czwartek, 19 lipca 2018

Social media

To nie będzie kolejny narzekający post. Absolutnie nie! I w ogóle to koniec z narzekaniem. Jak mawiał profesor Kołakowski - urągając na niegodziwość świata, częściej wystawiamy się na pośmiewisko, niż doznajemy pomocy. Szczególnie, że ja, po pierwsze, żadnej pomocy nie oczekuję, a po drugie faktycznie śmiesznie się czuję, gdy narzekam. Pewnie dlatego robię to zwykle w oparach ironii i czarnego humoru. Bo nic nie jest równie zabawne, jak cholerne nieszczęście. Albo poczucie nieszczęścia, bo jeśli wszystko jest subiektywne (a wierzę, że jest!), to prawdziwego nieszczęścia również nie ma, są tylko nasze odczucia. 


Pamiętacie jak pisałam, że przytłacza mnie blogowanie? Pewnie każda i każdy z Was zna to uczucie z autopsji, więc moje emocje to nic oryginalnego. Wiadomo, że czasem przytłacza. Bo choć to zajęcie (przynajmniej w moim przypadku) hobbystyczne, to  jednak jest w nim rodzaj jakiejś wewnętrznej presji. Chce się pisać dobrze, ciekawie i chce się mieć jakiś odzew w postaci komentarza. Ale co robić, żeby mieć ich więcej? Albo przynajmniej nie coraz mniej???? Tak, przyznaję, regularnie sprawdzam statystyki swojego bloga, a ich wahania są dla mnie jedną wielką zagadką. Nie wiem dlaczego niektóre wpisy cieszą się popularnością, a inne nie. Frustruje mnie gdy posty, w które wkładam więcej wysiłku i czasu przechodzą niemal niezauważone, dziwi, gdy coś przygotowane "na kolanie" osiąga nieprzeciętne zwyżki. Nie znam się na promowaniu, słowach kluczowych i googlowskich algorytmach i, nie zrozumcie mnie źle, nie mam ambicji być wiodącą blogerką w kraju, ale sytuacja, gdy z dnia na dzień statystyki wejścia na blog spadają o 90 procent, musi się odbić na samopoczuciu i sprowokować pytania w rodzaju co zrobiłam źle? Przecież, na twardą pulardę, niemożliwe jest, żebym nagle aż tak bardzo obniżyła swe blogowe loty! Może i czasem mi się nie chce, ale generalnie uważam, że w moim blogowaniu mimo wszystko jest progres, nie regres. Na końcu tych gorzkich refleksji oczywiście pytanie finałowe - po co mi to wszystko???


Nie znalazłam konkretnej odpowiedzi, ale na pewno po coś, skoro nadal to robię. Za kilka miesięcy stuknie mi 10 lat blogowania. To naprawdę kawał czasu. Bloguję przez ponad 20% swojego życia. Ach! To naprawdę dużo.


Po kilku latach udzielania się, z dnia na dzień zrezygnowałam z Forum Craftladies (na Maranciakach nigdy się nie zadomowiłam), nieco później odeszłam z Forum Abstynetów... I nigdy nie poczułam chęci powrotu. Po prostu - było, minęło. Z blogiem jest zupełnie inaczej. Nawet, gdy nie bloguję, to o blogu myślę. Przed zaśnięciem zastanawiam się nad tematami, formułuję zdania, wyobrażam sobie adekwatne zdjęcia. W pracy, na spacerze, gdy oglądam film, czytam książkę... czasem łapię się, że w myślach już piszę na ten temat na blogu. Taka to siła. Dlatego zawsze wracam, nawet, gdy wydaje mi się, że teraz to już na pewno koniec, po kilku tygodniach czuję, że jednak chciałabym coś napisać, a impulsem często jest Wasze zainteresowanie, informacja od Was, że pamiętacie o mnie i czekacie. Jestem częścią tego świata.


Ale ja nie o tym właściwie, bo to nie jest moje kolejne pożegnanie na chwilę. To tylko moja refleksja odnośnie uczestnictwa w mediach społecznościowych i rozterki z tym związane. Bo paradoksalnie na przytłoczenie blogosferą, na kłopoty z funkcjonowaniem w socjal mediach zrobiłam sobie jeszcze więcej socjal mediów. Hmmm i nie potrafię wyjaśnić tego mechanizmu. Albo to mój przekorny charakter, albo jakiś utajony masochizm, albo chodzi o większą dawkę, bo mam też takie podejrzenie, że od mediów społecznościowych jestem uzależniona;-) Ale nieważne, niniejszym chciałabym się z Wami podzielić swoimi wrażeniami z obecności na innych platformach.


