Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o filmach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą o filmach. Pokaż wszystkie posty

sobota, 20 stycznia 2024

Dwa tygodnie

… bez dziergania. Zaczęłam za to malować kolejny obraz po numerach. A w przerwach oglądam filmy i czytam książki. Jeszcze rok, dwa temu powiedziałabym, że to historie pogrążające w depresji… A dziś moszczę się w ich przytulnym smutku, jak w ciepłym, swojskim czarnym kokonie. Nie chce mi się z niego wychodzić, a warunki zewnętrzne mi sprzyjają - mamy najgorszą wersję zimy, najpaskudniejszą.


„Ostatni brzeg” Nevila Shute (opowieść o ostatnich chwilach ludzkości po wojnie atomowej, o ostatnim miejscu na Ziemi, w Australii, gdzie jeszcze toczy się życie, ale zagłada jest nieunikniona, bo radioaktywna chmura z Północy, niosąca śmierć wszystkim organizmom żywym, zbliża się nieubłaganie) po raz pierwszy przeczytałam jeszcze w podstawówce. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że łatwo przetrwała w mojej pamięci. Może dlatego, że później oglądałam też filmy. Jest bardzo wierna adaptacja z 1959 roku, a później - w 2000 roku - nakręcono wersję uwspółcześnioną (nie spodobała mi się za pierwszym razem). Ostatnio odświeżyłam sobie oba te filmy, jeden po drugim i teraz uważam, że nowa wersja jest jednak lepsza. Warstwa obyczajowa z lat pięćdziesiątych jest dziś zupełnie niestrawna. W książce nie zwróciłam na to uwagi za pierwszym razem, za to teraz bardzo działało mi na nerwy. Emocjonalnie nadal robi wrażenie, ale przedstawiony wizerunek kobiet, jako dziecinnych histeryczek, które nijak nie rozumieją się na rzeczywistości jest już nie do przyjęcia. "Te cholerne kobiety żyją jak pod kloszem. Nie potrafią nosa wychylić poza świat własnych sentymentalnych rojeń. Gdyby uznawały rzeczywistość, mogłyby pomóc mężczyznom, pomóc im ogromnie. Ale kiedy czepiają się swego urojonego świata, są po prostu koszmarnym kamieniem młyńskim u szyi." Kobiety to dziecinki, kotki, kochaniutkie... zajęte banałami nawet wobec końca świata. Mężczyźni zaś do końca trzymają się zasad i dźwigają na swych silnych barkach swe wzniosłe zobowiązania wobec kraju, podwładnych i rodziny.


"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood, chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dawno temu oglądałam film z 1990 roku i nie podobał mi się. Uznałam, że jest zbyt absurdalny w uwłaczaniu kobietom. Ależ byłam naiwna! Potem był przebojowy serial na Netfliksie, a teraz wreszcie postanowiłam przeczytać książkę. Jest mniej sensacyjna, akcja jest wolniejsza, a słowa budzą mniejszą grozę od obrazów, ale emocjonalnie po prostu rewolucyjna. I rewelacyjna.


"O sensie życia" polecił mi Brat. Jej autor, Viktor Frankl, był austriackim Żydem, psychiatrą, psychoterapeutą, filozofem i neurologiem, więźniem obozów zagłady, który w czasie wojny stracił całą swoją rodzinę. Jest twórcą logoterapii, czyli terapii sensem. Uważał, że jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest znalezienie właściwego sobie sensu życia. Napisałam Bratu, że dwadzieścia lat temu być może byłaby dla mnie odkrywcza, dziś jest jedną z wielu. Ale choć zgadzam się z wieloma tezami w książce i są mi one bliskie, to w wielu miejscach działały mi na nerwy uogólnienia i uniwersalizowanie własnych wniosków - jeśli Autor nawet wobec granicznych doświadczeń życia obozowego czuł sens życia i sens cierpienia, to znaczy, że zarówno życie, jak i cierpienie MAJĄ sens. Trzeba go tylko znaleźć. Więc jeśli ktoś tego nie czuje, to po prostu znaczy, że jeszcze tego sensu nie odkrył. Irytowały mnie rozważania Frankla o samobójstwie. Życie jest jak gra w szachy, a samobójstwo jest jak zrzucenie figur z szachownicy - bez sensu, bo przecież nie rozwiązuje się w ten sposób żadnych problemów. "Samobójca narusza życiowe reguły gry; nie wymagają one od nas bynajmniej, byśmy za wszelką cenę wygrali, jednak z całą pewnością wymagają od nas, byśmy w żadnym wypadku się nie poddawali."  No cóż... ja nie cierpię gier. Żadnych. Nigdy nie lubiłam. Nawet w dzieciństwie. Nudziły mnie śmiertelnie.


"Testament" to film z 1983 roku. Podobny do "Ostatniego brzegu", też o katastrofie nuklearnej i powolnej, ale nieuniknionej śmierci ludzi. Różnica jest tylko w podejściu do tej śmierci. W "Ostatnim brzegu" ludzie mieli powszechny dostęp i mogli zażyć tabletki, by skrócić sobie cierpienia bolesnego umieraniem na chorobę popromienną. I większość bohaterów z tego rozwiązania korzystała. Rodziny z dziećmi umierały razem, w łóżku, przytulone do siebie. Zabierali ze sobą swoje zwierzęta, by nie pozostawiać ich samym sobie w bólu i cierpieniu, bez opieki. To było mocne. To do mnie przemawia. W "Testamencie" nikt nie decyduje się na samobójstwo, a nawet gdy ktoś planuje i chce to zrobić, to nie jest w stanie i rezygnuje. Ciekawe... Sądzę, że ja wybrałabym tę pierwszą opcję...


Nie martwcie się, że wraca mi depresja, bo mimo tego wszystkiego czuję się dobrze. Sama nie rozumiem, jak to działa... Że czasem życie tak strasznie boli, a czasem, choć przecież wcale nie staje się lżejsze i mimo doświadczanego smutku - nie boli zupełnie. Wprost przeciwnie - w tym swoim ciasnym, czarnym kokonie czuję szczęście i błogość, i jakieś takie ukojenie. Może dlatego, że ten smutek nie jest tak naprawdę mój, tylko związany z fikcją, w której się zanurzam, a na zewnątrz mojego "kokona", mam bliskich, kochanych ludzi i ciepłe, kochane, przymilne zwierzaki więc jeśli już koniecznie do życia potrzeba poczucia sensu, to oni i one są moim sensem:-).



poniedziałek, 13 stycznia 2020

Spontanicznie

...obejrzałam "Narodziny gwiazdy" (2018, reż. Bradley Cooper). Ponieważ z jakiegoś powodu nie chce mi na komputerze hulać telewizja, a na CDA nie było "Szpitala Good Karma", a żaden inny gotowy tytuł nie wpadł mi do głowy, więc w ostateczności odpaliłam HBO GO, a tam pierwszy film z listy rekomendowanych. Niech sobie leci - pomyślałam - podczas dziergania miło, gdy coś sobie leci w tle... I wiecie co? Nie nadziergałam się wiele podczas tego seansu:-). Film bardzo szybko zdominował moją uwagę, a momentami w ogóle zapominałam o tym, że mam robótkę w rękach. I to wcale nie tylko dlatego, że sporo jest w filmie partii muzycznych z napisami. Do ekranu głównie przyciągała mnie relacja głównych bohaterów. Rany, jak oni to zagrali!

To podobno głośny film, ale ja akurat nic o nim wcześniej nie słyszałam. Nie wiem jak to możliwe, ale tak wyszło - tytuł był dla mnie całkowicie anonimowy. Gdyby było inaczej, być może nawet bym go nie włączyła. Bo muzyczny. Bo melodramat. Bo trzeci z kolei remake obrazu z 1937 r. Bo opinie mocno sceptyczne. Bo niesympatyczny Bradley Cooper i skandalistka Lady Gaga... Tymczasem okazało się, że muzyka jest genialna i stanowi jeden z filarów całej produkcji, a patrząc na skromną i całkiem zwyczajną Ally w ogóle nie zorientowałam się, że patrzę na Lady Gagę! Zaś Bradley Cooper... No to była największa niespodzianka. Jakkolwiek nie jest to szczególnie lubiany przeze mnie aktor, to w tej roli zrobił na mnie kolosalne wrażenie. W ogóle cały ten muzyczny romans, zagrany bez jednej fałszywej sceny, bardzo mnie poruszył. Nie mogłam oderwać oczu od wspólnych partii Coopera i Gagi. Ich spojrzenia, subtelny dotyk, wspólne tworzenie muzyki, śpiewanie do jednego mikrofonu... były tak zmysłowo elektryzujące... Jestem pewna, że ta para zapisze się na liście najbardziej romantycznych i gorących duetów w historii kina:-).

