wraz z resztą cebuli. Można i bez boczku, ale Sojowy się uparł. W końcu wynegocjowaliśmy 150-cio gramowy kompromis...

Na końcu:
Do ugotowanej fasoli dodać podsmażony boczek z cebulą oraz zagęstnik w postaci zmiksowanych warzyw. Wymieszać, skosztować, doprawić jeśli trzeba. Tyle! Wyłożyć na miseczkę, posypać siekaną rukolą. Zajadać z chlebem. Lub bez. Ja mam do dyspozycji przepyszny swojski chleb gryczany, którego nie potrafię sobie odmówić więc dla mnie opcja z chlebem jest bezdyskusyjna;)


Smak takiej fasolki jest nieco inny, niż tradycyjnej fasolki po bretońsku. Wyraźnie czuć słodycz marchewki, która jednak przełamana jest pikantnością pieprzu i papryki. Konsystencja jaką chciałam uzyskać to gęsta zupa fasolowa wiec jak na typową fasolkę po bretońsku, to nasze danie było rzadsze. Miksowane warzywa świetnie sprawdziły się w roli zagęstnika, myślę, że z tego patentu jeszcze nie raz skorzystamy. Jest to na pewno zdrowsza i lżejsza opcja, od stosowanej przez nas do tej pory mąki ze śmietaną (lub zasmażki).

Czas przygotowania - niecała godzinka więc nie tak najgorzej - nadaje się na obiad gotowany po pracy. Szczególnie, że z podanych proporcji wyszło nam jedzenia na dwa dni. A i dla niespodziewanego gościa też by się porcyjka wygospodarowała:-).


Pysznie było!

piątek, 26 grudnia 2014

Stare i nowe


Święta, święta i po świętach... Prawie. Został już tylko wieczór... I całkiem sporo, jak na nasze oszczędne gotowanie, świątecznego jedzenia:) Powoli, ale skutecznie wymiatamy zapasy z lodówki, szerokim łukiem omijając wagę. W końcu święta są też po to, żeby jeść. Niekoniecznie tylko zdrowo. Po staremu nie obyło się u nas bez barszczu grzybowego z uszkami, który na wigilijną kolację, a później świąteczne śniadanie, jem odkąd sięgam pamięcią. Babcia w ten sposób gotowała. Nie mam zielonego pojęcia skąd wzięła ten pomysł. Pytałam Mamy, też nie wie. Na pewno nie wyniosła tego ze swojego domu rodzinnego. Może przywiozła z Syberii? Może sama tak sobie wymyśliła... Kiedyś myślałam, że każdy tak je, ale później okazało się, że babciny zwyczaj jest całkowicie unikalny. Owszem, uszka z grzybowym farszem są tradycyjnym daniem wigilijnym, ale z barszczem czerwonym, a nie grzybowym... Tymczasem u nas akurat, barszcz czerwony nigdy się nie przyjął... 


Przez lata wiele się zmieniło w naszej świątecznej regule. Od dawna nie ma już Babci. Rodzina trochę się zdekompletowała, ale też doszły nowe twarze:). Ulotnił się religijny aspekt. Już dawno nie ubieramy choinki i nie robimy świątecznych dekoracji. Ale barszcz grzybowy z uszkami pozostał. I wiem, że dopóki tylko będę mogła, to będę go robić. Tego rytuału nie odpuszczę sobie nigdy w życiu. To nasza tradycja.

Nie podawałam przepisu na barszcz, bo wydawał mi się tak banalny, że niewarty szczegółów, ale komentarze pokazały, że jest taka potrzeba więc uzupełniam wpis. Generalnie barszcz grzybowy, to zwykły barszcz biały, do którego wlewa się wywar z gotowanych grzybów. Na barszcz biały pewnie każdy ma swój patent. Odkąd odkryłam serwatkę, swój barszcz biały gotuję tak, jak pokazałam TUTAJ, ale wigilijny barszcz grzybowy tradycyjnie robię według receptury Babci. Proporcje na gar pięciolitrowy.

WIGILIJNY BARSZCZ GRZYBOWY

wywar z grzybów (kupuję suszone - 200 g, mniej więcej pół na pół borowików i podgrzybków, wieczorem zalewam zimną wodą, rano gotuję ok.5-10 min.),
1 cebula (zrumieniam na oleju),
4 łyżki mąki pszennej (rozrabiam z kwaterką wody),
1 mała śmietana,
2 łyżki octu winnego,
sól, pieprz.

Wywar z grzybów wlać do pięciolitrowego gara, dopełnić wodą do 3/4 pojemności, zagotować. Wywarem zahartować rozrobioną mąkę z wodą, po czym wlać do gara. Zagotować. Włożyć zrumienioną cebulę. Doprawić octem winnym, solą i pieprzem. Wyłączyć gaz. Odczekać chwilę. Śmietanę zahartować barszczem i wlać do gara. Zamieszać, posmakować, doprawić jeśli trzeba. Gotowe:).


