Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje i przemyślenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje i przemyślenia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 lutego 2024

Własny pokój

O wartości posiadania własnej, osobistej, przestrzeni, szczególnie dla kobiet, pisała już prawie sto lat temu Wirginia Woolf. Nigdy nie przeczytałam tego eseju, bo strumień świadomości, którym posługiwała się autorka, jest stylem literackim zupełnie dla mnie nieprzyswajalnym, ale przecież jest to lektura powszechnie znana i na wszelkie sposoby omówiona, więc nie mam presji, by koniecznie ją przeczytać. Zresztą nie trzeba mnie przekonywać, że własna przestrzeń ma fundamentalne znaczenie. Zarówno w sensie dosłownym, jak i symbolicznym - to strefa, gdzie można być sobą, gdzie otacza się sprawami i przedmiotami dla nas ważnymi, które zawsze są na swoim miejscu. To miejsce, które kreuje się w zgodzie z własnymi i tylko własnymi oczekiwaniami i potrzebami. Azyl, w którym się odpoczywa, doświadcza i tworzy, na własnych warunkach. W tym sensie własny pokój jest zaczynem i źródłem niezależności i autonomii.

Mam szczęście, bo niemal w każdym okresie swojego życia miałam swój pokój. Ale gdy przeprowadziliśmy się do wymarzonego własnego domu, w ogóle o tym nie pomyślałam. To oczywiste, że dzieci powinny mieć swój pokój, albo chociaż jakikolwiek skromny kąt, ale dorośli? Wszak całe mieszkanie jest ich... Dziergać można w pokoju dziennym przy telewizorze, czytać w łóżku w sypialni, dekupażować w jadalni z bliskim dostępem do wody... Przez bardzo długi czas tak funkcjonowałam. Jednak zajmowanie w taki sposób wspólnej przestrzeni generowało problemy - wszędzie były moje rzeczy, które jednocześnie wszędzie były nie na miejscu. Dlatego, gdy tylko nadarzyła się okazja, przeorganizowaliśmy swój dom w taki sposób, by każdy z domowników dostał swoją osobistą przestrzeń. Moje stało się całe pół poddasza, które wypełniłam tylko swoimi rzeczami - włóczkami, akcesoriami do dziergania i nie tylko, książkami i gazetkami robótkowymi... Tu miałam biurko z własnym komputerem do edycji zdjęć, blogowania i oglądania telewizji, a w czasach pandemii - pracy zdalnej. (Na poddaszu nie miałam jedynie warunków do dekupażowania).

Przez wiele lat poddasze było moim Miejscem na Ziemi i wydawało mi się, że tak już zostanie na zawsze, ale tymczasem ze swojego pokoju wyprowadziła się Dominika z rodziną... A ja stopniowo, bardzo powoli, zaczęłam go anektować swoimi rzeczami. Im więcej czasu spędzałam w pokoju po Dominice, tym mniej na poddaszu, stopniowo znosząc stamtąd różne swoje rzeczy. Gdy zniosłam fotel bujany, druty i większość włóczek, w ogóle przestało mnie tam ciągnąć - wchodziłam tylko po kolejną rzecz, której aktualnie potrzebowałam na dole... Niedługo minie rok odkąd poddasze stało się niezamieszkane. Teraz postanowiła zająć je dla siebie Dominika - lada chwila będzie tam jej biuro. Ja natomiast totalnie już przejęłam jej były pokój. Teraz to jest moja "najmojsza" przestrzeń:-). Szczególnie czuję to od ubiegłej niedzieli, kiedy przemalowałam i zaaranżowałam swoimi rzeczami korkową ścianę. Ze wszystkich zakamarków mieszkania poznosiłam i wyeksponowałam na ścianie ważne dla mnie artefakty. W większości to rękodzieło: moje własne, otrzymane od bliskich, albo od zaprzyjaźnionych blogerek z czasów, kiedy jeszcze prowadziłam bogate życie towarzyskie w blogosferze. Jeśli ktosia z tamtego okresu bywa jeszcze u mnie, na pewno rozpozna swoje dzieła:-) Dziękuję za nie z całego serca, tyle lat minęło, a one wciąż tak samo mnie cieszą i upiększają mój świat:-)