Ale "Narodziny gwiazdy" to nie tylko film o miłości. To też historia o tym, jak showbiznes wpływa na życie artystów, jak wykorzystując ich talent i charyzmę, urabia i drenuje dla zysku, wypluwając gdzieś na końcu produkt dla mas, maszynkę do zarabiania pieniędzy, samotnego robota, który tworzy na termin i żyje w nieustannej trasie koncertowej, bez rodziny, przyjaciół i bliskości. Owszem, taka popularność to marzenie wielu nieznanych artystów, ale cena za uznanie jest wysoka - permanentna presja, brak prywatności, samotność, ciągłe naginanie się do wymagań menadżerów, producentów, fanów, uzależnienia od najróżniejszych znieczulaczy... I naprawdę było mi smutno patrzeć na Ally, której kariera przebiega dokładnie według znanego Jacksonowi scenariusza, i która powoli wyzbywa się tego, kim jest w środku, a zaczyna być produktem, marką. Ona jeszcze o tym wszystkim nie wie, a Jackson może tylko bezradnie patrzeć na tę przemianę, z jednej strony ciesząc się z jej sukcesu, a z drugiej nienawidząc go, bo zna już wszystkie jego konsekwencje. Myślę, że Bradley Cooper, jako znany aktor i reżyser, dokładnie wiedział, co chce przekazać i to mu się udało. Lady Gaga ze swoją biografią również niezwykle wiarygodnie wypada w tej historii.

Z pewnością to prawda, że film nie opowiada nic nowego, że fabuła jest znana i przewidywalna, a akcja biegnie zbyt szybko. Ale co z tego, jeśli tę znaną historię opowiada się w wyjątkowy pod każdym względem sposób, jeśli potrafi ona przykuć uwagę, wywołać intensywne emocje i zostawić widza w stanie wewnętrznego rozedrgania i refleksji na wiele dłużej niż tylko do przeminięcia na ekranie ostatnich napisów. Oraz z poczuciem - ja chcę jeszcze raz! Ale nie za szybko, za jakiś czas, jak się emocje uspokoją nieco. A tymczasem ściągnięta ścieżka dźwiękowa i słucham prawie na okrągło. Świetna muzyka!

Jedna z najlepszych filmowych produkcji, jakie znam. Bardzo polecam:-)

piątek, 21 grudnia 2018

Dzyń dzyń dzyń

... idą święta, których co prawda nie celebruję tradycyjnie, ale bardzo lubię ten czas. Bo jest wolny, spokojny i można robić co się chce (o ile, rzecz jasna, nie wydarzy się nic niespodziewanego...), kojarzy mi się z ciepłem, miękkością i słodyczą - pełen relaks. Najbardziej lubię relaksować się na poddaszu, z robótką, oglądając stare filmy. Mam parę ulubionych tytułów, które lubię oglądać właśnie w święta, bo mają jakąś taką niewytłumaczalną zdolność do podkręcania tej beztroskiej i szczęśliwej atmosfery, bez względu na gatunek:-). Kolejność całkowicie przypadkowa:

1. "Szklana pułapka", część I i II


Nie wiem na ile jest to zasługa samego filmu, a na ile telewizji, która od wielu lat serwuje go właśnie w święta... Tak czy inaczej - bez Johna McClane'a nie wyobrażam sobie wigilijnego wieczoru:-). Fabuły chyba nie trzeba przypominać, prawdopodobnie nie ma takiej możliwości, by ktokolwiek powyżej 16-go roku życia nie znał tego filmu;-).

2. "Długi pocałunek na dobranoc"


Z pewnością nie jest to baśniowa opowieść o magii świąt, ale z pewnością jest w tym filmie coś magicznego - zwykła mamuśka, nauczycielka z lokalnej szkoły, okazuje się niezwykłą zabójczynią, której pamięć wraca w samą porę, by rozprawić się z bandą złoczyńców, którzy akurat w święta postanowili wysadzić w powietrze całe miasteczko. Dobro i miłość zawsze wygrywa:-). Do tego fantastyczna Geena Davis w duecie z Samuelem L. Jacksonem, błyskotliwe i pełne humoru dialogi... Uwielbiam ten film. Coś jak Szklana pułapka w kobiecym wydaniu:-)

3. "Holiday"


To taka ciepła, pozytywna i optymistyczna, a jednocześnie wcale nie przesłodzona opowieść, z fajnymi aktorami, w pięknych sceneriach. Chętnie oglądam o każdej porze, ale w święta smakuje wyjątkowo!

4. "To właśnie miłość"


Klasyka świątecznej komedii romantycznej; wszystko, co powstało potem, nosi większe lub mniejsze ślady inspiracji, co mnie osobiście dość irytuje, szczególnie w polskich filmach - te osławione Listy do M. - obejrzałam tylko raz i uważam, że to tak bezczelna zżynka z To właśnie miłość (nawet plakat jest niemal identyczny!), że nie da się tego oglądać. Zresztą - po co oglądać podróbki, gdy ma się doskonały oryginał????

5. "Rodzinny dom wariatów"


Wspaniała rodzinna historia, o wielu smakach - rozbawia, wzrusza, daje do myślenia... Film doskonale wyważony, zapewnia idealną równowagę pomiędzy komedią, a dramatem. Do tego gwiazdorska obsada. Ogląda się z największą przyjemnością!

6. "Nieoczekiwana zmiana miejsc"


Jedna z najlepszych komedii, jakie znam, od lat niezmiennie bawi mnie do łez:-). Ta scena, gdy bohater grany przez Aykroyda, w największej desperacji, przebrany za Mikołaja, kradnie jedzenie z przyjęcia, a potem w autobusie wyjmuje zza pazuchy połać mięsa i odgryza razem z włosami ze sztucznej brody... Mistrzowskie obrzydlistwo!

7. "Family man"


Bo uwielbiam alternatywne biegi zdarzeń! Co by było gdyby... To temat wielu filmów i mogłabym zrobić osobny ranking z tym motywem, i może nawet zrobię, bo mam kilka swoich ulubionych. typów, ale wracając do Family Man - alternatywna rzeczywistość w tym filmie mówi, że chromowane, szklane, lśniące czystością i bogate warunki, choć prestiżowe i dające satysfakcję, nie są tak przyjemne i ciepłe, jak te niedoskonałe, nieprzewidywalne, pełne hałasu i bałaganu, z nudną domową rutyną i rozwrzeszczanymi, ale jakże słodkimi bachorkami:-). A poza tym, to dla samej Tea Leoni warto ten film obejrzeć:-).

8. "Dziennik Bridget Jones"


Oj ta Bridget... mam z nią kłopot... Denerwuje mnie ten film, bo jest oparty na najbardziej prostackich stereotypach. Denerwuje mnie głupota bohaterki. Ale jednocześnie szczerze mnie bawi i naprawdę ją lubię. Święta bez Bridget Jones z pewnością nie byłyby aż tak zabawne:-).

Są jeszcze nieśmiertelne Keviny, "Cztery gwiazdki", "Za jakie grzechy" i różne filmy z Mikołajem w tytule, ale to już nie moja bajka... Znalazłam natomiast kilka nowych tytułów do sprawdzenia... jak mi się spodobają, to dołączą do mojej kolekcji ulubionych świątecznych filmów na kolejne lata:-).

Niezależnie od tego, jak wyglądają Wasze ulubione święta, życzę Wam, by dane Wam było spędzić je dokładnie tak, jak lubicie:-).

Wszystkiego najlepszego!

czwartek, 29 listopada 2018

Kilka wolnych dni

... musiałam sobie wziąć, żeby podgonić trochę z realizacją rękodzielniczych zamówień, bo do końca roku zrobiło się trochę ciasno, a ja nie potrafię odmawiać, gdy komuś bardzo zależy. Ale moja podświadomość potrzebowała chyba dosadniejszej przyczyny do zwolnienia z pracy - w godzinę po otrzymaniu podpisanego urlopu, mój organizm dał się pokonać wirusowi.

Byłam chora, byłam na wolnym, byłam na poddaszu - dziergałam. Pomijając katar, kaszel i te sprawy, to był bardzo przyjemnie spędzony czas;-) Zrobiłam dokładnie wszystko to, co sobie zaplanowałam oraz obejrzałam wreszcie "Mad Men". Całe 7 sezonów. I w związku z tym chcę się wypowiedzieć.

Akcja serialu dzieje jest w latach 60 ubiegłego wieku. To bliska historia, a jednocześnie tak bardzo odległa. To czasy powojennego porządku - sztywne normy, konwenanse, ludzie ciasno wtłoczeni w swoje role. Niby wolni, ale zniewoleni. Z zewnątrz grzeczny uśmiech, blichtr i porządek, a w środku osobiste demony, chaos, rozczarowania, depresje... Wszechobecny seksizm. Pomyślałam sobie - koszmarna rzeczywistość, szczególnie dla kobiet, ale i mężczyznom nie było łatwo. Nie było łatwo każdemu, kto choć trochę nie pasował do obowiązującej formy. Nie było łatwo Murzynom, osobom homoseksualnym, dzieciom. No i papierosy. Wszędzie. Wyrosłam w czasach, gdy papierosy były wszechobecne. Mówiło się o ich szkodliwości, ale jakoś nikt nie dobierał sobie tego do głowy. Palili rodzice przy dzieciach, urzędnicy w biurach, paliło się bez ograniczeń w lokalach, pociągach... Pamiętam te czasy. W serialu pali nawet ginekolog w czasie badania pacjentki... Dzisiaj to egzotyka...