Ale tradycja musi ewoluować więc w tym roku wprowadziliśmy też coś nowego. Po raz pierwszy w życiu zrobiłam kutię. I po raz pierwszy ją jadłam. To ciekawe doświadczenie - robić coś, do czego nie ma się smakowego wzorca. Brak porównania ma jednak tę zaletę, że cokolwiek wyjdzie będzie dobre:) I muszę przyznać, że moja kutia smakowała mi szalenie! 


Swoją kutię zrobiłam nie z pszenicy, jak każe tradycyjny przepis, ale z kaszy, a konkretnie z pęczaku kujawskiego, którego ziarenka bardzo pszenicę przypominają. To prosty przepis:

1 szklanka maku (dzień wcześniej wypłukać, zalać wrzątkiem, doprowadzić do wrzenia i pozostawić na całą noc),
1 szklanka kaszy (ugotować wg przepisu na opakowaniu),
3 łyżki miodu (użyłam wielokwiatowego), albo tyle, żeby całość była odpowiednio słodka,
bakalie (oczywiście niesiarkowanie; dałam rodzynki, morele, figi, śliwki suszone, siekane orzechy włoskie oraz migdały.

Mak, po sparzeniu i całonocnym moczeniu, odcedzić i zblendować (albo dwukrotnie przepuścić przez maszynkę). Kaszę ugotować. Wszystko razem wymieszać. Schłodzić. Prosto, naturalnie, zdrowo. I w miarę szybko. Może niespecjalnie wygląda, ale smakuje doskonale!


Największą trudność sprawił mi mak. W przepisie stało, żeby go dwa razy przemielić maszynką. Uznałam, że wygodniej będzie go zblendować, nie miałam tylko zielonego pojęcia do jakiej konsystencji - nigdy w życiu nie robiłam niczego z maku... Ale chyba wyszło dobrze - mak po blendowaniu zyskał sporo jaśniejszy kolor i nabrał konsystencji gęstej pasty.


Od tego roku kutia również stanie się dla mnie smakiem Świąt. I myślę, że nie tylko. Powtórka będzie już na Nowy Rok - to lepszy deser od niejednego placka, a już na pewno zdrowszy:)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Barszcz biały

... to takie danie, którego idealny smak pewnie każdy ma w swojej wyobraźni. Pewnie też każdy smakosz ma na niego swoją własną recepturę... Ja swojej szukałam bardzo długo.

W dzieciństwie, w moim domu rodzinnym, jadaliśmy barszcz na zakwasie. Gotowało się go w każdą niedzielę na śniadanie. Nie pamiętam dokładnie jak. Robiła go mama. Podawała z omastą ze swojskiego smalczyku ze skwarkami i z chlebem. Czasem jeszcze z jajkiem. Lubiłam.

Moja babcia robiła barszcz na szybko. Na wodzie zagęszczanej i zabielanej śmietaną z mąką, doprawiany vegetą i kwaskiem cytrynowym. Z kiełbaską i chlebem. Był raczej rzadki i miał specyficzny smak oraz kolor, taki lekko żółtawy z powodu vegety. Też lubiłam. Najbardziej taki gorący - wspaniale rozgrzewał.

U teściów jadałam barszcz na zakwasie z jajkiem oraz chlebem (na śniadanie) lub ziemniakami (na obiad). Gotował teść - barszcz był daniem codziennym. Ciemny i gęsty. Z powodu tej gęstości raczej nie w moim stylu, choć w smaku nie najgorszy. Moja córka go uwielbiała, a ja dostawałam z tego powodu szału, bo zamiast jeść moje zupki - przygotowywane według zaleceń dla dzieci w jej wieku, zdrowe, z chudym mięskiem i przecieranymi warzywami - ona z apetytem zajadała się właśnie tym ciężkim barszczem z ziemniakami... Na moje zupki z uporem się krzywiła i konsekwentnie wypluwała wszystko co udało mi się jej do ust wcisnąć. Teść był wniebowzięty, że wnusia tak uwielbia jego zupkę;). Może dlatego w moich myślach ten barszcz zostawił jak najgorsze wspomnienia;).

Gdy zaczęłam kucharzyć na swoim, korzystałam z gotowych zakwasów, takich w plastikowych butelkach. Gotowałam wywar na kiełbasie lub boczku, wlewałam zakwas i zagęszczałam śmietaną z mąką. Do tego oczywiście gotowa przyprawa do żurku, majeranek, jajko, białe pieczywo....
Długo wydawało mi się, że jest to najlepszy barszcz na świecie;).

Ale zdrowa dieta wymagała zmian i opracowania nowego przepisu. I dzięki temu odkryłam wreszcie swój idealny barszczowy smak!