A wczoraj skończyłam pracę nad drzwiami do swojego świata. Zamalowałam mahoniową lakierobejcę tą samą farbą, co korkową ścianę, pokolorowałam, nakleiłam kilka dekupażowych motywów, a od wewnętrznej strony umocowałam odnowioną i odpowiednio przyciętą słomianą matę. Najlepsze jest to, że do całej tej metamorfozy kupiłam tylko farbę do malowania ściany, całą resztę, której użyłam miałam w domu:-)

Jesteście ciekawe Mojego Pokoju? To zapraszam:-)




















Poza tym chciałam powiedzieć, że minęło 4 tygodnie bez dziergania, odmierzam ten czas jak osoba uzależniona rzucająca swój nałóg;-). Z powodu pracy nad drzwiami, ani trochę nie posunęło się do przodu malowanie obrazu po numerach. Przeczytałam za to "Czułą przewodniczkę" Natalii de Barbaro, która tak się składa, również dużo uwagi poświęca własnej, osobistej przestrzeni, a teraz zabieram się do nowej lektury, też bardzo adekwatnej: "Masz wszystko, czego potrzebujesz" Tary Button. Bo dokładnie tak jest - mam wszystko, czego potrzebuję:-D 

A chcecie zobaczyć jak wyglądam na spacerze w lesie, gdy nie robię zdjęć swoim dzianinowym outfitom? O właśnie tak:


Spokojnej niedzieli i dobrego nowego tygodnia:-)

sobota, 20 stycznia 2024

Dwa tygodnie

… bez dziergania. Zaczęłam za to malować kolejny obraz po numerach. A w przerwach oglądam filmy i czytam książki. Jeszcze rok, dwa temu powiedziałabym, że to historie pogrążające w depresji… A dziś moszczę się w ich przytulnym smutku, jak w ciepłym, swojskim czarnym kokonie. Nie chce mi się z niego wychodzić, a warunki zewnętrzne mi sprzyjają - mamy najgorszą wersję zimy, najpaskudniejszą.


„Ostatni brzeg” Nevila Shute (opowieść o ostatnich chwilach ludzkości po wojnie atomowej, o ostatnim miejscu na Ziemi, w Australii, gdzie jeszcze toczy się życie, ale zagłada jest nieunikniona, bo radioaktywna chmura z Północy, niosąca śmierć wszystkim organizmom żywym, zbliża się nieubłaganie) po raz pierwszy przeczytałam jeszcze w podstawówce. Zrobiła na mnie tak ogromne wrażenie, że łatwo przetrwała w mojej pamięci. Może dlatego, że później oglądałam też filmy. Jest bardzo wierna adaptacja z 1959 roku, a później - w 2000 roku - nakręcono wersję uwspółcześnioną (nie spodobała mi się za pierwszym razem). Ostatnio odświeżyłam sobie oba te filmy, jeden po drugim i teraz uważam, że nowa wersja jest jednak lepsza. Warstwa obyczajowa z lat pięćdziesiątych jest dziś zupełnie niestrawna. W książce nie zwróciłam na to uwagi za pierwszym razem, za to teraz bardzo działało mi na nerwy. Emocjonalnie nadal robi wrażenie, ale przedstawiony wizerunek kobiet, jako dziecinnych histeryczek, które nijak nie rozumieją się na rzeczywistości jest już nie do przyjęcia. "Te cholerne kobiety żyją jak pod kloszem. Nie potrafią nosa wychylić poza świat własnych sentymentalnych rojeń. Gdyby uznawały rzeczywistość, mogłyby pomóc mężczyznom, pomóc im ogromnie. Ale kiedy czepiają się swego urojonego świata, są po prostu koszmarnym kamieniem młyńskim u szyi." Kobiety to dziecinki, kotki, kochaniutkie... zajęte banałami nawet wobec końca świata. Mężczyźni zaś do końca trzymają się zasad i dźwigają na swych silnych barkach swe wzniosłe zobowiązania wobec kraju, podwładnych i rodziny.