Lata 60 ubiegłego wieku, to również czasy szczególnych wydarzeń - walka o prawa obywatelskie i zniesienie segregacji rasowej, zabójstwa polityczne (prezydent Kennedy, Martin Luther King), wojna w Wietnamie, bunt młodych, narodziny ruchu hippisowskiego... Te wydarzenia dzieją się w tle serialowej historii, bo na pierwszym planie zawsze i przede wszystkim jest biznes. Bezwzględny, bezkompromisowy, bezduszny. Hierarchiczne korporacje, w których zwykły pracownik jest nic nieznaczącym trybikiem, zasobem, jak drukarka czy telefon. Chyba, że uda mu się wybić na gwiazdę. Ale to trudne bez dobrego urodzenia i koneksji. Niemal niemożliwe, jeśli się jest kobietą... Znów pomyślałam - koszmarna rzeczywistość - człowiek wart jest tyle, ile można na nim zarobić. Jaka ulga, że nie musiałam żyć życiem żadnego z bohaterów, a  przede wszystkim żadnej z bohaterek...

A potem uświadomiłam sobie, że współczesna rzeczywistość, choć inna od tamtej, również na swój sposób jest koszmarna. Obawiam się, że właśnie spełnia nam się jedno z najgorszych chińskich przekleństw - obyś żył w ciekawych czasach.

Przez ostatnie dni żyłam z dala od bieżących wydarzeń. Żyłam tylko życiem rodzinnym, dzierganiem i serialem. Dziś wróciłam do rzeczywistości. I bardzo mi się nie podoba to, co zastałam.

PS. A najlepsza moim zdaniem recenzja serialu jest pod tym tytułem: MAD MEN. Prawda jest dziwniejsza niż fikcja.

czwartek, 21 września 2017

Do oglądania przy robótkach

W ostatnich pracach szydełkowych towarzyszyły mi trzy seriale. Wszystkie, choć z różnych względów, zasługują na odnotowanie i polecenie.

Most nad Sundem. Szwedzka policjantka i duński inspektor prowadzą śledztwo w sprawie zabójstwa, którego ofiarę znaleziono na moście łączącym brzegi dwóch państw. 


Bardziej, niż opowiadana w serialu historia kryminalna, moją ciekawość wzbudził sam most. To najprawdziwszy inżynieryjny cud świata! Most nad Sundem jest najdłuższy na świecie. Wchodzi w skład prawie 16 kilometrowej przeprawy łączącej Kopenhagę w Danii ze szwedzkim Malmo. Od strony Danii najpierw jest 3,5 kilometrowy tunel (most w tym miejscu nie mógł powstać ze względu na bliskie sąsiedztwo lotniska), później jest 4 kilometrowa sztuczna wyspa, a na końcu prawie 8 kilometrowy most, na którym przebiega granica między Danią a Szwecją. Niewiele jest miejsc na świecie, które chciałabym zobaczyć, ale ten most właśnie stał się jedną z nich. Przeczytałam całą jego historię i przypomniało mi to pewną książkę z dzieciństwa, którą dawno temu pasjonował się mój brat - "Marzenia inżynierów". Opisane w niej były różne pomysły i plany, które w tamtych czasach były niemożliwe do zrealizowania. Na przykład tunel pod kanałem La Manche, z którego problemami projektowymi borykano się przez niemal wiek. Ale tunel w końcu przecież powstał... Współcześnie powstają najdłuższe mosty, największe tamy i najbardziej fantastyczne tunele. Żyjemy w pasjonujących czasach niezwykłego rozwoju techniki, który pozwala realizować tak ogromne projekty! Jestem pod wrażeniem ludzkiej odwagi i rozmachu. Że potrafimy (przynajmniej niektórzy z nas, bo przecież nie ja) wymyślić coś tak wielkiego, przewidzieć i obliczyć wszystkie siły, a potem zrealizować projekt w sposób trwały i bezpieczny dla użytkowników. Most nad Sundem to jednak nie tylko jego wymiar praktyczny i techniczny, ale również estetyczny - poza wszystkim jest to po prostu niesamowicie piękna i majestatyczna budowla!

Jeśli zaś chodzi o samą fabułę serialu... Mam jej do zarzucenia to, co ostatnio również innym historiom kryminalnym: za duża scena do tak banalnej zbrodni. Za dużo dymu. Góra urodziła mysz. Niemniej jednak, do szydełkowania dobrze się oglądało. Podoba mi się europejskie kino (wcześniej oglądałam już francuską Zaginioną oraz brytyjski Broadchurch). Jest takie całkiem inne od produkcji amerykańskich. Bliższe. Naturalniejsze. Aktorzy wyglądają jak zwyczajni ludzie:-). Podobały mi się ujęcia i ten skandynawski niebiesko-szary chłód, którym autorzy stworzyli wyjątkowo chłodną i mroczną atmosferę zbrodni.

Obejrzałam 2 sezony. Sezon drugi był nawet bardziej przekonujący od pierwszego, choć dużo bardziej też zakręcony. Nie połapałam się we wszystkich wątkach i rolach w nich poszczególnych bohaterów. Do trzeciego straciłam cierpliwość. Może kiedy indziej...

Belfer. Do Dobrowic przyjeżdża Paweł Zawadzki, nauczyciel języka polskiego, który na własną rękę podejmuje śledztwo w sprawie śmierci uczennicy miejscowej szkoły średniej. 


Już nie raz pisałam, że nie jestem fanką polskiej współczesnej kinematografii, ale Belfer miał tak dobre opinie, że postanowiłam go sprawdzić. I nie zawiodłam się! Pierwszy sezon liczy sobie 10 odcinków i każdy z nich od samego początku do końca trzyma wysoki poziom.Wszystko w tym serialu jest doskonale przemyślane i przekonujące. Nie ma dłużyzn i wytartych schematów. Nawet wykorzystane stereotypy nie są rażące, wprost przeciwnie - zostały potraktowane dość przewrotnie, zgodnie z przesłaniem, że nic nie jest takie, jak wygląda. Zakończenie zupełnie nie do przewidzenia. Oglądałam z otwartą buzią i robótką na kolanach, bo nie byłam w stanie szydełkować;-). Gra aktorska na najwyższym poziomie i nie chodzi tylko o gwiazdy, takie jak Stuhr. Całe młode pokolenie, grające licealistów, jest świetne w swoich rolach! Nawiązanie do drugiego sezonu całkiem intrygujące. Dobrze, że nie muszę długo czekać, premiera już pod koniec października:-).

Ostatnio równie mocne wrażenie wywarł na mnie, dziesięć lat temu, serial Odwróceni. Długo sobie poczekałam na kolejny dobry polski serial (chyba, że z racji swojej niechęci zdarzyło mi się jakiś tytuł po prostu przeoczyć, jeśli coś takiego znacie, koniecznie podrzućcie tytuł w komentarzach:-)).

Ozark. Marty Byrde, doradca finansowy, który pierze brudne pieniądze dla kartelu narkotykowego, zmuszony zostaje, razem z rodziną, przeprowadzić się z Chicago do Krainy Ozark w stanie Missouri.


Do obejrzenia tej produkcji zachęciła mnie mary nama w komentarzu pod moim wpisem o Wielkich kłamstewkach. I bardzo Jej jestem za to wdzięczna, bo ten serial to naprawdę dobry wybór:-). Z wielkimi emocjami śledziłam losy zwykłego człowieka, który, skuszony doskonałymi zarobkami, wplątał się w pracę dla gangsterów (a wyglądali tak profesjonalnie, tak cywilizowanie, jak zwykli biznesmeni... póki nie podpisało się z nimi cyrografu), zupełnie nieświadom tego, jakie to może mieć dalsze konsekwencje. Nie tylko dla niego samego, ale również dla współpracowników, rodziny, a także innych klientów, którzy, nawet o tym nie wiedząc, również brali udział w przestępczym procederze. 

Serial trzyma w napięciu, ale nie można powiedzieć, że jest mroczny. Bywa zabawny. Główni bohaterowie - cała rodzina, nie tylko dorośli - wzbudzają sympatię i chce się im kibicować, mimo tego, że wiadomo czym się zajmują. Marty Byrde robi wrażenie swoim opanowaniem i inteligencją; ma niesamowitą siłę przekonywania, która nie tylko sprawia, że jest świetny w swoim zawodzie, niejednokrotnie też ta umiejętność ratuje mu życie, gdy wyplątując się z jednych kłopotów natychmiast wpada w kolejne, jeszcze większe.
To całkiem nowy serial, z tego roku, ale już wiadomo, że będzie kolejny sezon. W przyszłym roku. Będę czekać:-).

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Wielkie kłamstewka

Zewsząd dochodziły do mnie same pozytywne komentarze na temat tego serialu i już od dawna byłam go ciekawa. Wreszcie tydzień temu obejrzałam.


