... w lesie, i w jeziorze,
na rowerze, i spacerze,
z książką i szydełkiem
oraz igłą z nitką,
pod słońcem i chmurką...
....................
moje wakacje zleciały jak z bicza strzelił...
I już tylko weekend dzieli mnie od powrotu do pracy... Nie będzie
lekko, bo nigdy nie jest, ale co tam, to w końcu jeszcze całe DWA wolne
dni do tego ciężkiego czasu;)
Zdjęć tym razem niewiele zrobiłam na wyjeździe. Żar lał się z nieba,
nad jeziorem i na deptakach nieprzebrane tłumy wypoczywających, a w
lasach większość ścieżek piaskowych, które niespecjalnie nadawały się
dla naszych rowerów... Do fotografowania w takich warunkach nie było ani
klimatu, ani weny tym bardziej. Większość zdjęć zrobiłam już po
przyjeździe, wśród nich oczywiście topy ze mną wewnątrz:)
Założę się, że takich, pięknie wyasfaltowanych, leśnych ścieżek rowerowych, jak w naszych okolicach, nie ma nigdzie na świecie:D
Drugi topik został sfotografowany na moim własnym podwórku,
gdzie przy odrobinie wysiłku również dało się wykadrować odpowiedni plener;)
Razem z topem występuje kapelusik. Opis wykonania znalazłam w internecie; ścieżka dostępu, niestety, zaginęła w akcji.
Kapelusik jest robótką w całości wykonaną na wyjeździe. Ze względu na
swoje niewielkie rozmiary i prosty wzór, nie zajął mi zbyt wiele
wakacyjnego czasu, a idealnie wpisał się w potrzeby słonecznych dni. No i
dzięki niemu wykończyłam wreszcie do reszty stare zapasy bawełny z
wiskozą.
Na wakacje zabrałam też książkę (oczywiście wciąż kossakowskie
klimaty), która jednak okazała się za ciężka i zupełnie niestosowna do
okoliczności. W miejscowej księgarence nabyłam więc powieść, która
wydała mi się (i nie pomyliłam się!) nieco bardziej odpowiednią lekturą -
Kena Folletta "Uciekinier" - powieść przygodowo-historyczna, po prostu
idealna na plażę. Oczywiście nie omieszkam szerzej podzielić się
wrażeniami na jej temat, gdy już całkiem wrócę świadomością do
powakacyjnej normalności:) Wcześniej jednak poświęcę trochę uwagi
twórczości pisarek z rodu Kossaków, bo jeśli chodzi o książki, to jednak
nadal głównie w tych klimatach się obracam.
A na koniec wielki powrót krzyżykowania:) "Afrykańskie klimaty"
zaczęłam haftować dwa lata temu (wspomniałam o tym przy okazji tego
wpisu),
ale potem zniechęciła mnie czasochłonność tego zajęcia. Robótka przez
dwa lata przeleżała nietknięta w pudełku, aż wreszcie zmobilizowała mnie
mama, która niedawno właśnie zawiesiła na ścianie swoje haftowane
obrazki. Wyglądają naprawdę atrakcyjnie. I też takie chcę! Pierwszy
obrazek mam już prawie cały:
Oby tym razem starczyło mi cierpliwości:)
Komentarze