piątek, 12 stycznia 2018

Tysiąc słów

Już dawno temu oglądałam ten film. Całkiem przyjemny w odbiorze, choć nie jest to żadna wyjątkowa produkcja, a ja nie jestem nawet wielbicielką gatunku i mimicznego talentu aktora występującego w roli głównej. Ale nie o to chodzi. Przemówił do mnie pomysł. Co by było, gdybyśmy w życiu mieli tylko określoną ilość słów do wypowiedzenia?


Jestem miłośniczką słów, czemu niejednokrotnie już dawałam wyraz. Fascynuje mnie, co można zdziałać słowami - pobudzać wyobraźnię, inspirować, mobilizować, zmieniać świat... Umiejętność przekazywania i wymiany informacji oraz wiedzy zbudowała naszą cywilizację. Niestety, jak każde narzędzie, słowa mają też swoją ciemną stronę. Budują mury, są pożywką dla fizycznej przemocy, wywołują wojny. Pogrążają nas w gównie.

Nie lubię narzekać. To nie mój styl. Ale skończył się rok, zamknął jakiś kolejny etap, a to prowokuje do podsumowań i ocen...

To był dla mnie kolejny gorszy rok. Osobiste zgryzoty spotęgowały mój negatywny ogląd świata. I odwrotnie. Zniechęca mnie wyzierający na każdym kroku bezsens, a nieprzyjazne (wręcz wrogie) otoczenie pozbawia siły i woli. Ale chyba najgorsza ze wszystkiego jest ta gówniana słowna papka, wylewająca się zewsząd. Jedna i ta sama bezsensowna sieczka, mielona dziesiątki, setki, tysiące razy, im bardziej nienawistna i radykalna, tym bardziej nośna. Triumf głupoty i prymitywizmu. Wzajemne obrzucanie się błotem ku uciesze gawiedzi, która dzięki internetom ochoczo przyłącza się do wylewania własnych bluzgów.

Dobija mnie fakt, że nie jestem inna - swoim tekstem wpisuję się dokładnie w ten sam nurt. Też narzekam. Bluzgam nawet, ze złości i bezsilności. Nie odnajduję się w tej nowej rzeczywistości, w której pogubiły się i poprzestawiały znaczenia znanych mi słów. Nic już nie rozumiem. Zawłaszczający mówią, że oddają. Niszczący zapewniają, że budują. Tracący na znaczeniu i autorytecie twierdzą, że wstają z kolan. Ponoszący porażkę świętują zwycięstwa... Pojęcia niosące z sobą równość, wolność, solidarność, troskę o wykluczonych, szacunek dla mniejszości, tolerancję wobec inności, stały się obelgami. Feministka-lewaczka, ateistka-nihilistka, zielona miłośniczka zwierząt - oto współczesne szkarłatne litery, którymi zostałam naznaczona. Jeszcze nie boję się ich nosić, ale napawa mnie niepokojem kierunek, w którym zmierza ta cała ideologiczno-pojęciowa rewolucja.

Im większy potok wypowiedzi, tym mniej w nim znaczenia. Mierzi mnie, że nie mogę, nie potrafię, się od tej słownej papki odciąć. Mogę wyłączyć radio, przełączyć kanał w TV, filtrować treści w internecie, a ona i tak mnie dopadnie i wsączy się do świadomości. Bo taka powszechna i tak łatwa w odbiorze. Prymitywne reklamy, głupie plotki o znanych, prostackie żarty, zjadliwa publicystyka... Są wszędzie, podlane pikantnym sosem afery. Poza tym są przecież sytuacje i okoliczności, gdy nie da się wyłączyć dźwięku.

Przed negatywnymi obrazami można się obronić - można zamknąć oczy, nie patrzeć. Nie czytać. Przed niechcianym słyszeniem nie ma żadnej obrony.