Może to dlatego, że w jeden dzień obejrzałam wszystkie 7 odcinków... Może to kwestia mojego nastawienia... Samopoczucia, albo pogody... Różne przecież rzeczy dookoła mogą wpływać na wrażenia:-). Ale wiecie co? To był najlepszy serial, jaki oglądałam w ostatnich latach! Wszelkie zachwyty są jak najbardziej uzasadnione! Cały tydzień chodziłam z głową pełną tej historii. Wyczytałam w internecie wszystkie informacje, komentarze i opinie na temat tej produkcji, jakie udało mi się znaleźć. Ściągnęłam sobie na telefon ścieżkę dźwiękową i słucham w kółko. Planuję przeczytać książkę o ile będzie dostępna w bibliotece. A wczoraj znów włączyłam sobie pierwszy i ostatni odcinek.

Wymiata!

Pierwsze co wzbudza zainteresowanie, to obsada. Słyszałam, że gwiazdorska, ale takie nagromadzenie znanych kobiecych nazwisk w głównych rolach przyprawia o zawrót głowy: Reese Whiterspoon, Nicole Kidman (która w swoich ostatnich filmach wybitnie działała mi na nerwy, a tym razem trafiła w rolę genialnie), Shailene Woodley (znana z serii o Niezgodnej), Laura Dern, a na deser, w jednej z głównych ról męskich - piękny i zabójczo seksowny, były wampir (Czysta krew), Alexander Skarsgard...

W czołówce prócz obsady przykuwa uwagę muzyka. Oraz zdjęcia. Krajobrazy naprawdę magiczne, nie można oderwać wzroku. Cudowne miejsce do życia! A gdy zaczyna się właściwa akcja robi się jeszcze bardziej wciągająco, bo zaczyna się od śmierci. Policja ujawnia rozległe obrażenia ofiary i wskazuje na morderstwo. Nie wiadomo, kto zginął, ani kto jest podejrzany. Przesłuchiwani świadkowie, wśród których z pewnością jest też sprawca, kreślą obraz zdarzeń, które mogły być przyczyną tragedii, dzieląc się swoimi własnymi podejrzeniami, wynikającymi z uprzedzeń i niechęci. Z ich zeznań wyłania się obraz wcale nie tak sielankowy, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało, a widzowie z każdym kolejnym odcinkiem odkrywają kolejne tajemnice pozornie szczęśliwych i perfekcyjnych mieszkańców Monterey.

To nie jest kolejna odsłona Gotowych na wszystko, choć jest tu podobny klimat - intrygi, rywalizacja, układy. Wielkie kłamstewka co coś więcej. Prócz doskonałego aktorstwa (nie tylko głównych postaci!), scenografii i muzyki, to jest po prostu piekielnie dobra historia o... Albo nie, nie powiem, bo może za dużo bym zdradziła:-). Jeśli ktosia jeszcze nie oglądała (zazdroszczę! Chciałabym móc jeszcze raz zobaczyć ten serial po raz pierwszy), to bardzo, BARDZO polecam:-).

środa, 31 maja 2017

Porozmawiajmy...

Nie wierzę, że kończy się maj! Choć może i nie ma co żałować, bo nie był za piękny. Ostatnie trzy miesiące, raczej chłodne niż ciepłe, upłynęły mi tak błyskawicznie, że mentalnie wciąż nie zdążyłam "wyjść z zimy", a tu już lato za pasem;-).

Rękodzieło ślubne angażuje mnie niemal w stu procentach, o czym doskonale wiecie, bo od trzech miesięcy nie pojawił się na moim blogu inny temat. A tak chciałam, żeby było u mnie różnorodnie: do pogadania i pooglądania, podziergania, i pomalowania, coś do poczytania i sfotografowania... Nawet mój najwierniejszy fan - Mąż - stwierdził, że straszne nudy się na mojej stronie zrobiły i nie chce mu się tu nawet zaglądać. Tytułowa "szczypta filozofii" zniknęła zupełnie...

Dlatego dziś, dla przełamania tematu, porozmawiajmy o książkach:-). Książkach znanych i lubianych, z gorącymi na polskim rynku czytelniczym nazwiskami autorów... Na pierwszy rzut Remigiusz Mróz i jego "Kasacja" czyli pierwsza powieść z cyklu o Chyłce:

Manipulacje, intrygi i bezwzględny, ale też fascynujący prawniczy świat…
Syn biznesmena zostaje oskarżony o zabicie dwóch osób. Sprawa wydaje się oczywista. Potencjalny winowajca spędza bowiem 10 dni zamknięty w swoim mieszkaniu w towarzystwie ciał zamordowanych osób.
Sprawę prowadzi Joanna Chyłka, pracująca dla bezwzględnej, warszawskiej korporacji. Nieprzebierająca w środkach prawniczka, która zrobi wszystko, by odnieść zwycięstwo w batalii sądowej. Pomaga jej młody, zafascynowany przełożoną, aplikant Kordian Oryński. Czy jednak wspólnie zdołają doprowadzić sprawę do szczęśliwego finału? Tymczasem ich klient zdaje się prowadzić własną grę, której reguły zna tylko on sam. Nie przyznaje się do winy, ale też nie zaprzecza, że jest mordercą.
Dwoje prawników zostaje wciągniętych w wir manipulacji, który sięga dalej, niż mogliby przypuszczać. 

Powiem krótko - kryminał pierwszej klasy! Wciągnął mnie od pierwszej strony. Bohaterowie wiarygodni, rozwój akcji intrygujący, temat ciekawy... Od początku do końca trzyma odpowiedni poziom napięcia, naprawdę nie spodziewałam się rodzimego kryminału w takim stylu! Toż to prawdziwy thriller prawniczy w stylu Grishama! I gdy już w myślach układałam sobie pełną niekłamanego podziwu i zachwytu recenzję, doszłam do zakończenia.

I NIE !!!!!! Nie tak się kończy kryminały! Nieoczekiwane zwroty akcji są zaletą, ale nie wtedy, gdy podważają logikę wszystkich wcześniejszych wydarzeń. Byłam naprawdę wściekła, bo wszystko w tej książce trzyma się kupy, wszystko ma sens i naprawdę nie sposób przewidzieć, w którym miejscu i jak zwiążą się wszystkie wątki, ale żeby tak????? Przy takim zakończeniu, wszystko, co wydarzyło się wcześniej, cała rozbudowana intryga, nie ma kompletnie sensu, cała misternie przez autora zbudowana układanka staje się absurdalnie przerośnięta, niewiarygodna i zwyczajnie niepotrzebna.

Bleeee....

Miałam taki niesmak po tej lekturze, że czym prędzej musiałam czymś zabić jej smak. Wybrałam kryminalną trylogię Miłoszewskiego o prokuratorze Szackim. Są to tytuły tak znane, że pewnie nie ma sensu przytaczać ich treści, ale dla porządku... (opisy wydawcy):

 Część 1: Uwikłanie
Warszawa, w zabudowaniach klasztornych w centrum miasta odbywa się niekonwencjonalna terapia grupowa, której uczestnicy wcielają się w role swoich bliskich. Po wyjątkowo intensywnej sesji jeden z pacjentów zostaje zamordowany. Czy sprawcą jest któryś z uczestników terapii? A może motywu należy szukać wśród osób, które przedstawiali?
Kluczem do zagadki wydaje się przeszłość ofiary i tym tropem podąża prowadzący śledztwo prokurator Teodor Szacki. Są jednak sekrety, których nie odkrywa się bezkarnie – rodzinne tajemnice strzeżone przez siły potężniejsze niż rodzina.

Część 2: Ziarno prawdy
Prokurator Teodor Szacki żegna się z karierą w Warszawie, by zamieszkać w sielankowym Sandomierzu. Jednak tuż po Wielkanocy pod murami sandomierskiej synagogi zostają znalezione zwłoki powszechnie lubianej działaczki społecznej. Szacki dostaje śledztwo tylko dlatego, że nie jest powiązany z denatką. Szybko dowiaduje się, że małe miasto może mieć wielkie tajemnice. Powracają dawne winy i zbrodnie, odżywają przesądy. Wśród zagadek i kłamstw prokurator próbuje odnaleźć ziarno prawdy.

Część 3: Gniew
„Wyobraźcie sobie dziecko, które musi się chować przed tymi, których kocha” – pierwsze zdanie kryminału „Gniew” mogłoby być jego mottem. Tą najbardziej mroczną i duszną ze swoich powieści autor zamyka trylogię o prokuratorze Teodorze Szackim, który po kolejnej życiowej rewolucji przeprowadził się do Olsztyna i w najtrudniejszym w karierze śledztwie zmierzy się z problemem przemocy domowej. Tymczasem paskudna jesienna pogoda i trudne relacje między nową partnerką i dorastającą córką zajmują Szackiego bardziej niż kolejne błahe śledztwa... 

Czytelnicy emocjonują się sprawami i życiem prokuratora Szackiego już od ponad 10 lat, na podstawie dwóch pierwszych książek zdążyły już nawet powstać filmy, a ja dopiero zabrałam się za czytanie;-). Ma to swoją dobrą stronę - nie musiałam czekać na kolejne odsłony historii, bo wszystko miałam dostępne od ręki, więc przeczytałam (i obejrzałam, bo rzecz jasna na filmy również nabrałam apetytu) cały zestaw w błyskawicznym tempie.