FACEBOOK. Jestem na Facebooku półtora roku, odkąd zarejestrowałam swoją działalność rękodzielniczą. Dominika powiedziała, że albo jesteś na FB, albo cię nie ma, więc nie było wyjścia - trzeba było założyć fanpage Sztuki Rękodzieła;-). Przy okazji założyłam też swój profil osobisty. Po półtora roku użytkowania mogę powiedzieć jedno - FB jest do bani. Nie rozumiem jak on działa. W wyświetlanych wpisach nie ma żadnej chronologii. Niektóre wyświetlają mi się po kilka razy, inne znikają po jednym rzuceniu okiem (lub samorzutnym odświeżeniu strony) i nie mogę ich już znaleźć. Jeden wielki chaos. Zdjęć wrzuconych do wora Wszystkie (gdzie lądują po zamieszczeniu w nowym poście) nie da się przyporządkować do konkretnego albumu. Natomiast wpis ze zdjęciami dopisanymi do albumu nie jest traktowany jako osobny post, tylko jako kontynuacja albumu, więc nie mam pojęcia jakie są reakcje na poszczególne produkty, tylko na cały album w sumie. Czyli zdjęcia powinnam chyba zamieszczać dwa razy - raz jako nowy post i drugi raz jako dodanie do konkretnego albumu. Ale serio, po dwa razy? Głupio tak trochę chyba? Nie potrafię się w tym odnaleźć, nie po mojemu to wszystko. Nie lubię Facebooka.

Fanpage Sztuki Rękodzieła: https://www.facebook.com/SztukaRekodziela/
Mój osobisty facebookowy profil: https://www.facebook.com/profile.php?id=100014804801554


PINTEREST. Też mi Dominika założyła. Jeszcze bardziej nie ogarniam. Wprowadziłam parę swoich zdjęć z opisem, sprawdziłam, czy się wyszukują na głównej stronie - nie wyszukują się. Kompletnie nie rozumiem. Poza tym do Pinteresta muszę robić inne zdjęcia, bo najlepiej tam wyglądają pionowe, a ja mam większość poziomych. Uznałam, że to przesada, żeby do każdej platformy robić osobną galerię tego samego produktu. A może wcale nie? Może tak właśnie trzeba? Na razie konto zawiesiłam na haku, w międzyczasie jeszcze raz spróbowałam ogarnąć i jednak nie. Myślę, że usunę konto i ewentualnie na swoim osobistym profilu zrobię tablicę Sztuka Rękodzieła...

Tymczasem Sztuka Rękodzieła na Pintereście wygląda martwo:
https://pl.pinterest.com/sztukarekodzie/
Moje tablice na Pintereście: https://pl.pinterest.com/renarode/


INSTAGRAM. Oczywiście też robota Dominiki. Miała go prowadzić, ale po przygodach z macierzyństwem, a teraz zajęciami w zakresie własnej i męża działalności, oraz całej masie innych obowiązków, z którymi sobie radzi (lub nie radzi), nie miałam sumienia jej wypominać, że mnie olała i nie wymagałam, by kontynuowała swoje dzieło. Za to poprosiłam, by mnie wdrożyła i od kilku tygodni Sztuka Rękodzieła znów jest obecna na Instagramie:-). I podoba mi się to! Instagram jest taki, jak lubię - uporządkowany, przejrzysty, intuicyjny i prosty w obsłudze. Dodatkową zaletą jest fakt, że znalazłam tu kilka blogerek, które jakiś czas temu zniknęły z blogosfery. I wcale się im nie dziwię - Instagram to jak blogowanie w skrócie: jedno zdjęcie (ale może być też kilka), krótki opis, hasztagi, które sprawnie się podpowiadają i już nowy wpis leci w świat:-). Można komentować, jak na blogach, albo tylko jednym kliknięciem dać lajka. Przygotowanie wpisu na Instagrama zajmuje mi około 15 min. (na blogu średnio chyba ze 3 godziny i to nie licząc czasu przygotowania się do sesji zdjęciowej i zrobienia pleneru;-)). Na minus trzeba zapisać, że uczestnictwo w Instagramie wydaje się bardziej powierzchowne - owszem, zajmuje mniej czasu, ale też kolejne napisane i zalajkowane wpisy szybko ulatują z głowy. Jeśli mogłabym porównać, to blogowanie jest jak spacer po ulicy z butikami, do których wchodzisz, oglądasz wnętrze i gawędzisz ze sprzedawcą... Instagram jest jak oglądanie samych witryn i to nie spacerując ulicą, a jadąc nią rowerem;-). Ale i tak mi się podoba. Lubię Instagrama:-)

