Już dawno temu oglądałam ten film. Całkiem przyjemny w odbiorze, choć nie jest to żadna wyjątkowa produkcja, a ja nie jestem nawet wielbicielką gatunku i mimicznego talentu aktora występującego w roli głównej. Ale nie o to chodzi. Przemówił do mnie pomysł. Co by było, gdybyśmy w życiu mieli tylko określoną ilość słów do wypowiedzenia?
Jestem miłośniczką słów, czemu niejednokrotnie już dawałam wyraz. Fascynuje mnie, co można zdziałać słowami - pobudzać wyobraźnię, inspirować, mobilizować, zmieniać świat... Umiejętność przekazywania i wymiany informacji oraz wiedzy zbudowała naszą cywilizację. Niestety, jak każde narzędzie, słowa mają też swoją ciemną stronę. Budują mury, są pożywką dla fizycznej przemocy, wywołują wojny. Pogrążają nas w gównie.
Nie lubię narzekać. To nie mój styl. Ale skończył się rok, zamknął jakiś kolejny etap, a to prowokuje do podsumowań i ocen...
To był dla mnie kolejny gorszy rok. Osobiste zgryzoty spotęgowały mój negatywny ogląd świata. I odwrotnie. Zniechęca mnie wyzierający na każdym kroku bezsens, a nieprzyjazne (wręcz wrogie) otoczenie pozbawia siły i woli. Ale chyba najgorsza ze wszystkiego jest ta gówniana słowna papka, wylewająca się zewsząd. Jedna i ta sama bezsensowna sieczka, mielona dziesiątki, setki, tysiące razy, im bardziej nienawistna i radykalna, tym bardziej nośna. Triumf głupoty i prymitywizmu. Wzajemne obrzucanie się błotem ku uciesze gawiedzi, która dzięki internetom ochoczo przyłącza się do wylewania własnych bluzgów.
Dobija mnie fakt, że nie jestem inna - swoim tekstem wpisuję się dokładnie w ten sam nurt. Też narzekam. Bluzgam nawet, ze złości i bezsilności. Nie odnajduję się w tej nowej rzeczywistości, w której pogubiły się i poprzestawiały znaczenia znanych mi słów. Nic już nie rozumiem. Zawłaszczający mówią, że oddają. Niszczący zapewniają, że budują. Tracący na znaczeniu i autorytecie twierdzą, że wstają z kolan. Ponoszący porażkę świętują zwycięstwa... Pojęcia niosące z sobą równość, wolność, solidarność, troskę o wykluczonych, szacunek dla mniejszości, tolerancję wobec inności, stały się obelgami. Feministka-lewaczka, ateistka-nihilistka, zielona miłośniczka zwierząt - oto współczesne szkarłatne litery, którymi zostałam naznaczona. Jeszcze nie boję się ich nosić, ale napawa mnie niepokojem kierunek, w którym zmierza ta cała ideologiczno-pojęciowa rewolucja.
Im większy potok wypowiedzi, tym mniej w nim znaczenia. Mierzi mnie, że nie mogę, nie potrafię, się od tej słownej papki odciąć. Mogę wyłączyć radio, przełączyć kanał w TV, filtrować treści w internecie, a ona i tak mnie dopadnie i wsączy się do świadomości. Bo taka powszechna i tak łatwa w odbiorze. Prymitywne reklamy, głupie plotki o znanych, prostackie żarty, zjadliwa publicystyka... Są wszędzie, podlane pikantnym sosem afery. Poza tym są przecież sytuacje i okoliczności, gdy nie da się wyłączyć dźwięku.
Przed negatywnymi obrazami można się obronić - można zamknąć oczy, nie patrzeć. Nie czytać. Przed niechcianym słyszeniem nie ma żadnej obrony.
Ponad rok temu zamilkłam w swoim środowisku. Nie ze strachu i wstydu, ale z bezradności wobec rozmiaru wlewających się do moich uszu - głupich, pogardliwych, bezmyślnych i złośliwych - treści. Nic z tym nie mogę zrobić. Ale w tym, co słyszę i co wobec tego czuję, przeglądam się jak w lustrze - ile w moich słowach jest głupoty, pogardy, bezmyślności i złośliwości? Czy moje treści są potrzebne, czy coś wnoszą? Czy są tylko szumem (w najlepszym wypadku)? Im dłużej zastanawiam się nad tym, co mogłabym powiedzieć, tym bardziej czuję, że nie muszę i nie chcę tego mówić. Nie warto. Bo nie ma nic, czego nie powiedziałbym już wcześniej. Nie ma nic, o czym ktoś inny już nie powiedział i to często znacznie lepiej ode mnie. Bo nie ma sensu mówić, gdy ktoś nie słucha, nie słyszy, nie rozumie. Bo beztroskie paplanie o błahostkach wydaje mi się czymś niewłaściwym w czasie wojny, nawet jeśli jest to "tylko" wojna ideologiczna. Zresztą, i tak jest już za głośno. A dla mnie naturalnym działaniem w warunkach nadmiernego hałasu jest wycofanie się w ciszę. I pomyślenie w spokoju, na przykład, o tym, jak mógłby wyglądać świat, gdyby długość naszego życia zależała od ilości wypowiedzianych słów, gdyby każdy z nas musiał ważyć swoje wypowiedzi i liczyć ze słowami...
Ja swoje zważyłam i policzyłam, i wyszło mi, że powiedziałam już wszystko.
I tylko bloga szkoda mi porzucać. Więc jak się ogarnę, jak już wymyślę co i jak zmienić, by miało to sens, to wrócę.
Do zobaczenia.