NAJLEPSZY BARSZCZ BIAŁY POD SŁOŃCEM


Składniki:

1 cebula
olej (do zeszklenia cebuli) - użyłam oliwy z oliwek
2 nieduże ziemniaki
2-3 szklanki serwatki*
łyżka mąki (użyłam pszennej pełnoziarnistej)
pół szklanki śmietany*
sól, pieprz, majeranek
jajko* na twardo (jedno na osobę)
twaróg*
chleb żytni na zakwasie (jeśli się jeszcze zmieści; mnie się zawsze mieści:) zazwyczaj polewam kromeczkę olejem lnianym, oprószam pieprzem i siekaną natką pietruszki)


* - cały nabiał pochodzi od zaprzyjaźnionej gospodyni, od zadbanych i nie karmionych chemią zwierząt:)

W garnku o grubym dnie, zeszklić cebulę, dodać pokrojone w kostkę ziemniaki, zamieszać. Zalać wrzątkiem tak, by przykryło ziemniaki, gotować pod przykryciem15 minut. W tym czasie ugotować jajka na twardo. Wyłożyć na talerze po trochę pokruszonego twarogu oraz pokrojone na cząstki jajka. Do garnka z ziemniakami wlać serwatkę, zagęścić śmietaną z mąką, przyprawić, zagotować. Wylać na talerze. Zajadać ze smakiem, zagryzając chlebkiem i pozwalając, by w ustach przenikały się wszystkie smaki. Po prostu niebo w gębie! Gęsty od składników, a nie mąki. Umiarkowanie kwaskowy. Pikantny, a jednocześnie łagodny. Smak trochę jak ruskie pierogi, ale wiele bogatszy. Taki barszcz syci, rozgrzewa i bardzo, ale to bardzo! uszczęśliwia:)


A jaki jest Wasz ulubiony barszcz biały?

środa, 22 października 2014

Szybko zrobiłam, szybko wydałam

.... i zapomniałam. A przecież mam jeszcze do udokumentowania prezent zrobiony dla kuzyna, z którym spotkaliśmy się razem z bratem ostatnio we Wrocławiu.

Koszyczek z chlebkiem
 

Koszyczek zrobiłam ja. Na szydełku, ze sznurka wędliniarskiego, a więc uznałam, że odpowiedniego dla wyrobów spożywczych. Brązową wyściółkę zrobiłam z bawełnianego kordonka.


Chlebek piekł mąż. Na zakwasie żytnim i mąkach pełnoziarnistych w równych proporcjach - żytniej, owsianej, gryczanej. Do tego trochę pestek i aromatyczny miód gryczany... ale był zapach! To mój ulubiony chleb:)


Zawsze muszę strasznie naciskać na taką niestandardową produkcję, bo mąż najbardziej lubi tradycyjny chleb - z pszennej mąki pełnoziarnistej, z minimalnymi dodatkami. Bo taki mu zawsze wyrasta. Z kombinowanymi zaś bywa różnie. Ale za to zawsze smacznie i ciekawie:). Gdybym miała więcej czasu, to sama zajęłabym się wypiekaniem w najróżniejszych kombinacjach, na przykład... z kaszą gryczaną, żurawiną, może z dodatkiem serwatki i sera feta, z oliwkami, suszonymi pomidorami, ziołami....

.... Się rozmarzyłam... Mniam:)

niedziela, 14 września 2014

Borówkowe ostatki

Myślałam, że sezon na borówki już dawno skończony, bo na targu nikt ich już nie sprzedawał, a tymczasem u kolegi owocuje jeszcze późna odmiana, której właśnie dostałam w prezencie aż dwa litry. Tylko przez chwilę martwiłam się co z taką ilością zrobię:)


Prawie jak tarta, czyli polenta z musem jabłkowym i borówkami.

Kaszka kukurydziana ma wysoki indeks glikemiczny więc nie cieszy się dobrą opinią w dietetycznym menu, jednak mimo wszystko jest zdrowsza od tradycyjnych słodyczy, szybko się ją przygotowuje i bardzo mi smakuje wiec od czasu do czasu robię z niej sobie jakiś deser.
 

Polenta:
1 szklanka mleka
1 szklanka wody
1/2 szklanki kaszy kukurydzianej
trochę rodzynków

Polentę gotujemy wg opisu z opakowania i gorącą wykładamy na formę do tarty. Czekając aż przestygnie i stężeje robimy mus jabłkowy.

Mus jabłkowy:
Kilka jabłek bez gniazd nasiennych, pokrojonych w cząstki, dusimy kilka minut pod przykryciem do momentu uzyskania musu. W zależności od jabłek i osobistych preferencji można dosłodzić, ale ja tego nie robię.