Instaprofil Sztuki Rękodzieła: https://www.instagram.com/sztukarekodziela/


Nie ma mnie jeszcze na Twitterze, ale kiedyś, kto wie;-)


A jakie są Wasze doświadczenia z mediami społecznościowymi? Jakie platformy lubicie najbardziej? Jak bardzo się angażujecie, udzielacie? Macie jakiś plan publikacji wpisów, czy idziecie na żywioł? Dbacie o klikalność, przejmujecie się statystykami?

PS. Po raz pierwszy na blogu wykorzystałam nie swoje zdjęcia, wzięłam je za darmo z Pixabay.

niedziela, 15 lipca 2018

Gina - minął rok

Gina trafiła do nas wiosną ubiegłego roku. Była szczeniaczkiem w typie labradora, po mamie, natomiast po tatusiu nie mieliśmy zielonego pojęcia na kogo wyrośnie. To jedna z zalet, gdy bierze się do domu kundelka - jego dorosła postać zawsze jest niespodzianką:-)


Po roku możemy na temat Giny powiedzieć coś więcej. Na pewno ma cechy labradora: łagodność, zawsze uśmiechnięty wyraz pyszczydła, przytulaśność, kolor i miękkość sierści... No i APETYT. To stworzenie jest wiecznie głodne i zjada wszystko, co tylko zjeść się da. Bez przerwy patrzy na nas z wyrzutem, że W OGÓLE jej nie karmimy, a to co dostaje, jest niedobre i mało. W jej oczach i zachowaniu widać głębokie poczucie krzywdy, że każdy z domowników je lepiej od niej, że każdy dostaje więcej. Żartujemy, że to mały piesek z dużym układem pokarmowym. Reszta pieska po prostu do niego nie dorosła. Mały jest łepek i dość cienkie kończyny. Tylko kadłubek należy do masywnego labradora. 

Po roku Gina dostała też nowe przezwiska - nazywamy ją Kluseczką, Grubsonkiem, Słoninką;-)

To pierwszy nasz psi obżartuch. Zwykle mieliśmy do czynienia z niejadkami, których trzeba było prosić i przekonywać do opróżnienia miski. A nierzadko jej zawartość z bólem była wyrzucana nietknięta... Lekarze zawsze mówili, żeby się tym nie przejmować - pies się nie zagłodzi, instynkt mu na to nie pozwoli. Szkoda, że na przejedzenie instynkt nie działa... Apetyt Giny, choć taki rozkoszny jest naszą troską, bo sunia wyraźnie ma już nadwagę, a my nie mamy pomysłu jak go ograniczyć... Nawet spacery zdają się być atrakcją głównie z tego względu, że po drodze zawsze można znaleźć coś do zjedzenia. Wiem, trzeba kupić kaganiec i chociaż w ten sposób ograniczyć nielegalnie zdobyte kalorie...





Gina skończyła rok, to już nie szczeniak, ale nadal psi dzieciak. Wciąż psoci i dokazuje, obgryza i wyrywa z korzeniami krzaczki, kopie dołki, ale jest przy tym tak rozkoszna, że nie da się na nią złościć. Uwielbia bawić się z Ptysiem i o dziwo nie jest to uwielbienie jednostronne - Ptyś jedyny z naszych kotów nawiązał z Giną przyjacielskie relacje. Ale to pewnie dlatego, że to Ptyś - on ze wszystkimi ma przyjacielskie, ciepłe relacje;-). Nie raz sam przychodzi się o Ginę poocierać i zawsze na jej obecność mruczy. Florkowi Gina z cierpliwością daje się głaskać i bez sprzeciwu oddaje mu swoje wszystkie gryzaki, czasem nawet sama je przynosi i zostawia mu pod ręką. Florek za to rewanżuje się chrupkami i innym jedzeniem - Gina zawsze jest obecna przy karmieniu, już wie, że z Florkowego stołu nader często spadają różne kąski;-). Śpi z nami w sypialni, na swoim kocyku przy łóżku. W weekendy, gdy widzi, że już nie śpimy, nie może się doczekać, byśmy wreszcie wstali, by mogła się do nas przytulać. Wtedy czasem, bardzo, bardzo rzadko, mówię do niej - no to chodź! Jeszcze zanim skończę, ona już leży między nami, z rozanieloną miną, dając się przytulać i głaskać po pulchnym brzuszku, jakby mówiąc - cała wasza jestem.