"Opowieść podręcznej" Margaret Atwood, chyba nikomu nie trzeba przedstawiać. Dawno temu oglądałam film z 1990 roku i nie podobał mi się. Uznałam, że jest zbyt absurdalny w uwłaczaniu kobietom. Ależ byłam naiwna! Potem był przebojowy serial na Netfliksie, a teraz wreszcie postanowiłam przeczytać książkę. Jest mniej sensacyjna, akcja jest wolniejsza, a słowa budzą mniejszą grozę od obrazów, ale emocjonalnie po prostu rewolucyjna. I rewelacyjna.


"O sensie życia" polecił mi Brat. Jej autor, Viktor Frankl, był austriackim Żydem, psychiatrą, psychoterapeutą, filozofem i neurologiem, więźniem obozów zagłady, który w czasie wojny stracił całą swoją rodzinę. Jest twórcą logoterapii, czyli terapii sensem. Uważał, że jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest znalezienie właściwego sobie sensu życia. Napisałam Bratu, że dwadzieścia lat temu być może byłaby dla mnie odkrywcza, dziś jest jedną z wielu. Ale choć zgadzam się z wieloma tezami w książce i są mi one bliskie, to w wielu miejscach działały mi na nerwy uogólnienia i uniwersalizowanie własnych wniosków - jeśli Autor nawet wobec granicznych doświadczeń życia obozowego czuł sens życia i sens cierpienia, to znaczy, że zarówno życie, jak i cierpienie MAJĄ sens. Trzeba go tylko znaleźć. Więc jeśli ktoś tego nie czuje, to po prostu znaczy, że jeszcze tego sensu nie odkrył. Irytowały mnie rozważania Frankla o samobójstwie. Życie jest jak gra w szachy, a samobójstwo jest jak zrzucenie figur z szachownicy - bez sensu, bo przecież nie rozwiązuje się w ten sposób żadnych problemów. "Samobójca narusza życiowe reguły gry; nie wymagają one od nas bynajmniej, byśmy za wszelką cenę wygrali, jednak z całą pewnością wymagają od nas, byśmy w żadnym wypadku się nie poddawali."  No cóż... ja nie cierpię gier. Żadnych. Nigdy nie lubiłam. Nawet w dzieciństwie. Nudziły mnie śmiertelnie.


"Testament" to film z 1983 roku. Podobny do "Ostatniego brzegu", też o katastrofie nuklearnej i powolnej, ale nieuniknionej śmierci ludzi. Różnica jest tylko w podejściu do tej śmierci. W "Ostatnim brzegu" ludzie mieli powszechny dostęp i mogli zażyć tabletki, by skrócić sobie cierpienia bolesnego umieraniem na chorobę popromienną. I większość bohaterów z tego rozwiązania korzystała. Rodziny z dziećmi umierały razem, w łóżku, przytulone do siebie. Zabierali ze sobą swoje zwierzęta, by nie pozostawiać ich samym sobie w bólu i cierpieniu, bez opieki. To było mocne. To do mnie przemawia. W "Testamencie" nikt nie decyduje się na samobójstwo, a nawet gdy ktoś planuje i chce to zrobić, to nie jest w stanie i rezygnuje. Ciekawe... Sądzę, że ja wybrałabym tę pierwszą opcję...


Nie martwcie się, że wraca mi depresja, bo mimo tego wszystkiego czuję się dobrze. Sama nie rozumiem, jak to działa... Że czasem życie tak strasznie boli, a czasem, choć przecież wcale nie staje się lżejsze i mimo doświadczanego smutku - nie boli zupełnie. Wprost przeciwnie - w tym swoim ciasnym, czarnym kokonie czuję szczęście i błogość, i jakieś takie ukojenie. Może dlatego, że ten smutek nie jest tak naprawdę mój, tylko związany z fikcją, w której się zanurzam, a na zewnątrz mojego "kokona", mam bliskich, kochanych ludzi i ciepłe, kochane, przymilne zwierzaki więc jeśli już koniecznie do życia potrzeba poczucia sensu, to oni i one są moim sensem:-).



niedziela, 5 kwietnia 2020

Dzierganie w czasach zarazy

Tak, wiem, mało oryginalny tytuł. Ale jest niedziela, jest słońce, a najnowszy ukończony udzierg pozuje na wieszaku. Zamknęli lasy. Próbowałam zrobić zdjęcia w innych okolicznościach, ale to też niełatwe. Nie mam w sąsiedztwie odpowiednich plenerów, a w obecnej sytuacji strach szukać ich gdzieś dalej, nawet pod pretekstem spaceru z psami. Nie mam za dużo pieniędzy, żeby się narażać na mandat...