"Uwikłanie" - nowoczesny kryminał w klasycznym stylu, zakończenie zupełnie jak w powieściach Agaty Christie:-). Podobało mi się wszystko! Bez wyjątku. Wiarygodny i niejednoznaczny (choć w sumie budzący sympatię) bohater, ciekawe śledztwo z mnożącymi się wątkami, które im bardziej układały się w całość, tym mocniej zaciemniały sprawę, spektakularnie zaskakujące zakończenie... Równie interesująco i wiarygodnie poprowadzone zostały tematy poboczne, czyli życie prywatne prokuratora i terapia ustawień metodą Berta Hellingera (jej opisy momentami wciągały mnie bardziej, niż sama intryga kryminalna, zdecydowanie temat do osobnego zbadania). Naprawdę, same zalety, czytało się świetnie, moim zdaniem najlepsza część trylogii:-).

Co do filmu... to raczej film na motywach niż na podstawie książki, ale w sumie dobrze zrobiony i całkiem dobrze się go oglądało. Pomyślałam sobie nawet, że tak dobrej historii kryminalnej po prostu nie da się zepsuć;-).

"Ziarno prawdy" - tu mam kłopot z opisaniem wrażeń w taki sposób, by nie zdradzić za dużo z akcji, jeśli ktoś jeszcze nie czytał (jest w ogóle jeszcze ktoś taki?;-))... Hmmm... W porównaniu z pierwszą, jest to książka odważniejsza, mocniejsza, zbrodnia jest większa i bardziej drastyczna, choć styl podobny - również mnogość wątków, a odkrywając kolejne niewiadome zagłębiamy się w mroki przeszłości, wzajemnych urazów i uprzedzeń. Bardzo podobają mi się te zasłony dymne rozpuszczane przez autora. Im więcej tego dymu, tym bardziej zaskakujące zakończenie. I również takie... oldschoolowe:-).

Film jest raczej wierną adaptacją (co nie dziwi szczególnie, jeśli się wie, że nad scenariuszem pracował sam autor) i doskonale oddaje nastrój książki. Jest mroczno, mgliście i zimno, z aurą tajemniczości i czającego się niebezpieczeństwa oraz jakiejś takiej nierzeczywistości... Zupełnie jak w "Kodzie da Vinci":-).

"Gniew" - to prawda, ta część trylogii jest najmroczniejsza, najbardziej pełna przemocy i najmocniej mnie ze wszystkich wciągnęła. Zarwałam pół nocy, wszystkie obowiązki i ślubne zlecenia, by jak najszybciej dotrzeć do końca i dowiedzieć się, co kryje się za tymi wszystkimi przerażającymi zdarzeniami. A gdy przewróciłam ostatnią kartkę autentycznie się pochorowałam.

Dlaczego takie zakończenie??? No ludzie! Ja rozumiem, że zakończenie otwarte, literatura zna takie przypadki. Ale to nie jest otwarte. To książka bez zakończenia, urwana tak absurdalnie, że nie wiem, czy ma ktoś na tyle wyobraźni, by wymyślić taki ciąg dalszy, by w wiarygodny sposób wyjaśnić co właściwie się wydarzyło (w sensie, że bez udziału sił wyższych). Gdybym wiedziała, że tak kończy się cała historia, to czytałabym sobie spokojniej, w wolnych chwilach, bez pośpiechu. Może by mnie wtedy to zakończenie mniej dotknęło i nie zepsuło tak bardzo reszty dnia, i to jakiego dnia! Pięknej słonecznej soboty, której nie potrafiłam wykorzystać, bo czułam się tak rozbita i rozczarowana.

A teraz czyta się "Zaginięcie" Mroza, czyli druga część cyklu o Chyłce. Myślałam, że po części pierwszej nie sięgnę już po kolejne z powodu tego dennego zakończenia, ale Przyjaciółka przyniosła... No to zobaczę. Dam Mrozowi jeszcze jedną szansę;-).

niedziela, 8 maja 2016

Pan i pani Hawking

Sylwetka chorego na stwardnienie zanikowe boczne profesora Stephena Hawkinga jest tak popularna, że zna ją chyba każdy. Myślę, że nie trzeba być fizykiem, ani nawet szczególnie interesować się tą dziedziną by na hasło "naukowiec na wózku" pojawił się przed oczami charakterystyczny wizerunek. Jako miłośniczka programów popularno-naukowych o historii Wszechświata (na Discovery lub BBC), miałam okazję często oglądać i słuchać wypowiedzi profesora Hawkinga, i za każdym razem robiło na mnie ogromne wrażenie zestawienie w jednym ciele wyjątkowej sprawności umysłowej z całkowitą niesprawnością fizyczną. Ludzie, którzy mierzą się z takimi ograniczeniami i trudnościami na co dzień, nie tracąc przy tym pasji i woli życia są dla mnie wzorem i mobilizacją. Gdy więc usłyszałam, że o profesorze Hawkingu powstał film - Teoria wszystkiego - wiedziałam, że muszę go obejrzeć, żeby dowiedzieć się więcej.

Film spodobał mi się ogromnie. Życiowy temat, doskonała gra aktorska i piękna oprawa muzyczna sprawiły, że seans zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Ale nie zaspokoił mojej ciekawość. Wprost przeciwnie. W filmie wiele jest niedomówień i niejednoznaczności. Może niekoniecznie zamierzonych, może to jest ta typowa brytyjska powściągliwość...

Gdy na końcu usłyszałam, że produkcja powstała na podstawie autobiograficznej książki Jane Hawking wiedziałam, że nie obejdzie się bez lektury. Oraz bez lektury "Krótkiej historii czasu" - bestsellerowej książki Stephena o dziejach obserwacji i badań Kosmosu oraz o wysiłkach fizyków, by połączyć wszystkie cząstkowe odkrycia i teorie (zasady fizyki newtonowskiej, teorię względności oraz mechanikę kwantową) w jedną spójną teorię wyjaśniającą wszelkie zjawiska zachodzące na świecie i we Wszechświecie. Sformułowanie takiej teorii jest życiowym marzeniem wielu naukowców, ale jeśli kiedykolwiek miałoby się urzeczywistnić, to wierzę że rozwiązanie znajdzie się właśnie w genialnym umyśle Stephena Hawkinga...

"Krótką historię czasu" niezwłocznie wypożyczyłam z biblioteki a na "Podróż ku nieskończoności" się zapisałam, bo była akurat w wypożyczeniu.

Trochę obawiałam się, czy książka genialnego profesora fizyki, nawet jeśli napisana dla zwykłego czytelnika, mnie nie przerośnie... Ale nie było źle. Do teorii względności moja wyobraźnia całkiem dobrze nadążała, miałam zresztą w tym temacie doskonałą podbudowę ze wspomnianych wyżej programów popularno-naukowych. Nie najgorzej było też przy mechanice kwantowej, ale później, teoria strun, cząstki urojone, czas urojony... Niestety, straciłam kontakt z treścią. Tym niemniej jednak dokończyłam czytanie z nie mniejszym entuzjazmem i zachwytem nad wyjątkowością ludzkiego umysłu, zdolnego do tak abstrakcyjnego myślenia i ubierania tych myśli w skomplikowane matematyczne równania.

Pod koniec książki byłam nią tak zafascynowana, że zapragnęłam mieć ją dla siebie, na zawsze. Więc kupiłam. Ale żeby się nie powtarzać, to kupiłam już wersję poprawioną, uzupełnioną o najnowsze odkrycia i podobno jeszcze bardziej przyjazną laikom, czyli "Jeszcze krótszą historię czasu". Nie wybierałam pod tym kątem, ale trafiło mi się naprawdę piękne, powiedziałabym nawet - kolekcjonerskie, wydanie. Jeszcze nie czytałam, przewertowałam tylko: gruby papier, kolorowa grafika, czytelny tekst - oczy same rwą się do tej książki. Treść już znam, ale i tak z wielką przyjemnością kiedyś do niej wrócę.

A tymczasem do biblioteki wróciła "Podróż ku nieskończoności" Jane Hawking, którą błyskawicznie wypożyczyłam i przeczytałam...

I zrobiło mi się smutno. Jednak film sporo łagodniej obszedł się z tą historią. Po filmie ukształtowałam w sobie przekonanie, że życie rodzinne Hawkingów, choć trudne i wyczerpujące, toczyło się jednak w szacunku i głębokiej tolerancji dla siebie nawzajem i własnych potrzeb. Trudno mi było przyjąć do wiadomości, że mój bohater - obdarzony błyskotliwym, autoironicznym  poczuciem humoru, pasją, konsekwencją i inteligencją, w relacjach z żoną bywał też prawdziwą kanalią. Nie raz łapałam się na tym, że podświadomie w opisywanych konfliktach obierałam stronę Hawkinga, przeciwko żonie... Mentalnie, mimo wszystko Hawking wciąż był mi bliższy (może za to poczucie humoru i ateizm...).

