Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdrowie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 września 2019

Wege eko bio

Dołek spowodowany końcem wakacji trwał na szczęście krótko i jak to zwykle we wrześniu, poczułam potrzebę zmian oraz moc do ich wdrażania. Tematyka nie jest dla mnie nowa, badam ją i swoje reakcje już od dłuższego czasu, a teraz poczułam się gotowa przekroczyć kolejny etap i wziąć na siebie jeszcze większą odpowiedzialność za swoje wybory.

A nie jest to łatwe w rodzinie, która może i podziela poglądy (w różnym zakresie), ale nie kwapi się do zmiany własnych zachowań. Ale od początku.


Wegetarianką zostałam rok temu. Też jakoś tak na jesień. Wcześniej bywało różnie - zasadniczo mięsa unikałam, ale ponieważ sama nie gotuję, więc w daniach obiadowych, szczególnie tych jednogarnkowych, byłam zdana na gust kulinarny męża. W końcu udało mi się nakłonić go, by gotował dla mnie osobno, ale od jakiegoś czasu ten układ stał się już dość problematyczny - jest nas za dużo przy stole, a każdy ma inne smaki, przez co układanie wspólnego menu stało się nie lada wyzwaniem i źródłem ciągłych napięć. Postanowiłam więc wycofać się ze wspólnej kuchni i jednak gotować sobie sama. Daję radę. Gotuję głównie raz w tygodniu, dzielę na porcje, mrożę, a po rozmrożeniu modyfikuję nieco każdą porcję, tak że co dzień mam niby to samo, ale jednak nieco inaczej. Korzystam też ze wspólnej kuchni, jeśli akurat to możliwe - czasem podepnę się pod surówkę, jakieś ziemniaczki, czy makaron... Czasem ktoś podepnie się pod moje danie... I jest dobrze:-).


Eko - to również bliska mi idea. Jestem przerażona ilością śmieci, które człowiek produkuje. Jestem przerażona ilością śmieci, które produkuje tylko jedna - moja 6 osobowa rodzina. Ogarnianie i segregacja śmieci to od dawna moje zadanie, więc mam porównanie jak to wyglądało, gdy byliśmy tylko we dwójkę i teraz, gdy dołączyła do nas Dominika z Rodziną oraz Bratanek. Prawdę mówiąc zalewa mnie krew ze złości, na zmianę z ponurą rezygnacją. Młodzi bardziej sobie cenią własną wygodę i upodobania niż los planety... Cóż, takie ich prawo.


Gwoli ścisłości - los planety i przyszłość kolejnych pokoleń również dla mnie nie są główną motywacją dla wdrażanych właśnie zmian. Prawdę mówiąc już dawno przestałam myśleć globalnie, bo im szerszy obraz, tym mniej znaczący wydaje się wkład osobisty. Myślę więc tylko o sobie. A o sobie myślę, że jestem istotą przyjazną. Z zasady nie krzywdzę. I nie chcę do jakiejkolwiek krzywdy przykładać ręki. Albo inaczej - pragnę do minimum ograniczyć swój udział w globalnej krzywdzie i problemach. Pomaga mi w tym mój Wewnętrzny Krytyk, który ma dość mocną pozycję w mojej głowie i potrafi wywierać naprawdę silną presję na zmiany oraz Szymon Hołownia ("Boskie zwierzęta" i nie tylko), który trochę Krytyka łagodzi przekonując, że każda (nawet najmniejsza!) zmiana we właściwym kierunku jest dobra i warta wdrożenia. No więc małymi kroczkami:

- zwracam uwagę na to, co kupuję i staram się eliminować produkty, które generują śmieci, plastikowe szczególnie,
- wybieram produkty biodegradowalne (np. worki na śmieci i psie kupy)
- ograniczam zakupy - każdą potrzebę badam wnikliwie w głowie, czy aby na pewno muszę to kupić,
- staram się nie marnować: energii, wody, żywności,
- eksperymentuję z kompostowaniem bio odpadków,
- staram się (planuję) w większym zakresie wykorzystywać śmieci (znacie temat "cegieł" z plastikowych butelek ściśle wypełnionych drobniejszymi plastikowymi śmieciami??? Czad! Albo pufy i meble ogrodowe również z plastikowych butelek... Fajna sprawa:-)),
- nie korzystam z samochodu, jeśli naprawdę nie muszę, na miejscu głównie poruszam się rowerem, lub piechotką.
- edukuję i naciskam na rodzinę w kwestiach wege i eko