A na drutach już kolejny sweter:





Dziergam kompulsywnie. Ale co poradzę, skoro tylko ta jedna czynność należy i zależy ode mnie. Całą resztę moich aktywności kontroluje władza państwowa zdeterminowana wszelkimi środkami, bezkompromisowo i niezależnie od kosztów, walczyć z koronawirusem. Hmmm... wydaje się nam (w sensie: ludziom), że możemy zapanować nad zagrożeniem. Trzeba tylko COŚ robić - walczyć, opracować procedury, stosować się do zaleceń, żyć bezpiecznie, unikać ryzyka, nie kusić losu... Działanie daje poczucie, że możemy kontrolować sytuację, a kontrola sytuacji sprawia, że czujemy się bezpiecznie. Nasze bezpieczeństwo spoczywa w naszych rękach i zależy od naszych działań. Ale to złudne poczucie...
„Bezpieczeństwo to głównie przesąd. Nie istnieje w naturze, ani w dzieciach ludzi jako doświadczenie. Unikanie zagrożeń nie jest bezpieczniejsze w dłuższej perspektywie niż narażenie się na nie. Życie to albo śmiała przygoda, albo nic.
-Helen Keller-
Tak naprawdę niewiele zależy tylko od nas i nad niczym nie mamy żadnej kontroli. Każdego dnia, choćbyśmy nie wiem jak się zabezpieczali, może wydarzyć się coś, co sprawi, że stracimy grunt pod nogami. I każdego dnia takie rzeczy naprawdę się komuś przydarzają. Życie to żywioł. Nie da się zapanować nad żywiołem.

piątek, 4 października 2019

Eko eksperymenty

W swoich wege-eko-bio poszukiwaniach dotarłam do sklepu Better Land. Znalazłam w nim mnóstwo całkowicie nowych dla mnie rzeczy (np. kule do prania), ale też sporo propozycji, o których kiedyś gdzieś tam czytałam, ale jakoś do tej pory nie byłam gotowa do osobistego zastosowania tych alternatywnych rozwiązań (np. wielorazowe bawełniane podkładki higieniczne, czy kubeczki menstruacyjne). Ale wreszcie dojrzałam i postanowiłam parę rzeczy wypróbować. Wybrałam pozycje przystępne cenowo, o których byłam przekonana, że na pewno z nich skorzystam i nie będę bardzo żałować wydanych pieniędzy, jeśli się nie sprawdzą. Przy okazji zgłosiłam się też jako influencerka i w zamian za opinię na swoim blogu, dostałam bezpłatnie do przetestowania bambusowe szczoteczki do zębów.

No to najpierw obowiązki, czyli moja opinia o bambusowej szczoteczce do zębów:


W ramach testów dostałam 2 szczoteczki Hydrophil medium. Zwykle używam soft, więc w pierwszej chwili miałam wątpliwości, czy nie będzie dla mnie za twarda, ale okazało się, że właśnie jest idealna. Moje odczucia z mycia zębów tą szczoteczką są jak najlepsze. Jest przyjemna w dotyku, dobrze leży w ręce, fajnie myje zęby i masuje dziąsła. Klasyczna w budowie i oszczędna w formie robi bardzo dobre wrażenie pod względem wizualnym. Jej włosie wykonane jest z oleju rycynowego przetworzonego w bionylon. Co prawda niewiele mi to mówi, ale postanowiłam w tej kwestii zaufać rekomendacji autorki artykułu "Czy twoja bambusowa szczoteczka jest etyczna", która na co dzień zajmuje się ekologicznymi tematami i tropi ekologiczne ściemy, więc pewnie zna się na rzeczy;-). Mnie wystarczy, że wiem, że nie zawiera w sobie żadnych szkodliwych ropopochodnych składników. Z kolei rączka szczoteczki powstaje z drewna bambusowego - naturalnego surowca wykazującego właściwości antyseptyczne więc idealnie nadającego się do produkcji artykułów higienicznych. Bambus jest też surowcem szybkoodnawialnym i wydajnym - w dwa lata osiąga wysokość 2 m, a z jednego drzewa może powstać nawet tysiąc szczoteczek. Dla mnie osobiście znaczenie ma również fakt, że szczoteczkę Hydrophil można kompostować (trzeba tylko odłamać główkę z włosiem, która idzie do śmieci zmieszanych), bo kilka miesięcy temu powiększyła nam się przestrzeń życiowa i wreszcie mamy miejsce, by założyć kompostownik (widziałam już w Sieci, jak zbudować coś takiego z palet i lada chwila zamierzamy wziąć się do pracy:-)).

A co ponadto kupiłam w sklepie Better Land?

1. Z myślą o swoim kompostowniku zaopatrzyłam się w specjalny kosz na bioodpady wraz z biodegradowalnymi i kompostowalnymi workami, wykonanymi ze skrobi ziemniaczanej. Pierwsze wypełnione worki po prostu zakopałam w ogrodzie i za jakiś czas sprawdzę co z nich zostało; według producenta mają się rozłożyć w 45 dni.

2. Wielorazowe wkładki higieniczne Soft Moon. Kupiłam 5 szt. Trzy w całości z bawełny i dwie z warstwą nieprzemakalną. Na razie używam tylko bawełnianych i sobie chwalę. Wkładki dobrze trzymają się bielizny, a zapięcie, wbrew moim obawom, w ogóle nie uwiera, nawet w obcisłych spodniach. Wkładki można prać w pralce i tak zrobiłam przed pierwszym użyciem, natomiast po użyciu wolę je sobie codziennie przeprać ręcznie. Nie zajmuje to wiele czasu, mokre wieszam na kaloryferze, a rano wkładka jest już sucha i gotowa do użycia:-).


3. Woskowijki do przechowywania żywności. W opakowaniu są 2 szt. Myślałam, że będą dla mnie i dla męża na kanapki do pracy, ale na razie używam tylko ja. Mąż nadal tradycyjnie pakuje chleb do woreczka foliowego. Ale przekonam go, by zmienił nawyk, bo woskowijki do kanapek sprawdzają się pierwszorzędnie. Chlebek w nich nie wysycha, a same woskowijki  są bardzo trwałe i łatwo się je czyści wilgotną ściereczką, gdyż nasączenie woskiem sprawia, że nie chłoną żadnych zabrudzeń. Naprawdę świetna sprawa, szczególnie, że można je zrobić samemu, jak batik, (którym się kiedyś-KLIK chwaliłam), wykorzystując zamiast zwykłego wosku - wosk pszczeli (można go dostać u nas na targu, więc na pewno kiedyś zabawię się w produkcję takich woskowijek:-)).


4. Mydło z organicznym olejkiem konopnym - kupiłam z przeznaczeniem do mycia twarzy, bo jakoś nie mogę w tym temacie trafić na nic odpowiedniego... Mam cerę wrażliwą, naczynkową. To, co dobrze zmywa - podrażnia. A jeśli jest łagodne i nie podrażnia, to też i nie zmywa. Nadal nie wiem, czym myć twarz. Mydłem myję ręce. Jest w porządku, ale tego zakupu raczej nie powtórzę.

5. Płatki drożdżowe, bo podobno w kuchni wegetariańskiej ciekawie podkręca smak... Jeszcze nie próbowałam, ale może w weekend sobie coś wreszcie upichcę typowo wegańskiego, to dam znać:-).

piątek, 13 września 2019

Wege eko bio

Dołek spowodowany końcem wakacji trwał na szczęście krótko i jak to zwykle we wrześniu, poczułam potrzebę zmian oraz moc do ich wdrażania. Tematyka nie jest dla mnie nowa, badam ją i swoje reakcje już od dłuższego czasu, a teraz poczułam się gotowa przekroczyć kolejny etap i wziąć na siebie jeszcze większą odpowiedzialność za swoje wybory.