Wspomnienia Jane są bardzo osobiste i dużo w nich żalu. Choć nie jest to zgorzkniały żal, a raczej pełen zawodu opis smutnej rzeczywistości, w której rola żony w sukcesie męża jest marginalizowana i umniejszana, w której kobieta podporządkowująca swoje życie dobru męża i rodziny jest poszkodowana w każdy możliwy sposób. Jako współtwórczyni mężowskich osiągnięć (Jane nie tylko opiekowała się kalekim mężem, ale od początku wspierała go w pracy - robiła korekty i przepisywała jego rękopisy, tłumaczyła na języki obce, organizowała i obsługiwała spotkania naukowe w ich domu, dbała o stronę prawną i finansową jego pracy) jest niewidzialna, a więc całkiem niedoceniana bez względu na to, ile swojego wysiłku, czasu i energii poświęca na pracę dla męża. Na dodatek, jako tak zwana "żona przy mężu", nie mając własnej kariery, spotyka się z lekceważeniem i nieposzanowaniem otoczenia. Jeśli jednak znajdzie jakąś aktywność tylko dla siebie, naraża się nie tylko na umniejszanie znaczenia tych zajęć, ale też na zarzuty nielojalności wobec męża, którego w ten sposób pozbawia swojego czasu, a on przecież powinien być na pierwszym miejscu... W takich okolicznościach nie można się dziwić pewnej nadwrażliwości na swoim punkcie, która jest w książce wyraźnie wyczuwalna. Z drugiej strony mocno wyczuwalna jest też szczera duma z pozycji i osiągnięć męża oraz podziw dla jego wszechstronnego intelektu. A także duma ze swojej pracy na rzecz rodziny.

Mimo wszystkich trosk i trudności, wspomnienia Jane mają bardzo optymistyczny wydźwięk, a pod koniec lektury trudno nie obdarzyć sympatią tej wyjątkowej kobiety, niesamowicie skromnej i wydawałoby się kruchej, a jednocześnie tak silnej i niezłomnej. Może blask jej intelektu nieco blednie przy geniuszu Stephena, ale i tak jej działalność i osiągnięcia budzą podziw, zwłaszcza, że przecież realizowała je w tak niesprzyjających warunkach.

Można powiedzieć, że osobiste wspomnienia Jane Hawking mają wymiar feministyczny, bo zwracają uwagę na rolę kobiet w społeczeństwie, w rodzinie i problemy, których w związku z tą rolą doświadczają. Ale wspomnienia te ważne są też dla wszystkich, których sytuacja (powinność) zmusiła do opieki nad swoimi przewlekle chorymi bliskimi. Wspomnienia Jane nadały znaczenie ich codziennej walce o przetrwanie w społeczeństwie, które udaje, że problemy niepełnosprawności nie istnieją, a jeśli nawet, to są wyolbrzymiane przez stawiających nierealne wymagania opiekunów i same osoby niepełnosprawne...

Po lekturze "Podróży ku nieskończoności" miałam ogromną potrzebę poznania opinii drugiej strony. Byłam bardzo ciekawa jak też Stephen Hawking patrzył na rolę Jane w ich małżeństwie i ich relacje. Jakie były jego uczucia względem rodziny, choroby, pokonywania przeciwności... Natychmiast wypożyczyłam sobie "Moją krótką historię", która określana jest mianem najprywatniejszej książki Hawkinga o sobie.

I rozczarowałam się okrutnie, bo w najprywatniejszych wynurzeniach geniusza prawie wcale nie ma uczuć... Jest pasja do nauki - to widać wyraźnie. Natomiast rodzina to tylko garść suchych faktów. Dosłownie w kilku zdaniach rozprawił się ze swoim małżeństwem i związkiem z pielęgniarką. Dla mnie jednak były to właśnie te najciekawsze zdania, bo resztę znałam już (i to w szerszym zakresie) z "Krótkiej historii czasu" oraz z "Podróży ku nieskończoności". Oczywiście fakty te Stephen Hawking przedstawia w nieco inny sposób niż Jane...

Czas, który spędziłam zagłębiając się w opowieści państwa Hawkingów był dla mnie pełen emocji. Wzruszały mnie ich doświadczenia, a ich pasja i determinacja budziły podziw. Ale też ogarniało mnie przygnębienie, że nigdy nie miałam takich warunków, by odkryć w sobie większy potencjał i go rozwinąć. Od dzieciństwa czułam, że mam wyznaczone swoje miejsce i nawet nie myślałam o tym, że mogłoby być inaczej. A jeśli nawet pomyślałam, to od razu sama siebie sabotowałam, że to nie dla mnie. Może i miałam aspiracje, ale zawsze brakowało mi wiary w możliwość ich zaspokojenia. A pewnie wrodzone lenistwo i wygodnictwo też mi nie pomogło. Dlatego w innych ludziach, którzy osiągają wyżyny możliwości i umiejętności, szczególnie doceniam i szanuję (i także zazdroszczę po cichu) tego, że im się chce. Że chce im się podejmować działania wymagające nieustannego wysiłku i przekraczania własnych stref komfortu.

Zachęcam też do odwiedzenia blogu 5000lib i lekturę artykułu: "Dlaczego warto zobaczyć film o Stephenie Hawkingu...", warto zajrzeć również do komentarzy, szczególnie, że jest tam link do dokumentu "Hawking życie geniusza".

niedziela, 8 marca 2015

Zaginiona dziewczyna

Najpierw przeczytałam, potem obejrzałam... I jestem zachwycona! Świetna historia i doskonale opowiedziana. Zarówno książka, jak i film, który jest jej wierną adaptacją.

Książka
Rozkręca się powoli. Drażniło mnie na początku, że jest taka... psychologiczna - nie tyle opowiada co się dzieje, ile co dzieje się w głowach bohaterów. Wspomnienia i emocje. Mnóstwo słów. Wypowiadanych ustami obojga bohaterów. Mąż opowiada co innego, żona co innego. Aż ciśnie się do głowy pytanie: czy ci ludzie w ogóle się znają??? Narracja bohaterki trochę irytująca, wydawała się taka... Boję się napisać, żeby nie zdradzić. Bo niedługo okazuje się, że wszystko to ma dla tej historii znaczenie, a czytelnik nie raz będzie musiał zrewidować swój stosunek do bohaterów...

Opis z okładki:
Jest upalny letni poranek, a Nick i Amy Dunne obchodzą właśnie piątą rocznicę ślubu. Jednak nim zdążą ją uczcić, mądra i piękna Amy znika z ich wielkiego domu nad rzeką Missisipi. Podejrzenia padają na męża. Nick coraz więcej kłamie i szokuje niewłaściwym zachowaniem. Najwyraźniej coś kręci i bez wątpienia ma w sobie wiele goryczy – ale czy rzeczywiście jest zabójcą? Z siostrą Margo u boku próbuje udowodnić swoją niewinność...

Film.
Doskonały dreszczowiec w reżyserii Davida Finchera i według scenariusza samej autorki powieści, co tłumaczy fakt, że film nie stanowi jakiejś luźnej wariacji na temat książkowej historii, tylko jest jej naprawdę wierny. Czyli tak jak lubię:-). Oczywiście parę skrótów i przeinaczeń musiało się zdarzyć, ale dla opowiedzianej historii nie mają one większego znaczenia. 
Realizatorom udało się perfekcyjnie zbudować napięcie i przyciągnąć uwagę - dwuipółgodzinny obraz nie nudzi ani przez chwilę. Znając fabułę byłam nim równie zainteresowana, co reszta mojej rodziny, dla której historia była nowością.
Doskonale dobrani aktorzy. O Benie Affleck'u mówią, że jego aktorstwo jest drewniane... Nawet się się z tym zgadzam, ale w tej roli wypadł świetnie. Rosamund Pike nie znałam wcześniej, albo jej po prostu nie zapamiętałam. Po tej kreacji zapamiętam na pewno! Wredną, taplającą się w sensacji i manipulującą faktami dziennikarkę gra Missi Pyle - ta sama, która w podobnej roli występuje w "Mentaliście":-).

Naprawdę, jeden z lepszych filmów, jakie ostatnio widziałam. Niestety, nie do opowiedzenia osobom, które go jeszcze nie oglądały - obawiam się, że cokolwiek powiem, mogę zepsuć frajdę z odkrywania precyzyjnie uknutej intrygi. Dlatego o fabule nie powiem już nic więcej. Warto natomiast napisać jeszcze kilka słów o autorce książki i scenariusza. Przepisuję z okładki:

Gillian Flynn urodziła się w 1971 roku w Kansas City. Jest amerykańską pisarką i publicystką telewizyjną. Współpracowała między innymi z magazynem "Enterntainent Weekly". Jest autorką trzech bestsellerowych powieści kryminalnych: "Ostre przedmioty" z 2006 roku, "Mroczny zakątek" z 2009 roku oraz "Zaginiona dziewczyna" z 2012. Za swoje powieści wielokrotnie nagradzana. Książki Flynn cieszą się popularnością także poza USA. Przetłumaczono je i z sukcesem wydano w wielu krajach świata.