Bio - mam tu na myśli zdrowe jedzenie (jak najprostsze, nieprzetworzone bez konserwantów i innych polepszaczy, czyli temat już całkiem dobrze przeze mnie zbadany i wdrożony), ale też przyjazne, naturalne kosmetyki i całą domową chemię - ten temat dopiero badam. Wydaje mi się i łatwy, i trudny jednocześnie. Łatwy, bo gdy czytam, to wszystko nie wydaje się skomplikowane do samodzielnego zrobienia, ale trudny, bo jak każda zmiana wymaga wysiłku pierwszego kroku, no i trochę żal mi mojego wolnego czasu na kolejną dodatkową pracę, bo już i tak mam go dla siebie tyle co kot napłakał, a tu kolejny obowiązek trzeba by wziąć na siebie... Ale jak mówi Szymon - małymi kroczkami, ważne, że na dobrej drodze. Jakoś to ogarnę:-)


A jak u Was z tymi sprawami? Może coś podpowiecie?

Wszystkie zdjęcia z Pixabay.

niedziela, 6 listopada 2016

Jak nie dać się jesiennej depresji

Jesienią zawsze łapią mnie dołki. Mam osobowość skłonną do melancholii: poczucie smutku, bezsensu, zaniki motywacji... towarzyszą mi od dzieciństwa. Kiedyś bywało gorzej i skutkowało destrukcyjnymi zachowaniami. Teraz radzę sobie dużo lepiej. Nawet bez tych najbardziej  typowych polepszaczy nastroju jak słodycze, alkohol, zakupy...itp. (prócz skłonności do melancholii mam też skłonność do uzależnień więc muszę uważać;-)). Zresztą te polepszacze rujnują zdrowie, a ja, od jakiegoś czasu pasjonatka zdrowego żywienia, zdecydowanie eliminuję ze swojej kuchni niezdrowe produkty. Jednak, gdy na dworze szaro i mokro, a dni coraz krótsze i chłodniejsze... Na dodatek niedzielna robótka jakoś nie idzie, serialowi bohaterowie giną lub odchodzą, a w perspektywie kolejny bury poniedziałek... Jakoś trzeba się bronić przed chłodem na duszy i spadkiem nastroju.


Oto moje sposoby (kolejność przypadkowa):

1. Zacznij dzień od śmiechu. Umysł ludzki jest skomplikowany, ale zaskakująco łatwo go oszukać. Śmiejemy się, gdy nam wesoło, ale odwrotnie też działa: gdy się śmiejemy (nawet wymuszenie) robi nam się prawdziwie wesoło:-).

2. Głaskaj kota. Niektórzy twierdzą, że można też psa lub innego futrzaka, ale moje doświadczenie wskazuje, że kot działa najlepiej. Głównie dlatego, że mruczy. Zanurzenie dłoni w miękkie, wibrujące futro i obserwowanie błogiego kociego spojrzenia jest niezwykle odprężające i po prostu musi wywołać uśmiech. Jeśli nie masz kota, odwiedź kogoś kto ma. Ale jeśli tylko nie dokucza ci alergia na kocią sierść i nie ma innych obiektywnych przeciwwskazań - zachęcam do sprawienia sobie własnego egzemplarza:-). Poprawisz sobie humor podwójnie: zrobisz dobry uczynek, bo dasz dom i miłość kociemu nieszczęśnikowi i jednocześnie zapewnisz sobie nieograniczony dostęp do najskuteczniejszego leku na codzienny stres i depresję.


3. Ruszaj się. Co prawda ostatnią rzeczą, na którą ma ochotę człowiek w depresji jest aktywność, ale warto się przemóc. Nie chodzi od razu o jakiś ekstremalny wysiłek. Mnie pomaga nawet kilkukrotna przebieżka w domu po schodach, tam i z powrotem, albo szybkie odkurzanie. Jednak, jeśli tylko dopisuje pogoda, lepszy jest ruch na świeżym powietrzu. Uniwersalny jest spacer. Wiadomo, że wysiłek fizyczny zwiększa wydzielanie endorfin, ale myślę sobie, że pomaga też to, że podnosi nam się ciśnienie i robi cieplej. Poza tym, w ten sposób też można trochę oszukać umysł - jeśli: im bardziej mi się nie chce, tym bardziej się nie ruszam, to: im bardziej się ruszam, tym bardziej mi się chce:-).