A nie jest to łatwe w rodzinie, która może i podziela poglądy (w różnym zakresie), ale nie kwapi się do zmiany własnych zachowań. Ale od początku.


Wegetarianką zostałam rok temu. Też jakoś tak na jesień. Wcześniej bywało różnie - zasadniczo mięsa unikałam, ale ponieważ sama nie gotuję, więc w daniach obiadowych, szczególnie tych jednogarnkowych, byłam zdana na gust kulinarny męża. W końcu udało mi się nakłonić go, by gotował dla mnie osobno, ale od jakiegoś czasu ten układ stał się już dość problematyczny - jest nas za dużo przy stole, a każdy ma inne smaki, przez co układanie wspólnego menu stało się nie lada wyzwaniem i źródłem ciągłych napięć. Postanowiłam więc wycofać się ze wspólnej kuchni i jednak gotować sobie sama. Daję radę. Gotuję głównie raz w tygodniu, dzielę na porcje, mrożę, a po rozmrożeniu modyfikuję nieco każdą porcję, tak że co dzień mam niby to samo, ale jednak nieco inaczej. Korzystam też ze wspólnej kuchni, jeśli akurat to możliwe - czasem podepnę się pod surówkę, jakieś ziemniaczki, czy makaron... Czasem ktoś podepnie się pod moje danie... I jest dobrze:-).


Eko - to również bliska mi idea. Jestem przerażona ilością śmieci, które człowiek produkuje. Jestem przerażona ilością śmieci, które produkuje tylko jedna - moja 6 osobowa rodzina. Ogarnianie i segregacja śmieci to od dawna moje zadanie, więc mam porównanie jak to wyglądało, gdy byliśmy tylko we dwójkę i teraz, gdy dołączyła do nas Dominika z Rodziną oraz Bratanek. Prawdę mówiąc zalewa mnie krew ze złości, na zmianę z ponurą rezygnacją. Młodzi bardziej sobie cenią własną wygodę i upodobania niż los planety... Cóż, takie ich prawo.


Gwoli ścisłości - los planety i przyszłość kolejnych pokoleń również dla mnie nie są główną motywacją dla wdrażanych właśnie zmian. Prawdę mówiąc już dawno przestałam myśleć globalnie, bo im szerszy obraz, tym mniej znaczący wydaje się wkład osobisty. Myślę więc tylko o sobie. A o sobie myślę, że jestem istotą przyjazną. Z zasady nie krzywdzę. I nie chcę do jakiejkolwiek krzywdy przykładać ręki. Albo inaczej - pragnę do minimum ograniczyć swój udział w globalnej krzywdzie i problemach. Pomaga mi w tym mój Wewnętrzny Krytyk, który ma dość mocną pozycję w mojej głowie i potrafi wywierać naprawdę silną presję na zmiany oraz Szymon Hołownia ("Boskie zwierzęta" i nie tylko), który trochę Krytyka łagodzi przekonując, że każda (nawet najmniejsza!) zmiana we właściwym kierunku jest dobra i warta wdrożenia. No więc małymi kroczkami:

- zwracam uwagę na to, co kupuję i staram się eliminować produkty, które generują śmieci, plastikowe szczególnie,
- wybieram produkty biodegradowalne (np. worki na śmieci i psie kupy)
- ograniczam zakupy - każdą potrzebę badam wnikliwie w głowie, czy aby na pewno muszę to kupić,
- staram się nie marnować: energii, wody, żywności,
- eksperymentuję z kompostowaniem bio odpadków,
- staram się (planuję) w większym zakresie wykorzystywać śmieci (znacie temat "cegieł" z plastikowych butelek ściśle wypełnionych drobniejszymi plastikowymi śmieciami??? Czad! Albo pufy i meble ogrodowe również z plastikowych butelek... Fajna sprawa:-)),
- nie korzystam z samochodu, jeśli naprawdę nie muszę, na miejscu głównie poruszam się rowerem, lub piechotką.
- edukuję i naciskam na rodzinę w kwestiach wege i eko