Po niesamowitym wrażeniu, jaki zrobiła na mnie "Zaginiona dziewczyna", na pewno sięgnę po inne powieści tej autorki:).

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Filary ziemi

... ponoć najsłynniejsza powieść Kena Folletta, to emocjonująca i z wielkim rozmachem napisana saga historyczno-przygodowa, której fabuła osnuta jest wokół trwającej blisko czterdzieści lat budowy wielkiej katedry Kingsbridge.

Powieść przenosi nas do średniowiecznej Anglii, w czasy anarchii i wojny domowej wywołanych sporem o sukcesję na angielskim tronie. Fakty (główne bitwy, postacie, zabójstwo Tomasza Becketa, arcybiskupa Canterbury) mieszają się z fikcją (w prawdziwym Kingsbridge nigdy nie powstała żadna katedra), dając w efekcie realną i wciągającą historię o miłości, pasji i lojalności wbrew wszelkim przeciwnościom.

Początkowo zdawało mi się, że nie jest to lektura dla mnie. Intrygi polityczne, bezwzględna walka o władzę, zdrady, przemoc - to nie są moje ulubione motywy. Nie lubię też postaci, których działania wynikają z wyjątkowo niestawnej jak dla mnie mieszanki ambicji, głupoty i władzy. W realnym życiu takich ludzi unikam jak tylko mogę i w ksiażkach też wolałabym ich nie spotykać. Bezsilna i zdołowana się czuję wobec nich. Tym bardziej, że jako ateistka, nie znajduję pocieszenia w przekonaniu, że w innym świecie dosięgnie ich boska sprawiedliwość....

Na szczęście książki kierują się innymi zasadami - tu Bogiem jest autor, a ja, znając już co nieco styl Folletta, miałam przeczucie, że na końcu pisarz da mi tę satysfakcję i ukarze każdego z panoszących się na kartach powieści łotrów, opisując ich upadek dostatecznie szczegółowo i wyczerpująco.

I nie zawiodłam się. Co prawda zakończenie ma dzięki temu nieco bajkową wymowę, ale któż z nas nie lubi, gdy dobro wygrywa?


Na podstawie powieści, w 2010 roku powstał serial telewizyjny, wyprodukowany przez słynnego reżysera Ridleya Scotta. Główne role zagrali: Ian Mc- Shane, Matthew Macfadyen, Eddie Redmayne, Hayley Atwell, Rufus Sewell i Donald Sutherland.

Oczywiście od razu obejrzałam. Zawód był ogromny. Realizatorzy wprowadzili tak wiele zmian, że film niewiele ma wspólnego z książką. Co prawda występują ci sami bohaterowie, ale przytrafiają im się inne rzeczy. A jeśli już spotyka ich to samo co w książce, to  zupełnie z innych powodów i w inny sposób. W czołówce filmu jest zaznaczone, że powstał on na motywach powieści, ale te motywy potraktowane zostały bardzo luźno i przypadkowo. Nie wiem czemu miało to służyć. Ken Follett wymyślił naprawdę zgrabną i trzymającą w napięciu fabułę... 

Szydełkowałam kocyk więc jakoś obejrzałam te osiem odcinków, choć prawdę mówiąc już po dwóch miałam dosyć oglądania. Ciekawa jestem, czy gdybym nie czytała książki, to film by mi się spododobał. Pewnie miałby szansę. Wydaje mi się, że dobrze oddaje średniowieczną atmosferę, muzyka jest naprawdę świetna. Tylko te zmiany w fabule... Po prostu nie do przyjęcia. Ale kim ja jestem, by to oceniać, jeśli (jak przeczytałam w TYM artykule) sam Ken Follett zadowolony był z produkcji...

czwartek, 18 września 2014

O czarnych służących w białych domach

Wreszcie trafiłam na porywającą lekturę. A nawet dwie:)

Pierwsza, to książka Kathryn Stockett, pt. "Służące". Przyznaję, że ten traf nie był tak zupełnie przypadkowy - wybierając z bibliotecznej półki tę właśnie pozycję wiedziałam, że się nie zawiodę, bo wcześniej oglądałam nakręcony na jej podstawie film, który bardzo mi się podobał. Ale książka jest jeszcze lepsza!


Akcja "Służących" rozgrywa się w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku na amerykańskim Południu. W czasach, gdy Martin Luter King walczył o zniesienie segregacji rasowej. Skeeter, córka plantatora bawełny, wraca po studiach do rodzinnego miasteczka. I postanawia napisać książkę o czarnoskórych kobietach pracujących w domach białych rodzin. Dwie służące, Aibileen i Minny, zgadzają się opowiedzieć jej o swoich doświadczeniach. Wbrew pozorom zadanie, którego podjęły się bohaterki, okazuje się bardzo ryzykowne. Jednak odwaga i determinacja trzech kobiet zapoczątkuje nieodwracalną zmianę w ich własnym życiu oraz w życiu mieszkańców miasta.
Choć temat dyskryminacji rasowej wydaje się tu niezwykle istotny, "Służące" to także uniwersalna opowieść o ograniczeniach, którym wszyscy podlegamy i które pragniemy znieść. 



Mimo, że, obejrzawszy wcześniej film, doskonale wiedziałam o czym opowiada historia, to od książki trudno było mi się oderwać. Doskonale napisana, oddająca charakter i styl każdej z trzech głównych bohaterek, momentami zabawna, momentami wzruszająca, a przede wszystkim bardzo autentyczna.

Kathryn Stockett w słowie końcowym wyjaśnia czytelnikom dlaczego napisała tę książkę. Autorka, tak samo jak bohaterki jej powieści, pochodzi z Południa. Wychowała ją czarna służąca, z którą w dzieciństwie łączyła ją bardzo silna więź. Jako dziecko nie zastanawiała się nad tym, na jakich zasadach funkcjonuje podzielone społeczeństwo Południa, przyjmowała je z dziecięcą naturalnością. Dopiero później, gdy dorosła i wyjechała na północ mogła spojrzeć na przeszłość z dystansem. I wtedy pojawiły się pytania. Między innymi - jak to jest być czarną służącą u białych państwa, wychowywać i kochać ich dzieci, które nierzadko później stawały się ich wymagającymi pracodawcami. Autorka nie zdążyła spytać o to swojej opiekunki, ale temat był jej tak bardzo bliski, że postanowiła napisać o tym książkę. I zrobiła to doskonale! Choć książka w głównym wątku jest fikcją, to opowiada też o prawdziwych wydarzeniach, o tym, jak na Południu w latach sześćdziesiątych, z ognia, przemocy i poczucia ogromnej niesprawiedliwości, rodził się ruch praw obywatelskich.

Po lekturze jeszcze raz włączyłam sobie film. Tym razem moje wrażenia nie były aż tak dobre, jak po pierwszym seansie. Ale zdecydowanie nie jest to wina realizatorów. Mimo wszystkich uproszczeń i skrótów udało im się stworzyć naprawdę dobrą adaptację książki, ze wspaniałymi kreacjami aktorskimi. Emma Stone, jedna z moich ulubionych aktorek młodego pokolenia, w roli Skeeter jest po prostu genialna, natomiast Oskar dla Octavii Spencer za rolę służącej Minny mówi sam za siebie.

Służące, to przede wszystkim opowieść o kobietach i o tym, że każda społeczna rewolucja zaczyna się w głowie jednostki. Od zadania sobie pytania - czy  jestem tym, za kogo mnie mają? Czy wierzę w to, co o mnie mówią? Trzeba odpowiedzieć sobie na to pytanie, a potem przełamać strach, czasem wstyd i zacząć mówić o sobie swoim własnym głosem. Bo jeśli sami nie zaczniemy domagać się zmian, jeśli nie będziemy mówić o tym, co nas boli i czego nam trzeba, to nikt nam tego, sam z siebie i z dobrego serca, nie da. 

Drugą książką, którą w tym samym czasie i temacie pożyczyłam z biblioteki jest "Kamerdyner" autorstwa Willa Haygooda - pisarza i dziennikarza, jednego z najważniejszych współczesnych historyków kultury amerykańskiej.

Dziennikarz "Washington Post", szukając pereł przed wyborami w 2008 roku, znajduje diament. Opublikowana na pierwszej stronie gazety historia segregacji rasowej opowiedziana przez leciwego Eugene'a Allena, który ponad trzy dekady służył ośmiu prezydentom, porusza sumienie Ameryki. Jednym uchem słyszał najważniejsze rozmowy świata, drugim - krzyk swoich braci wołających o prawa obywatelskie...

Reporterska powieść "Kamerdyner" stanowi rozwinięcie opublikowanego w 2008 roku artykułu. Przybliżając postać skromnego, czarnego służącego białych prezydentów oraz historię powstania filmu o nim, autor przybliża jednocześnie dzieje przemian amerykańskiej kultury. Jest to opowieść tym ciekawsza, że oparta na faktach i tym bardziej niesamowita, że obejmuje swym zasięgiem ledwie parędziesiąt lat, w trakcie których Ameryka przeszła drogę od segregacji rasowej, do wyboru swojego pierwszego w historii czarnoskórego prezydenta.