4. Muzyka. Gatunek jest oczywiście kwestią gustu. Na mnie najlepiej działają dynamiczne, hip-popowo-dyskotekowe dźwięki, z elementami folk, z rytmicznie wystukiwanymi basami, które czuję aż w żołądku. Taka muzyka dodaje mi energii i sprawia, że chce mi się tańczyć, a taniec zawsze poprawia humor bo: patrz punkt powyżej:-).

5. Spraw przyjemność kubkom smakowym. To nieprawda, że będąc na zdrowej diecie nie można cieszyć się smakami. Można! A przyjemność jest tym większa, bo pozbawiona wyrzutów sumienia, że zapychamy się rujnującym zdrowie cukrem i tłuszczami trans. Takie na przykład pieczone jabłko z miodem i orzechami. Nie dość, że pysznie smakuje, to roboty z nim niewiele i zapach w domu po prostu boski. Same zalety. Poza tym mogę polecić słodkie kaszotto z bakaliami, wykwintne Rafello z kaszy jaglanej, albo bogatą kutię nie tylko z okazji Wigilii.


Co dobrego do picia? Herbata z cytryną i imbirem to klasyka. Dobrze na samopoczucie robi też zielona kawa, którą gotuję z przyprawami: kardamonem, cynamonem, imbirem - pachnie nieziemsko, a kawa gotowana podobno nie zakwasza organizmu (mam nadzieję, że to prawda, bo piję codziennie rano...). Kubek gorącego kakao również godny jest polecenia. Puryści zalecają na wodzie, bo podobno mleko zwierzęce niszczy wszystkie dobroczynne składniki kakao. Wierzę, ale na razie jeszcze nie mogę oprzeć się mlecznemu dodatkowi. Tylko odrobina, a sprawia, że kakao staje się jedwabiste i pełne w smaku. Posłodzone miodem gryczanym smakuje wybornie, rozgrzewa i wyraźnie podnosi nastrój. Jednak tego napoju nie zalecam na wieczór: nastrój jest podniesiony tak bardzo, że nie ma mowy o spaniu;-). Na wieczór dobry jest kubek ciepłego mleka z miodem, czosnkiem i odrobiną masła - uwielbiam ten smak! Wiem, wiem, ta propozycja jest dość mocno kontrowersyjna, bo nie dość, że mleko krowie, to jeszcze śmierdzący czosnek... Nie mniej jednak, na mnie napój ten działa bardzo odprężająco:-).


6. Miej pasję. To niby oczywistość, ale czasem pasja nie skutkuje. Szczególnie, gdy jest to pasja realizowana od lat, dobrze znana, oswojona i nie stawiająca wyzwań. Wtedy warto poszukać czegoś nowego. Czegoś co będzie miało urok nowości, co wciągnie i zajmie uwagę. Bo choć zwykle nie chce nam się wykraczać poza własną strefę komfortu, to gdy już to zrobimy, czujemy zadowolenie. Bo człowiek lubi przekraczać własne granice, bo lubi czuć satysfakcję z poznawania czegoś nowego. Satysfakcja z opanowania nowej sztuki, z rozwiązania jakiegoś zadania jest jednym z najskuteczniejszych sposobów na podniesienie nastroju, choć też jednocześnie chyba jednym z najtrudniejszych do realizacji. 


7. Motywujące i/lub pocieszające cytaty. Tak, ja wiem, to strasznie banalne, ale naprawdę znajduję otuchę w tych oklepanych, a jednocześnie pełnych prawdy treściach. Na przykład:
Wszystko mija, nawet najdłuższa żmija. (Stanisław Jerzy Lec).
Jeśli jesteś w dołku, to przede wszystkim przestań kopać dalej.
Życie to męka. Najlepiej się wcale nie urodzić. Ale to szczęście ma jeden na tysiąc. (Julian Tuwim)
Jakoś to będzie. Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś nie było. 

A jakie są Twoje sposoby na jesienną chandrę?

niedziela, 3 maja 2015

Zasiała babka

.... warzywa w skrzynkach,
chodzi tych skrzynek doglądać co dzień.


