niedziela, 15 lipca 2018

Gina - minął rok

Gina trafiła do nas wiosną ubiegłego roku. Była szczeniaczkiem w typie labradora, po mamie, natomiast po tatusiu nie mieliśmy zielonego pojęcia na kogo wyrośnie. To jedna z zalet, gdy bierze się do domu kundelka - jego dorosła postać zawsze jest niespodzianką:-)


Po roku możemy na temat Giny powiedzieć coś więcej. Na pewno ma cechy labradora: łagodność, zawsze uśmiechnięty wyraz pyszczydła, przytulaśność, kolor i miękkość sierści... No i APETYT. To stworzenie jest wiecznie głodne i zjada wszystko, co tylko zjeść się da. Bez przerwy patrzy na nas z wyrzutem, że W OGÓLE jej nie karmimy, a to co dostaje, jest niedobre i mało. W jej oczach i zachowaniu widać głębokie poczucie krzywdy, że każdy z domowników je lepiej od niej, że każdy dostaje więcej. Żartujemy, że to mały piesek z dużym układem pokarmowym. Reszta pieska po prostu do niego nie dorosła. Mały jest łepek i dość cienkie kończyny. Tylko kadłubek należy do masywnego labradora. 

Po roku Gina dostała też nowe przezwiska - nazywamy ją Kluseczką, Grubsonkiem, Słoninką;-)

To pierwszy nasz psi obżartuch. Zwykle mieliśmy do czynienia z niejadkami, których trzeba było prosić i przekonywać do opróżnienia miski. A nierzadko jej zawartość z bólem była wyrzucana nietknięta... Lekarze zawsze mówili, żeby się tym nie przejmować - pies się nie zagłodzi, instynkt mu na to nie pozwoli. Szkoda, że na przejedzenie instynkt nie działa... Apetyt Giny, choć taki rozkoszny jest naszą troską, bo sunia wyraźnie ma już nadwagę, a my nie mamy pomysłu jak go ograniczyć... Nawet spacery zdają się być atrakcją głównie z tego względu, że po drodze zawsze można znaleźć coś do zjedzenia. Wiem, trzeba kupić kaganiec i chociaż w ten sposób ograniczyć nielegalnie zdobyte kalorie...





Gina skończyła rok, to już nie szczeniak, ale nadal psi dzieciak. Wciąż psoci i dokazuje, obgryza i wyrywa z korzeniami krzaczki, kopie dołki, ale jest przy tym tak rozkoszna, że nie da się na nią złościć. Uwielbia bawić się z Ptysiem i o dziwo nie jest to uwielbienie jednostronne - Ptyś jedyny z naszych kotów nawiązał z Giną przyjacielskie relacje. Ale to pewnie dlatego, że to Ptyś - on ze wszystkimi ma przyjacielskie, ciepłe relacje;-). Nie raz sam przychodzi się o Ginę poocierać i zawsze na jej obecność mruczy. Florkowi Gina z cierpliwością daje się głaskać i bez sprzeciwu oddaje mu swoje wszystkie gryzaki, czasem nawet sama je przynosi i zostawia mu pod ręką. Florek za to rewanżuje się chrupkami i innym jedzeniem - Gina zawsze jest obecna przy karmieniu, już wie, że z Florkowego stołu nader często spadają różne kąski;-). Śpi z nami w sypialni, na swoim kocyku przy łóżku. W weekendy, gdy widzi, że już nie śpimy, nie może się doczekać, byśmy wreszcie wstali, by mogła się do nas przytulać. Wtedy czasem, bardzo, bardzo rzadko, mówię do niej - no to chodź! Jeszcze zanim skończę, ona już leży między nami, z rozanieloną miną, dając się przytulać i głaskać po pulchnym brzuszku, jakby mówiąc - cała wasza jestem.