Ponad rok temu zamilkłam w swoim środowisku. Nie ze strachu i wstydu, ale z bezradności wobec rozmiaru wlewających się do moich uszu - głupich, pogardliwych, bezmyślnych i złośliwych - treści. Nic z tym nie mogę zrobić. Ale w tym, co słyszę i co wobec tego czuję, przeglądam się jak w lustrze - ile w moich słowach jest głupoty, pogardy, bezmyślności i złośliwości? Czy moje treści są potrzebne, czy coś wnoszą? Czy są tylko szumem (w najlepszym wypadku)? Im dłużej zastanawiam się nad tym, co mogłabym powiedzieć, tym bardziej czuję, że nie muszę i nie chcę tego mówić. Nie warto. Bo nie ma nic, czego nie powiedziałbym już wcześniej. Nie ma nic, o czym ktoś inny już nie powiedział i to często znacznie lepiej ode mnie. Bo nie ma sensu mówić, gdy ktoś nie słucha, nie słyszy, nie rozumie. Bo beztroskie paplanie o błahostkach wydaje mi się czymś niewłaściwym w czasie wojny, nawet jeśli jest to "tylko" wojna ideologiczna. Zresztą, i tak jest już za głośno. A dla mnie naturalnym działaniem w warunkach nadmiernego hałasu jest wycofanie się w ciszę. I pomyślenie w spokoju, na przykład, o tym, jak mógłby wyglądać świat, gdyby długość naszego życia zależała od ilości wypowiedzianych słów, gdyby każdy z nas musiał ważyć swoje wypowiedzi i liczyć ze słowami...

Ja swoje zważyłam i policzyłam, i wyszło mi, że powiedziałam już wszystko.

I tylko bloga szkoda mi porzucać. Więc jak się ogarnę, jak już wymyślę co i jak zmienić, by miało to sens, to wrócę.

Do zobaczenia.


19 komentarzy:

  1. Od razu wiedziałam, że coś jest nie tak. Ludźmi nie należy się przejmować przynajmniej ja tak robię. Najlepiej robić swoje i już:) Wracaj do nas szybko:) I pamiętaj: nie każdy musi Cię lubić, w końcu nie każdy... ma dobry gust:)Ważne, żebyś Ty była zadowolona:) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha, poczucie humoru lekiem na całe zło:-)
      Szkoda, że mnie się zasoby wyczerpały, ale może się da jakoś doładować;-)

      Usuń
  2. Pięknie to napisałaś:)gdybym umiała ubrać to co czuję w słowa,było by to dokładnie to co napisałaś.Czujemy i to jest najważniejsze w tym całym bagnie.Dla mnie osobiście jest smutne,że młode osoby z mojego otoczenia przyłączyły się do tego "wstawania z kolan"bezkrytycznie,gubiąc po drodze przykazanie miłości.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O to młode pokolenie czuję szczególny żal, że ich naturalny idealizm tak się spłycił, że się zamykają zamiast otwierać, że reagują na świat wrogością zamiast ciekawością... Oj, to aż boli, gdy człowiek o tym myśli:-(

      Usuń
  3. Rozumiem Cię, Reniu! Bardzo Cię rozumiem, ale nie pozwolę sobie zabierać życia i radości tym gadzinom. Dlatego będę się cieszyć z kolejnego roku życia, kolejnego tygodnia i dnia, bo to moje życie, mój kolejny rok, tydzień i dzień. :-)
    A życie składa się z rzeczy zwykłych - zupy pomidorowej, bólu głowy, miękkiego futra psa pod dłonią i kubka ulubionego napoju. Ja tam nikomu nie pozwolę odebrać sobie radości. O!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, ja to rozumiem, ale nie czuję. Gdzieś mi ta frajda całkiem wyparowała, nawet moje pasje mnie nie pasjonują - wykończony sweter rzuciłam w kąt i dopiero Dominika go zaczęła nosić, bo mnie jakoś nie ucieszył, choć obiektywnie rzecz biorąc to całkiem udany egzemplarz.

      Usuń
    2. Ej, wróci radość, wróci. Bo nie można się dać zdeptać. Nawet jak nas przydepnie, to nie pękać, tylko jak trawa - wyprost, do słońca i do przodu.
      Sprężynujemy, inaczej nie da się :-* ♥

      Usuń
  4. Reniu - trzeba przeczekać, nie ma innego wyjścia. Tylko czasu szkoda, bo zrobi się z tego dobrych kilka lat. Kiedy rozmawiamy z córka, ona liczy: Wanda już będzie po kilku klasach szkoły. Trzeba wziąć odpowiedzialność za jej wychowanie, zadbać o właściwy kręgosłup i poglądy - i to jest rola rodziców i dziadków.
    Żyj nadal po swojemu, z ludźmi o odmiennych poglądach po prostu nie rozmawiaj. A bloga nie opuszczaj - brakowałoby nam Ciebie.
    Jakoś przeczekamy, tyle że Ty jesteś jeszcze młoda, a ja- co ja mam powiedzieć? Kiedy miną te lata będę już starą kobietą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano właśnie - mnie już przytłacza świadomość jak też Florian ze swoją innością będzie miał w szkole przechlapane:-(. O mojej córce, jedynej, która nie chodziła na religię (z własnego wyboru), w pokoju nauczycielskim padło określenie "nasienie szatana" - katechetką była tam moja koleżanka z liceum, która wiedziała, że ja również na religię nie chodziłam:-(
      A Florian może mieć jeszcze trudniej ze względu na wadę rozwojową - jeszcze nie wiemy jakie ona może mieć konsekwencje...