Kiełkuje czosnek, wzeszła rzodkiewka,
szpinak już widać i prawie zaraz będzie botwina!
I szczawik młody też się wychylił:


Pierwszy raz siałam. Radość nie z tej ziemi, gdy z ziemi wyrasta zielone!
Tylko szczypiorki i cebule znaku nie dają, że rosną. Dziś minął tydzień od siewu. Jeszcze nie tracę nadziei.

Mam też sadzonki. Mniej satysfakcjonujące, ale też cieszą, że rosną:




Wszystko to, zgodnie z planem, ma składać się na mój balkonowy ekowarzywnik. Ale jeszcze nie prędko zostanę bohaterką balkonu - chwilowo balkon musi poczekać, bo dostałam pilne zlecenie na kocyk i od czwartku nie odrywam się od szydełka. I drutów. Ale drutowe spułam. Zostaję przy szydełku;-)

poniedziałek, 27 października 2014

Mamy lek na migrenę!

I bynajmniej nie jest to żaden z głośno i agresywnie reklamowanych farmaceutyków;). I mówię to ja - migrenowiec z ponad dziesięcioletnim doświadczeniem.

Migreny gnębiły mnie mniej więcej 3 - 6 razy w miesiącu. I częściej było to raczej więcej niż mniej. Gdy dłużej pospałam, gdy gdzieś wyjechałam, gdy się denerwowałam, gdy na czas nie zjadłam lub nie wypiłam kawy... Faszerowałam się tabletkami jak cukierkami. Gdy tylko ból przeczuwałam (bo ponoć lek tym skuteczniejszy, im wcześniej zażyty), potem w trakcie, co parę godzin, żeby choć trochę zelżyło. Okresowo zaś łykałam codziennie leki, które miały migrenie zapobiegać, np. krople Dihydroergotaminum i tabletki Divascan. Bez rezultatów. Tak było początkowo. Później, gdy w migrenie byłam już dość mocno wyedukowana, zwykłe tabletki przeciwbólowe zażywałam tylko wspomagająco, zaś głównie przeciwmigrenowe sumatryptany (Cinie, Frimig, Imigran...). Te ostatnie, choć drogie to przynajmniej skuteczne - przerywały każdy atak migreny w ciągu godziny.

I gdy w końcu zrezygnowana uznałam, że pewnie taka już moja uroda i z migrenami borykać się będę do końca życia, trafiłam na skuteczne rozwiązanie i to na dodatek w 100 procentach naturalne, żadnej chemii.

Po pierwsze - właściwa dieta!

Jest teoria, że migreny prowokowane są przez niektóre produkty spożywcze, np. czerwone wino, orzechy, czekoladę, żółty ser... Przetestowałam wszystkie i u siebie wyraźny związek zauważyłam tylko w przypadku czerwonego wina (i każdego innego alkoholu zresztą). Z pozostałymi bywało różnie: czasami głowa bolała, czasami nie, a czasami nie zjadłam niczego z niedozwolonej listy, a migrena i tak mnie dopadała... Ale dopiero przeprowadzony na wiosnę tego roku post warzywno-owocowy ujawnił, że rzeczywiście związek pomiędzy migreną, a jedzeniem istnieje (po odtruciu, przez cały miesiąc nie miałam ani jednej migreny), ale niekoniecznie tak jednoznaczny, jak podają obiegowe opinie. W moim przypadku uznałam, że głównym winowajcą jest po prostu zakwaszenie. Gdy zrezygnowałam z produktów mocno zakwaszających (kawa, mięso i wszystko wysoko przetworzone, zawierające biały cukier i białą mąkę), a zwiększyłam w diecie udział produktów alkalizujących (głównie warzyw), migreny stały się sporo rzadsze i łagodniejsze. Ale jednak wciąż były, dlatego:

Po drugie - imbir!

Wyczytałam w internecie, że imbir to nie tylko przyprawa, którą, ze względu na palący smak, oszczędnie dodaje się do ciastek i piwa. Imbir to prawdziwy cud botaniki, roślina, która od pięciu tysięcy lat wykorzystywana jest w leczeniu najróżniejszych schorzeń. Prócz tego, że rozgrzewa, podnosi odporność, leczy przeziębienia, łagodzi mdłości, przyśpiesza przemianę materii i zwiększa koncentrację poprzez poprawę ukrwienia mózgu, to również leczy migreny! Regularnie spożywany zmniejsza częstotliwość ataków i łagodzi ich przebieg. I rzeczywiście! Stosuję imbir od paru miesięcy i to naprawdę działa:). Kroję sobie drobne kosteczki i przegryzam kilka razy dziennie. Zamiast gumy do żucia, czy innych tic taców, bo imbir prócz właściwości przeciwmigrenowych ma również działanie odkażąjące i odświeżające. Raz dziennie małą łyżeczkę drobno siekanego imbiru zalewam gorącą wodą i piję jako herbatkę (doskonale rozgrzewa!), a później po troszku wyjadam "fusy". Szybko przyzwyczaiłam się do piekącego smaku i teraz naprawdę go lubię:)