(Swoją drogą ciekawa jestem ile lat jeszcze musi upłynąć, by na prezydenta USA wybrana została kobieta.... )

Eugene Allen urodził się w 1919 r. na plantacji w Wirginii, gdzie dorastał jako "chłopak do wszystkiego" u białej rodziny. Przez lata, jako obywatel drugiej kategorii znosić musiał brutalną segregację rasową. Później, jako czarnoskóry pracownik, zawsze zarabiał mniej od swoich białych kolegów, a jego ścieżka zawodowa nie przewidywała awansu. W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku perspektywa wyboru czarnoskórego prezydenta USA wydawała się kompletnie niemożliwa, Pięćdziesiąt lat później niemożliwe stało się faktem. Dla Afroamerykanów ten wybór miał kolosalne znaczenie. W styczniu 2009 roku Eugen Allen, w sektorze dla VIP-ów, był świadkiem zaprzysiężenia pierwszego czarnego prezydenta swojego kraju... Zjawił się tam mimo, że wiek i zdrowie bardzo mu już dokuczały. Ale musiał tam być. Powiedział wtedy, że warto było zobaczyć, jak Barack Obama tam stoi, że dla takiej chwili warto było przez to wszystko przejść... Zmarł rok później.

Artykuł Willa Haygooda opisujący życie Eugena Allena poruszył Amerykę i stał się inspiracją dla reżysera - Lee Danielsa - do nakręcenia filmu. Po lekturze książki byłam go bardzo ciekawa.

W 1926 roku młody Cecil (Forest Whitaker) opuszcza skonfliktowane na tle rasowym południe USA, szukając szansy na lepsze życie. Wkrótce otrzyma niezwykły dar od losu. Zostanie kamerdynerem w Białym Domu, stając się naocznym świadkiem wydarzeń, które na zawsze zmienią oblicze współczesnego świata. Gdy kolejni prezydenci USA zmagają się ze skutkami zabójstwa Johna F. Kennedy'ego, Martina Luthera Kinga i kontrowersjami narosłymi wokół wojny w Wietnamie i afery Watergate, Cecil – wpierany przez kochającą żonę Glorię (Oprah Winfrey) – musi podjąć trudną walkę o dobro i szczęście rodziny, któremu na drodze stanie jego własne, bezgraniczne oddanie pracy. 

Jak tłumaczy sam reżyser, tłem jego filmu są wydarzenia historyczne, jednak sam bohater tytułowy i jego rodzina to kreacja, choć oczywiście pewne niezwykłe momenty z prawdziwego życia Eugene'a również się w nim znalazły. Osnową filmu uczynił reżyser relacje ojca (pełnego pokory i ostrożności służącego-konformisty) z synem - buntownikiem, który w walce o równe prawa obywatelskie gotów jest poświęcić własne życie.

"Kamerdyner" to opowieść o tym jak różni ludzie, w różny sposób, wpływali na kształtowanie się nowej rzeczywistości, rzeczywistości, w której zmiany, choć trudne i pełne ofiar, są jednak możliwe. YES, WE CAN! powiedział w 2008 r. pierwszy czarnoskóry kandydat na prezydenta USA. Streszczając w dwugodzinnym filmie siedemdziesięcioletnią historię zmagań Afroamerykanów z rasizmem oraz ich walki o równe prawa, reżyser sprawił, że te słowa nie brzmią jak gładki wyborczy frazes lecz stanowią pełne nadziei i mocy przesłanie do wszystkich spychanych na margines i z różnych przyczyn dyskryminowanych ludzi.

Tak, my możemy, my potrafimy!

niedziela, 9 marca 2014

Frida

Frida Kahlo posiada w swej biografii wszystko co potrzebne, by zawładnąć masową wyobraźnią: przeżyła katastrofę, poślubiła popularnego artystę, łamała obyczajowe konwenanse. Kochała, romansowała, prowokowała, cierpiała, malowała... Żyła bardzo intensywnie, ale raczej w cieniu sławy męża. Uznanie, jak to zwykle z artystami bywa, zdobyła dopiero po śmierci. W latach osiemdziesiątych pojawiła się moda na malarstwo meksykańskie, a styl Fridy zaczął inspirować innych twórców. Do szerszej i niekoniecznie zainteresowanej sztuką publiczności, artystka trafiła po premierze biograficznego filmu pt. "Frida" z 2001 r., w którym tytułową rolę zagrała Salma Hayek.

Jako miłośniczka kobiecych historii nie mogłam Fridy przegapić. Obejrzałam i się zauroczyłam. Niesamowity człowiek, fascynująca kobieta, wyjątkowa malarka. Stała się skarbem narodowym Meksyku, bohaterką ruchów feministycznych i źródłem modowych inspiracji...

Mnie zaś natchnęła do realizacji dwóch tematów fotograficznych. W pracy pomogła mi koleżanka, nie tylko chętnie i cierpliwie pozując, ale również udostępniając swoją magiczną garderobę, w której skompletować można chyba każdą, nawet najbardziej fantazyjną, stylizację:).


Po pierwsze - pastisz - zdjęcie na podstawie portretu artystki:


Nie wiem kto jest jego autorem. Znalazłam je w sieci, a jego sceneria wydała mi się w miarę prosta do odtworzenia. Jedynie zwykłego zegarka na czarnym pasku nie udało nam się znaleźć;)

Po drugie - portret kreacyjny.






To raczej takie zdjęcia próbne. Gdy będzie cieplej, zrobimy sesję w ciekawszych okolicznościach. Mam już nawet wymyślony odpowiedni plener. Ale nawet z tego co mam teraz, jestem ogromnie zadowolona:).

sobota, 11 stycznia 2014

Świąteczny serial

... w bynajmniej nieświątecznym klimacie - Breaking Bad - opowiadający o nauczycielu chemii, który dowiedziawszy się, że ma raka, postanawia rozpocząć produkcję metamfetaminy, by finansowo zabezpieczyć swoją rodzinę - całe pięć sezonów, 62 odcinki, pękło w dwa tygodnie.


Wielokrotnie nagradzany serial, z oceną na Filwebie 8,7/10, polecany przez znajomych, po pierwszym sezonie wzbudził we mnie głównie zdziwienie - nad czym te peany???? Później jednak zrobiło się lepiej, choć wciąż trudno mi o jednoznaczną opinię. Serial podobał mi się i nie podobał jednocześnie.

Nierówna akcja, która dla wielu jest zaletą produkcji, mnie działała na nerwy - przy paru dynamicznych i trzymających w napięciu momentach, większość scen, a nawet całych odcinków, to zwyczajne dłużyzny i wypełniacze, które w żaden sposób nie wpływają na rozwój wypadków. Bohaterowie, choć wszyscy bez wyjątku świetnie zagrani, są tak skomplikowani, że momentami zupełnie niezrozumiali. Trudno mi było się z nimi utożsamiać i emocjonować się ich sytuacją oraz przeżyciami. W jednym odcinku sympatyczni, inteligentni lub budzący współczucie, w innym irytujący, głupi i bezwzględni... 


Breaking Bad to kolejny po Dexterze serial, w którym twórcy testują na widzach ich poczucie moralności. Niby każdy z łatwością odróżnia dobro od zła, ale są takie sytuacje, w których granice miedzy nimi stają się niewyraźne, płynne, a jedne wartości stoją w sprzeczności z innymi. Sądząc po powodzeniu obu tych produkcji, oparcie scenariusza na tego rodzaju niejednoznacznościach, wydaje się być przepisem na sukces. Nic tak bardzo nie wciąga, jak bohaterowie - "ludzie z sąsiedztwa" - zmuszeni do rozwiązywania dylematów, w których każda decyzja może być wątpliwa moralnie, choć w jakiś sposób usprawiedliwiona.


W Breaking Bad każdy nieustannie mierzy się z takimi właśnie trudnymi wyborami, zmuszając również widzów do ciągłej refleksji - co ja zrobiłabym w takiej sytuacji? Co ja zrobiłabym, gdybym miała przed sobą ledwie parę miesięcy życia? Czy cel rzeczywiście może usprawiedliwiać środki do niego prowadzące? Dlaczego ludzie decydują się robić niewłaściwe rzeczy? A co ich przed tym powstrzymuje? Czy tylko strach przed karą, czy może jednak sumienie?


Nieczyste sumienie zmusza do racjonalizowania niewłaściwych decyzji, zasłaniania się wyższymi wartościami. I to naprawdę działa. Przez jakiś czas. Póki człowiek jest w ruchu, póty napędza się spirala kłamstw, działań i ich konsekwencji.

Ale gdy wreszcie dojdzie się do końca tej drogi, gdy wszystkie kłamstwa zostaną zdemaskowane, a wokół zamiast miłości, szczęścia i powodzenia, będzie tylko krzywda i cierpienie, to okaże się jasnym, że to nie dla wyższych celów, nie dla dobra Rodziny...

Tylko dla siebie.

Oraz, że nie da się pozostać dobrym człowiekiem robiąc złe rzeczy.