Na pewno mówiłam już to wcześniej (o naszych poprzednich psich towarzyszkach), ale znów muszę to powtórzyć - to najsłodsza psia istota, jaką kiedykolwiek mieliśmy;-)

niedziela, 8 lipca 2018

Turkusowe kwadraty

Skończyłam sweterek z kwadratów, z włóczki od Basi (Basiu, jeszcze raz serdecznie dziękuję za ten prezent!). Nieco inaczej go sobie wyobrażałam, miało być bardziej jak na tym zdjęciu - klik (zdjęcie pochodzi z bloga oma KOPPA, ale nie potrafię teraz odnaleźć tam stosownego wpisu). Niby proste kwadraty, a jednak wyszło mi inaczej. Pod koniec w ogóle zaczęłam się obawiać, że nic z tego nie będzie, bo mi włóczki na planowaną wielkość rękawów brakło. Ale pokombinowałam i udało się uzyskać długość 3/4.

Kilka słów o zdjęciach. Robił je mąż. I zrobił je perfekcyjnie! W słońcu i pod słońce, w cieniu... wszystkie idealne, właściwie prawie wcale nie poprawiałam. Zasłużył na publiczną pochwałę:-). Ja zaś przy okazji cyknęłam kilka ujęć Ginie - jest z nami już ponad rok, trochę się zmieniła przez ten czas, pokażę następnym razem:-).











Włóczka Fortissima Cotton (Schoeller Esslinger) - 75% bawełna, 25% poliamid, 210m/50g
Szydełko 3,5mm
Zużycie - 7 motków

sobota, 30 czerwca 2018

Pod tęczowym sztandarem

Same trudne tematy się skumulowały na koniec czerwca, ale TAKIE wydarzenie, w Rzeszowie, nie mogłam opuścić, nie mogę przemilczeć.


Człowiek nie rodzi się rasistą, szowinistą, fundamentalistą, kseno- czy innym fobem. Rodzimy się pełni ufności i ciekawości świata, z naturalnością, i otwartością przyjmując dominujące w naszym otoczeniu idee i postawy. Z biegiem czasu (szczególnie, gdy nie mamy okazji skonfrontować się z "innym") nasze przekonania kostnieją i nabierają cech dogmatu. Bywa, że jesteśmy z nimi tak zżyci, iż nie potrafimy oddzielić naszych poglądów od nas samych, nie potrafimy dostrzec, gdzie przebiega granica pomiędzy naturą, kulturą, a tożsamością. Nie potrafimy zauważyć, jak opresyjne bywa społeczeństwo wobec "innego". Na krzywdę wykluczonych jesteśmy ślepi lub obojętni tym bardziej, im mocniej należymy do grupy uprzywilejowanej, a ponieważ człowiek jest gatunkiem wyjątkowo kreatywnym, potrafimy znaleźć całe mnóstwo racjonalnych powodów, dlaczego tak właśnie jest świat urządzony i uparcie bronić niesprawiedliwego porządku.