Ale nawet mimo imbiru, migreny pojawiały się po podróży i restauracyjnej diecie - odchorowałam wszystkie sierpniowe wyjazdy, dlatego:

Po trzecie - złocień maruna!

Złocień maruna jest wieloletnią rośliną zielną, uprawianą jako roślina ozdobna i lecznicza. Ze względu na swoje właściwości (przeciwmigrenowe i przeciwgorączkowe) zwana była średniowieczną aspiryną. Żucie surowych liści maruny, jako sposób na bóle głowy, było tak rozpowszechnione, że zwróciło to uwag naukowców. W drugiej połowie ubiegłego wieku wykonano pierwsze badania kliniczne, które potwierdziły lecznicze właściwości rośliny.

I ja też potwierdzam! Złocień maruna, w postaci kapsułek, przyjmuję od paru tygodni. Kapsułki może nie są stuprocentowo naturalnym tworem, (podobno są dostępne również herbatki, ale w lokalnych aptekach i zielarniach nie udało mi ich znaleźć), ale na pewno są bezpieczniejsze od leków przeciwbólowych. A na przyszłość mam nadzieję, że uda mi się gdzieś znaleźć nasiona i złocienia marunę wysieję sobie na podwórku i w doniczkach:)

Może to jeszcze za wcześnie na fanfary, może powinnam jeszcze poczekać nim ogłoszę, że moje sposoby na migrenę są naprawdę skuteczne, ale...

ANI JEDNEJ MIGRENY

... nie miałam od ponad dwóch miesięcy! Nawet mimo rozjazdów. Nawet mimo całkowitego niepicia kawy. Nawet mimo zmęczenia i złamanej codziennej rutyny. Nawet mimo wyżów, niżów, faz cyklu, księżyca, czy jeszcze innych czynników... Bóle głowy, owszem, czasem jeszcze mnie nawiedzają, ale zupełnie nieporównywalne do migren - znoszę je z łatwością, bez żadnych tabletek i same mijają we śnie:).

I dla mnie jest to zjawisko tak niesamowite, że musiałam o tym napisać. Naprawdę da się uwolnić od migren w sposób prosty i naturalny, bez żadnej chemii:). Nawiasem mówiąc, to odkąd praktykuję zdrowe odżywianie uwolniłam się też od innych dolegliwości. Żadne przeziębienie mnie się nie ima, mam stale dużo energii i chęci do życia, przestało być problemem poranne wstawanie, budzę się wyspana i wypoczęta. I dla takiego samopoczucia WARTO zrezygnować z kawy, bąbelkowej czekolady, białych michałków z Wawela i innych szkodliwych pyszności, bez których jeszcze do niedawna nie wyobrażałam sobie życia:)

I naprawdę, niech mi nikt nie mówi, że wszystko jest dla ludzi. Bo jeśli wszystko jest dla ludzi, to i migreny również, i zaparcia, i ciągłe zmęczenie, i podły nastrój, i pryszcze. Nie mam zamiaru się na to godzić. Już nigdy więcej! Może stałam się żywieniowym radykałem, ale dla mnie zależność jest prosta: albo zdrowie i trwały dobry humor bez cukrowego i kawowego dopingu, albo ciągłe dolegliwości przetykane chwilowymi zwyżkami nastroju wywoływanymi przez trujące smakołyki i używki.