      Usuń
  5. Bede czekac. Powodzenia.

    OdpowiedzUsuń
  6. Reniu, jak Ty to napisałaś! mądrze i pięknie! co jak co, ale Ty akurat nie marnujesz słów... Tylko że zgadzam się z tym, co napisały dziewczyny, i nie pozbawiaj nas bogactwa swojego świata. Wiem, że jesteś już zmęczona tym koszmarem dookoła, ale wspólnie łatwiej go znieść. A tak w ogóle to osobiście powiem, że piękno od Ciebie wywiera kojący wpływ, daje odprężenie. Blog jest the best, jest tu serce i rozum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję!
      Zmęczona, znużona i zniechęcona, normalnie brak mi nawet energii na złość:-( A mój świat stał się ostatnio tak ubogi, że nie mam się czym dzielić. Serio. Kiszka straszna.
      Ale dziękuję, bo po Twoim komentarzu zrobiło mi się tak przyjemnie ciepło - to Twoja dobra energia mnie pogłaskała:-)

      Usuń
  7. To samo czuję, Reniu. Ale od tego "pełnego nienawiści gadania w tv" i nie tylko, odcięłam się - po prostu - telewizji nie ogladam, radia nie słucham, nie spotykam sie z toksycznymi ludźmi; mój krąg znajomych znacznie się zmniejszył. Skupiam się tylko na rodzinie i na moim hobby. Mam dwie przyjaciółki, ale wiem, że zawsze będą przy mnie. I to jest dla mnie najważniejsze.To jest wartość bezcenna - rodzina i prawdziwi przyjaciele. Nie zgniły świat i niemoralni ludzie. Szkoda na nich naszego czasu.
    Tylko nie znikaj Reniu!
    Serdecznie pozdrawiam:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też się właśnie odcięłam.
      Ale do pracy chodzę, więc od gadających ludzi nie da się odciąć...
      Rodzina faktycznie jest azylem, ale nawet wśród najbliższych są zgryzoty, z którymi nie potrafię sobie poradzić i to jest chyba ból największy:-(
      Dziękuję za dobre słowo!

      Usuń
  8. Teraz najwięcej słów jakie się cisną w związku z tym co się dzieje, to przekleństwa. Ja tv nie oglądam, radia prawie też nie słucham, czasem w internety się zapuszczam, ale jak czytam komentarze ludzi to mnie takie obrzydzenie bierze... Nie jestem w stanie znieść. Głupoty, ciemnoty, zapatrzenie ślepego (w cokolwiek). Z ludźmi strach rozmawiać - nie mam siły na kłótnie, a często tym by się to kończyło. Skupiam się na moich sprawch rodzinnofiromowopasjowych. Ale rzeczywistość i tak jest. Co to będzie, co to będzie... :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przekleństwa to złość, a ja już nawet na złość nie mam siły.
      Komentarze w sieci... to chyba one najbardziej mnie zniesmaczyły, nie wiem po co w ogóle zaczynałam czytać. Chyba z jakiejś niezdrowej ciekawości. A to taka czarna dziura. Tyle negatywnej energii, że mnie do dna wessało i teraz nie potrafię się z tego wygrzebać.
      Tak, rzeczywistość jest i będzie, ze mną czy beze mnie. Na razie beze mnie, może w izolacji zdołam się jakoś odbudować.

      Usuń
  9. Reniu zgadzam się z przedmówczyniami! We wszystkim! Pamiętaj, żeby skupiać się na dobrych ludziach, przyjaznych nam. I czerp z nich siłę :) Jestem z Tobą i czekam na kolejne wpisy na Twoim blogu. I mam nadzieję, że niedługo uda się nam zobaczyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jestem jak bateria - gdy poziom spadnie poniżej jakiegoś poziomu, to nawet ładowarka nie potrafi ruszyć, trzeba jakiegoś silniejszego impulsu. Może wiosna będzie tym impulsem, bo zimowe zimno tylko mnie bardziej osłabia. Siły mi brak na czerpanie siły od innych, zresztą nie mam nawet sumienia uszczuplać ich zasobów, czasy są takie ciężkie, że każdemu może w każdej chwili braknąć;p
      Ściskam mocno i oby Wam nie brakło nigdy!

      Usuń