Bio - mam tu na myśli zdrowe jedzenie (jak najprostsze, nieprzetworzone bez konserwantów i innych polepszaczy, czyli temat już całkiem dobrze przeze mnie zbadany i wdrożony), ale też przyjazne, naturalne kosmetyki i całą domową chemię - ten temat dopiero badam. Wydaje mi się i łatwy, i trudny jednocześnie. Łatwy, bo gdy czytam, to wszystko nie wydaje się skomplikowane do samodzielnego zrobienia, ale trudny, bo jak każda zmiana wymaga wysiłku pierwszego kroku, no i trochę żal mi mojego wolnego czasu na kolejną dodatkową pracę, bo już i tak mam go dla siebie tyle co kot napłakał, a tu kolejny obowiązek trzeba by wziąć na siebie... Ale jak mówi Szymon - małymi kroczkami, ważne, że na dobrej drodze. Jakoś to ogarnę:-)


A jak u Was z tymi sprawami? Może coś podpowiecie?

Wszystkie zdjęcia z Pixabay.

środa, 10 lipca 2019

O konsekwencji

... czyli podsumowanie czwartego miesiąca wyzwania Projekt365.

Miewam mieszane uczucia odnośnie realizacji tego zadania. Czasem idzie łatwo - kadry zbieram dosłownie z ulicy i mam dziką satysfakcję z udanego zdjęcia, a czasem to codzienne zobowiązanie tak mi ciąży, że już sama nie wiem, po co to sobie narzucam? Ale silnie działa u mnie potrzeba domknięcia tego, co zaczynam. Mam coś takiego w głowie, że wycofanie się, porzucenie, niedokończenie - to dla mnie porażka. Bo oznacza słabość i niekonsekwencję.

Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej widzę, że to nie całkiem i nie zawsze prawda. Że to kolejne z opresyjnych przekonań, które wpaja się nam od dzieciństwa.

Stare przysłowie wschodnie mówi: uporczywie szlifując żelazo, otrzymasz z niego igłę. Ale co, jeśli w trakcie szlifowania uznam, że tak naprawdę wcale nie potrzebuję, nie chcę tej igły? Praca zaczyna ciążyć, działania stają się mechaniczne, pojawia się niechęć, a wraz z nią rozterka - zrezygnować, czy mimo wszystko kontynuować... Z jednej strony szkoda czasu (i innych zasobów), które już się w projekt zainwestowało, z drugiej - również szkoda czasu (i innych zasobów) na projekt, który nuży, na cel, który stracił swoją wagę. Bo życie to rzeka, ciągle coś się zmienia. Również cele, plany, marzenia... Powinniśmy dać sobie przyzwolenie, by na te zmiany reagować. I nie chodzi mi o to, żeby z byle powodu porzucać od razu swoje dotychczasowe działania. Ale równie absurdalne wydaje się uparte trwanie w działaniu bez przekonania i pasji, tylko z poczucia obowiązku i potrzeby domknięcia.

Tylko jakim sposobem wśród tych dwóch skrajnych postaw znaleźć swoją równowagę? 

Jeszcze tego nie wiem. Nie potrafię słuchać i ufać swojej intuicji. Zbyt silnie tkwią mi w głowie przekonania, że wytrwałość, upór i żelazna konsekwencja to cnoty, zaś porzucanie zaczętych zadań, rezygnacja, odpuszczanie - to oznaka niedojrzałości oraz nieodpowiedzialności. Wychowano mnie na osobę odpowiedzialną, sumienną i solidną, i teraz jestem niewolnicą swoich zaczętych projektów... Ale sam fakt, że nachodzą mnie takie refleksje, jak ta dzisiejsza, świadczy o tym, że coś mi się w głowie uelastycznia:-). "Osoba to płynny proces, nie stały i statyczny byt" (Carl Rogers), a droga do siebie nigdy się nie kończy:-).

Nie wiem, czy Projekt365 przetrwa, ale póki co mam swoje ulubione kadry czerwca:





















Nooo, fajny był ten czerwiec... :-)