piątek, 2 maja 2014

Post warzywno-owocowy - podsumowanie

Przede wszystkim muszę powiedzieć jedno - nigdy, przenigdy, nie myślałam o jedzeniu tyle, co w ostatnich dniach diety. Moim problemem nie był głód, ale szalony i nie do zaspokojenia apetyt, o którym nie zapominałam nawet we śnie. Najbardziej ze wszystkiego brakowało mi deserów, nawet nie tych tradycyjnych, pełnych cukru i tłuszczu (w sklepach nie zwracałam uwagi na swoje ulubione michałki, ptasie mleczko, czy czekoladę) - marzyłam o ciasteczkach owsianych, placuszkach z kremem z awokado i miodu, śniłam o musli z suszonymi owocami, bananem i jogurtem naturalnym... Tęskniłam za banalnym chlebem ze zwykłym twarogiem i pomidorem. Żeby unikać pokus i bólu ich niezaspokojenia, starałam się trzymać z dala od wszelkich kulinarnych stron, ale też strasznie mnie do nich ciągnęło - bez przerwy planowałam, co sobie upichcę, gdy już będę mogła:)

Dzięki temu znalazłam absolutnie fantastyczną stronę z przepisami roślinnymi - Jadłonomia - która z pewnością stanie się na jakiś czas moją podręczną książką kucharską, szczególnie, że zamierzam już na stałe trzymać się diety bezmięsnej.

Mój post trwał 26 dni, czyli krócej niż zakładałam, ale ponieważ moje BMI nieprzyjemnie zbliżyło się do granicy wychudzenia uznałam, że to najwyższa pora, by zacząć znów na wadze przybierać. Zresztą, nawet niecałe cztery tygodnie wystarczyły, by pozbyć się głównych problemów zdrowotnych. Mam nadzieję, że trwale;)

Już w pierwszych dniach diety odpuściła mi alergia i oczyścił się nos. Dla mnie to sytuacja absolutnie nowa, by przez cztery tygodnie być całkowicie wolnym od leków przeciwhistaminowych, a przede wszystkim od wziewnych sterydów. A jestem wolna. I normalnie oddycham:) Mimo trzech kotów w domu (mama musiała wyjechać więc my musieliśmy przejąć opiekę nad jej zwierzętami) - zero drapania w gardle, łaskotania na podniebieniu, swędzenia w nosie, uszach i oczach. Nawet podczas sprzątania w szafie i zmiany pościeli. Kichałam i smarkałam tylko z zimna;) Kto alergik, ten wie, że to kolosalna różnica;)

Odpuściła też migrena. Dała mi w kość tylko w pierwszych dwóch dniach. Myślę, że tak mój organizm przyjął nie tyle zmniejszoną ilość kalorii, ile przede wszystkim odstawienie kawy... Po trzeciej tabletce przeciwmigrenowej, w trzecim dniu, nastąpiła poprawa i od tamtej pory nie czułam już nawet najlżejszego bólu. Nawet w weekendy i święta, gdy dłużej pospałam. Nawet po szkole, z której wcześniej ZAWSZE wracałam z migreną. Zero bóli głowy!

Do korzystnych skutków diety mogę również zaliczyć parę niespodziewanych zmian kosmetycznych - poprawiły mi się włosy i cera:) Włosy dużo mniej się przetłuszczają i zdecydowanie mniej wypadają, natomiast na twarzy wyraźnie zmniejszyły się popękane naczynka, szczególnie te najbardziej widoczne, przy nosie. Bardzo poprawił mi się też nastrój. Mam tyle energii i entuzjazmu, że chwili spokojnie nie mogę usiedzieć na miejscu:) Czuję się lekka, szczęśliwa (co oczywiście może też być skutkiem wiosny, która zawsze dobrze wpływała mi na samopoczucie) i bardzo kreatywna - na razie głównie kulinarnie, ale mam nadzieję, że gdy zaspokoję swój wyposzczony apetyt, będę równie twórczo realizować się w innych dziedzinach;)

Czego dieta nie załatwiła? Nie podniosła mi ciśnienia. Nadal mam osłabiające 80/60, w związku z czym dobudzenie się rano wciąż jest dla mnie koszmarem. W ciągu dnia też dopadają mnie momenty ogromnej senności, a większa aktywność fizyczna powoduje wyczerpanie. No i zaparcia.... hm... obawiam się, że chyba jednak nie do uniknięcia będzie bardziej inwazyjna diagnostyka i leczenie... Choć wciąż mam nadzieję, że się poprawi. W końcu sam post to dopiero początek drogi do zdrowia. Post ma na celu oczyszczenie i uaktywnienie w organizmie mechanizmów samoleczących. Teraz te mechanizmy trzeba utrzymać zdrową dietą. Zdrową, czyli w skrócie: bez białego cukru, białej mąki, rafinowanych tłuszczów i innych wysokoprzetworzonych produktów. Zobaczymy:)

Pani dr Dąbrowska pisała w swojej książce, że jedyną wadą proponowanego przez nią postu jest osłabienie. Od siebie dodam jeszcze jedną - wyziębienie. Przez cały czas diety byłam permanentnie zmarznięta. Nawet w temperaturze powyżej dwudziestu stopni musiałam motać się w swetry i kufajki, a ręce i stopy wciąż miałam lodowate. Co prawda ten akurat problem dokuczał mi i przed postem, ale w czasie jego trwania dodatkowo się nasilił.