Przestudzoną polentę wkładamy na parę minut do gorącego piekarnika. Gdy się nieco podpiecze wyciągamy i smarujemy grubo musem jabłkowym. Na mus wysypujemy warstwę borówek i całość posypujemy siekanymi orzechami. Zapiekamy ze 20 minut. Równie dobrze smakuje na ciepło jak i na zimno.


Borówkowa fantazja

...do której zainspirował mnie ten przepis - muffinki wg niego robiłam tego lata kilkakrotnie, są absolutnie przepyszne i proste w wykonaniu, tylko ten skład.... Najpierw zamieniłam białą mąkę na pełnoziarnistą, cukier na ksylitol, a krówki na daktyle...


...a potem.... potem zrobiłam coś całkiem eksperymentalnego - bezglutenowy i bezjajeczny placek z borówkami:)


Składniki suche:
1 szklanka mąki ryżowej
1 szklanka mąki kukurydzianej
1/2 szklanki wiórków kokosowych
3 łyżki ksylitolu
2 łyżki mąki ziemniaczanej (nie wiem, na co w cieście skutkuje dodatek tej mąki, następnym razem spróbuję bez)
2 łyżki otrąb owsianych
1 łyżeczka sody oczyszczonej

Składniki mokre:
1 szklanka maślanki
2 zmiksowane duże banany
roztopiony olej kokosowy (mniej więcej jedna trzecia słoiczka 200 ml) - a na co w cieście skutkuje tłuszcz???? ktoś wie? czy bez tego też by się obeszło?

Mieszamy osobno składniki mokre, osobno składniki suche, a następnie do mokrych wsypujemy suche. Mieszamy (ciasto wyszło mi dość gęste, całkiem nielejące), dodajemy półtora szklanki borówek, znów mieszamy, delikatnie, żeby nie pokiereszować owoców... I wykładamy do formy.

(Ja piekę w dużej silikonowej formie do tarty. Z takich mąk ciasto nie wyrasta bardzo więc nie ma obaw, że się z płaskiej formy wydostanie;))

Po wierzchu posypałam jeszcze trochę borówkami, siekanymi migdałami i workami kokosowymi, i włożyłam na 30 min. do piekarnika nagrzanego na 200 stopni.

Przepyszny na podwieczorek:) I nawet mamę (uczuloną na białko jaj) mogłam poczęstować:)


Trochę szkoda, że borówek już nie będzie, ale przecież są jeszcze śliwki i jabłka. I cukinie i dynie... Się będzie piekło:)

poniedziałek, 4 sierpnia 2014

Botwinka doskonała

Botwinka, czyli zupa z młodych buraków oraz ich liści i łodyg, to nieczęste danie w naszym domu. Właściwie, to całkiem rzadkie. A tak naprawdę, to w takiej formie zrobiliśmy je po raz pierwszy. Dawno temu eksperymentowaliśmy z chłodnikiem z botwiny, ale nas nie zachwycił i rozczarowani, na długo porzuciliśmy pomysły na zupy buraczane z liściami... (purystom językowym od razu się tłumaczę, że wiem, że poprawnie jest "z liśćmi";)). Ale wreszcie przyszedł smak i ochota na kolejną próbę. I udało się! Zupa wyszła absolutnie przepysznie, po prostu i bez żadnej przesady zniewala smakiem. Dodatkową, prócz smaku, zaletą jest to, że gotował ją mąż;)


W rondelku o grubym dnie zeszklić na oleju (nierafinowanym!) pora z cebulą z dodatkiem listka laurowego i dwóch ziarenek ziela angielskiego. Następnie wyjąć listek i ziele, i wrzucić do gara pokrojone w kostkę marchewki, pietruszkę i seler. Poddusić chwilę, mieszając. Zalać wrzątkiem tak, by warzywa były przykryte. Dodać pokrojone łodygi i korzeń buraków. Gotować 20 min.

W międzyczasie w osobnym garnku, w małej ilości lekko osolonej wody, podgotować (około 10 min.) pokrojone w kostkę ziemniaki.

Ziemniaki razem z wodą przełożyć do garnka z warzywami. Dodać pokrojone liście botwiny.

Wszystko razem gotować jeszcze 5 min. (albo tyle, ile trzeba). Doprawić słodką śmietanką, solą, pieprzem oraz sokiem z cytryny.

Ugotować jajka na twardo.

Wyłożyć na talerze, na wierzchu ułożyć pokrojone w ćwiartki jajka, posypać pietruszką. Zajadać gorące, delektując się idealnym połączeniem chrupkiej słodyczy buraczków z kremowo-słonym smakiem rozpływających się w ustach ziemniaków i lekko kwaskowym, aromatycznym wywarem:)


Niebo w ustach!

Żałuję tylko, że sezon na botwinę już skończony i powtórka dopiero za rok...