Jestem białą kobietą. Heteroseksualną. Umiarkowanie zdrową, o przeciętnych dochodach. W pewnym sensie należę do grupy uprzywilejowanej. Ale! Jednak TYLKO kobietą. Na dodatek ateistką i zdeklarowaną feministką. Wiem, jakie to uczucie być wykluczoną, niewidzialną, nieistotną. Gorszą. Moje doświadczenia otwierają mnie i uwrażliwiają na krzywdę, i wykluczenie innych grup społecznych. Nawet jeżeli w pierwszym momencie ich potrzeby i argumenty wydają mi się absurdalne (bo przecież wyrosłam w innym porządku świata i należąc do uprzywilejowanej większości mogę nie znać i nie rozumieć wszystkich problemów mniejszości), to jednak za sprawą własnych przeżyć z łatwością potrafię wczuć się w ich sytuację. Później wystarczy tylko trochę refleksji i szczerości wobec siebie samej/samego, żeby postulaty "innych" przestały brzmieć wywrotowo i niedorzecznie, by okazało się, że tak naprawdę ich potrzeby są IDENTYCZNE jak moje - poczucie bezpieczeństwa, szacunku, możliwość samorealizacji, własnej ekspresji, spełnienia w związku... Jeśli ja, jako człowiek i obywatelka mogę je realizować (jako kobietę wciąż dotykają mnie ograniczenia, choć nieco innego rodzaju), to dlaczego przed innymi ludźmi prawo stawia bariery? Naprawdę nie potrzeba wiele wysiłku intelektualnego, by dojść do wniosku, że za ograniczeniami praw mniejszości stoją: trywialny lęk o utratę władzy, pozycji i wpływów, szkodliwe uprzedzenia oraz nieuzasadniony prawny i moralny paternalizm. A także, z jeszcze szerszej perspektywy, szowinizm gatunkowy, w przypadku lekceważenia, a wręcz pogardy dla zagadnień z dziedziny ekologii i praw zwierząt.

Gdy popatrzy się na walkę o prawa człowieka, o prawa obywatelskie z perspektywy czasu, wyraźnie widać, jak w ciągu lat zmieniał się ich zakres podmiotowy. Na przestrzeni wieków kolejne wykluczone grupy domagały się równości. Każda z nich w swoim czasie napotykała na bezwzględny opór. Wobec każdej uprzywilejowani ludzie i obywatele wytaczali ciężkie działa przemocy, pogardy i śmiechu. Dziś argumenty broniących ówczesnego porządku wydają się pozbawione sensu, nieracjonalne i kompletnie szalone. Tak samo będzie kiedyś z obecną dyskryminującą narracją. Głęboko w to wierzę.




A tymczasem wzięłam udział w Pierwszym Marszu Równości w Rzeszowie. Rodzinnie - z mężem, córką i wnukiem (zięć miał obowiązki zawodowe). Bo dla nas wszystkich ważne było wyrażenie swojego poparcia dla walki o równe prawa dla każdego. Florek jeszcze nie wie o co chodzi, ale mam nadzieję, że w przyszłości zrozumie, że prawa człowieka, prawa mniejszości, to nie są żadne lewackie fanaberie. Tak samo jak wrażliwość ekologiczna i troska o los zwierząt. To naturalna konsekwencja przyjętego systemu wartości opartego na szacunku, tolerancji i rzetelnej wiedzy. Nie na mitach, uprzedzeniach i nieuzasadnionym przekonaniu o własnej wyższości nad innymi (ludźmi czy gatunkami).


30 czerwca spotkaliśmy się w Rzeszowie przy tęczowym Moście Narutowicza o godzinie 14, było nas sporo, pewnie ponad tysiąc ludzi, różnych, kolorowych, także z niepełnosprawnościami. Widziałam też jedną rodzinę z wózkiem, jak my. Mieliśmy wątpliwości, czy to bezpieczna impreza dla naszych dzieci, szczególnie, że organizatorzy ostrzegali, że z grup przeciwników mogą polecieć kamienie, butelki, worki z farbą i jaja... Jednak pod koniec pochodu mimo wszystko dołączyliśmy. Ludzie z kontrmanifestacji próbowali powstrzymać nasz marsz, ale na szczęście im się to nie udało. Wyglądali przerażająco. Spodziewałam się łysych głów ze środowisk kibolskich i młodzieży wszechpolskiej, ale szokiem była dla mnie obecność starszych pań, które z różańcami w dłoniach wykrzykiwały do nas nienawistne hasła. W ogóle szokujące było to zderzenie wesołego, pokojowego, kolorowego tłumu ludzi, którzy domagali się między innymi prawa do zalegalizowania swojej miłości, z pełnym nienawiści szpalerem osób z krzyżami i różańcami w rękach, wykrzykujących tak karygodne hasła, że włosy dęba stawały. Trzymaliśmy się blisko chroniących nasz pochód policjantów i przeszliśmy naszą drogę bezpiecznie.


To było wyjątkowe doświadczenie, cieszę się i jestem dumna, że mogłam wziąć w nim udział w towarzystwie swoich Najbliższych.