Podsumowując - obyło się bez cudów, ale i tak oboje z mężem bardzo jesteśmy zadowoleni z przeprowadzonego eksperymentu:). Oboje uzyskaliśmy pewne efekty zdrowotne, dzięki którym mogliśmy odstawić regularnie przyjmowane leki. Zdobyliśmy bezcenne doświadczenie i wiedzę na temat wpływu różnych pokarmów na nasz organizm. Jedzenie, odżywianie i zdrowie stało się naszym wspólnym tematem, działaniem i celem - mnóstwo czasu spędzamy razem na spacerach, zakupach i w kuchni:). Ogólnie rzecz biorąc jest to bardzo przyjemne, ale jest jeden problem - jak dbający o zdrowie człowiek ma wcisnąć w swój rozkład dnia czas na ROBÓTKI???

czwartek, 10 kwietnia 2014

Myślę sobie...

Zaraz po tym, gdy budzik wyrwie mnie ze snu myślę - ile jeszcze dni do weekendu??? (Gdy akurat jest weekend - jak dobrze, że weekend, nie trzeba wstawać.) Zaraz potem myślę o kawie. Pierwsza, świeżo zaparzona, aromatyczna kawa smakuje najlepiej. Podczas porannej toalety myślę w co się ubrać. Planuję sobie pracę - do kogo zadzwonić, gdzie i co zamówić, jaką analizę zrobić. W pracy, w wolnych chwilach myślę, co będę robić w domu. Myślę o czekających mnie przyjemnościach - robótkach, tych bieżących i tych planowanych, o blogu, aktualnym i innych, które chciałabym założyć:). Myślę o obowiązkach, które na mnie czekają, przeprowadzam selekcję, którymi muszę zająć się od ręki, a które mogą jeszcze poczekać (większość zawsze musi poczekać...). Myślę o rzeczach, które chciałabym mieć, planuję, co mogę sobie kupić i marzę o tych, które są nieosiągalne, może kiedyś... Myślę o córce, rodzicach, bracie. Przeżywam przeszłe zdarzenia. Zastanawiam się, co mogło potoczyć się inaczej i dlaczego potoczyło się właśnie tak, jak się potoczyło. W myślach przeprowadzam najróżniejsze rozmowy, odpieram zarzuty, te prawdziwe i wyimaginowane, przekonuję i tłumaczę. Formułuję błyskotliwe argumenty, które jakoś nigdy nie przychodzą mi do głowy, gdy są akurat są potrzebne. Myślę o swoich dolegliwościach, uporczywych migrenach, złoszczę się na służbę zdrowia, że taka niewydolna i medycynę, że nieskuteczna. Planuję, co będę robić na emeryturze, jeśli dożyję i jeśli będę miała za co to robić...

Jedzeniem nie zajmuję myśli prawie wcale. Nie jestem wybredna. Jadam co jest. Co mąż poda. Ale dobrze, gdy jest smacznie i zdrowo. Co znaczy zdrowo? Wiadomo! Dieta zbilansowana i żeby było nietłusto. Ryby są zdrowe, bo kwasy omega. Jakaś jarzynka do obiadu musi być, bo witaminki. Pełnoziarniste pieczywo, bo błonnik i nabiał, bo wapń. Nabiał jadam od dziecka, jestem córką pani technik technolog przemysłu mleczarskiego, nabiałowe kulinaria to dla mnie podstawa. Ale jestem tylko człowiekiem więc, mniej lub bardziej, zdarza mi się folgować słodkim pokusom. Ale przecież z UMIAREM. Bo wierzę w umiar. I Piramidę Zdrowego Żywienia. Oraz farmakologię. Na bóle zjadam tabletki. Na inne dolegliwości też. Że nie pomaga? W moim wieku, jak nic nie boli.... Poza tym medycyna leczy, a nie uzdrawia, a niektóre choroby, o nieznanej etiologii, są przewlekłe, a więc nieuleczalne, można tylko łagodzić objawy. Trzeba się pogodzić. Godzę się, bo wierzę lekarzom, wierzę w naukę, jestem racjonalna i rozsądna.

I chora. Nie obłożnie i nie śmiertelnie. Ot, zwyczajnie, cywilizacyjnie. Alergie, migreny, zaparcia, przewlekłe zmęczenie... Kto zna, ten wie, jak takie "niepoważne" dolegliwości mogą uprzykrzać życie. Bardzo! Ale trudno, myślę sobie, pewnie taka już moja uroda...

A jeśli wcale nie? Może to nie taka uroda, a konsekwencja nieograniczonego korzystania z dobrobytu, jaki oferuje nam nasza cywilizacja? Może łatwy i powszechny dostęp do najróżniejszego spożywczego dobra ma swoją ciemną stronę?

Dzięki Sowie odkryłam niedawno stronę Akademii Witalności, a tam z kolei przeczytałam o dr Ewie Dąbrowskiej, która ciało i ducha leczy postem. I osiąga spektakularne rezultaty. Cuda po prostu. Ludzie młodnieją, a choroby nikną w oczach - normalizuje się ciśnienie, wyrównuje poziom cukru i cholesterolu, znikają guzki, blizny, opuchnięte stawy, ludzie przykuci do wózków i łóżek zaczynają chodzić o własnych siłach, goją się wrzody, oczyszczają gangreny, rośnie radość życia, entuzjazm i kreatywność. I to bez leków!

Eeee tam, bajki..., myślę sobie lekceważąco. Ale brnę dalej, bo to jednak ciekawe. A im więcej na ten temat czytałam, im więcej poznawałam opinii, tym bardziej zdawało mi się to możliwe, a nawet zupełnie logiczne. Wszystko jasno opisane, naukowo uzasadnione i poparte świadectwami.

Przez dwa tygodnie bardzo intensywnie zgłębiałam temat. Przeczytałam:
- od deski do deski, ze wszystkimi komentarzami, wpisy na Akademii Witalności,
- blogi (np. TEN) opisujące dzień po dniu swoje doświadczenia z postu,
- stronę dr Dąbrowskiej oraz jej książki:


- a także wypowiedzi na różnych forach internetowych.

I wymyśliłam. Ja też chcę spróbować! Bo dlaczego by nie? Skoro przez tyle lat dawałam szansę medykamentom, które skutkowały tylko chwilowo, objawowo i nie rozwiązywały źródła problemu (a kosztowały krocie!), to dlaczego nie miałabym dać szansy i tej metodzie? Szczególną mam satysfakcję, że do swojego planu udało mi się przekonać męża, wspólna dieta jest nie tylko mniej skomplikowana, ale też bardziej motywująca. Od ostatniej soboty razem jesteśmy na poście warzywno-owocowym. W moim odczuciu pierwszy dzień był ciężki, drugi jeszcze gorszy, trzeci zaczął się koszmarnie, ale skończył już całkiem dobrze. I tak jest do teraz:). Mąż od początku znosi post bez żadnych problemów.

Wiem, że jeszcze mogą wystąpić kryzysy, jestem na nie gotowa, ale nie powinno być już tak ciężko jak w pierwszych dniach.

Teraz myślę sobie... Warto jednak więcej myśleć o jedzeniu. Warto sprawdzić, czy żywieniowe oczywistości to fakty, czy może rezultat gruntownie przeprowadzonej propagandy. Warto szukać informacji o tym, jaki wpływ na nasze zdrowie mają produkty, które spożywamy. Warto przemyśleć komu służą rozpieszczające nas marketingowe slogany, w rodzaju Daj się skusić, Kieruj się smakiem, Pozwól sobie na odrobinę przyjemności. Może nowoczesne rozwiązania, dzięki którym produkcja żywności stała się masowa i tania, a życie konsumentów łatwe i wygodne, wcale  nie są dla ludzkości tak wielkim dobrodziejstwem, jak by się mogło zdawać? Może, żeby dobrze się czuć, trzeba zrobić krok w tył, z czegoś zrezygnować i ponieść trud nieco większy, niż tylko łykanie odpowiednich pigułek, czy suplementów...