Na pewno mówiłam już to wcześniej (o naszych poprzednich psich towarzyszkach), ale znów muszę to powtórzyć - to najsłodsza psia istota, jaką kiedykolwiek mieliśmy;-)

niedziela, 8 lipca 2018

Turkusowe kwadraty

Skończyłam sweterek z kwadratów, z włóczki od Basi (Basiu, jeszcze raz serdecznie dziękuję za ten prezent!). Nieco inaczej go sobie wyobrażałam, miało być bardziej jak na tym zdjęciu - klik (zdjęcie pochodzi z bloga oma KOPPA, ale nie potrafię teraz odnaleźć tam stosownego wpisu). Niby proste kwadraty, a jednak wyszło mi inaczej. Pod koniec w ogóle zaczęłam się obawiać, że nic z tego nie będzie, bo mi włóczki na planowaną wielkość rękawów brakło. Ale pokombinowałam i udało się uzyskać długość 3/4.

Kilka słów o zdjęciach. Robił je mąż. I zrobił je perfekcyjnie! W słońcu i pod słońce, w cieniu... wszystkie idealne, właściwie prawie wcale nie poprawiałam. Zasłużył na publiczną pochwałę:-). Ja zaś przy okazji cyknęłam kilka ujęć Ginie - jest z nami już ponad rok, trochę się zmieniła przez ten czas, pokażę następnym razem:-).











Włóczka Fortissima Cotton (Schoeller Esslinger) - 75% bawełna, 25% poliamid, 210m/50g
Szydełko 3,5mm
Zużycie - 7 motków

sobota, 30 czerwca 2018

Pod tęczowym sztandarem

Same trudne tematy się skumulowały na koniec czerwca, ale TAKIE wydarzenie, w Rzeszowie, nie mogłam opuścić, nie mogę przemilczeć.


Człowiek nie rodzi się rasistą, szowinistą, fundamentalistą, kseno- czy innym fobem. Rodzimy się pełni ufności i ciekawości świata, z naturalnością, i otwartością przyjmując dominujące w naszym otoczeniu idee i postawy. Z biegiem czasu (szczególnie, gdy nie mamy okazji skonfrontować się z "innym") nasze przekonania kostnieją i nabierają cech dogmatu. Bywa, że jesteśmy z nimi tak zżyci, iż nie potrafimy oddzielić naszych poglądów od nas samych, nie potrafimy dostrzec, gdzie przebiega granica pomiędzy naturą, kulturą, a tożsamością. Nie potrafimy zauważyć, jak opresyjne bywa społeczeństwo wobec "innego". Na krzywdę wykluczonych jesteśmy ślepi lub obojętni tym bardziej, im mocniej należymy do grupy uprzywilejowanej, a ponieważ człowiek jest gatunkiem wyjątkowo kreatywnym, potrafimy znaleźć całe mnóstwo racjonalnych powodów, dlaczego tak właśnie jest świat urządzony i uparcie bronić niesprawiedliwego porządku.

Jestem białą kobietą. Heteroseksualną. Umiarkowanie zdrową, o przeciętnych dochodach. W pewnym sensie należę do grupy uprzywilejowanej. Ale! Jednak TYLKO kobietą. Na dodatek ateistką i zdeklarowaną feministką. Wiem, jakie to uczucie być wykluczoną, niewidzialną, nieistotną. Gorszą. Moje doświadczenia otwierają mnie i uwrażliwiają na krzywdę, i wykluczenie innych grup społecznych. Nawet jeżeli w pierwszym momencie ich potrzeby i argumenty wydają mi się absurdalne (bo przecież wyrosłam w innym porządku świata i należąc do uprzywilejowanej większości mogę nie znać i nie rozumieć wszystkich problemów mniejszości), to jednak za sprawą własnych przeżyć z łatwością potrafię wczuć się w ich sytuację. Później wystarczy tylko trochę refleksji i szczerości wobec siebie samej/samego, żeby postulaty "innych" przestały brzmieć wywrotowo i niedorzecznie, by okazało się, że tak naprawdę ich potrzeby są IDENTYCZNE jak moje - poczucie bezpieczeństwa, szacunku, możliwość samorealizacji, własnej ekspresji, spełnienia w związku... Jeśli ja, jako człowiek i obywatelka mogę je realizować (jako kobietę wciąż dotykają mnie ograniczenia, choć nieco innego rodzaju), to dlaczego przed innymi ludźmi prawo stawia bariery? Naprawdę nie potrzeba wiele wysiłku intelektualnego, by dojść do wniosku, że za ograniczeniami praw mniejszości stoją: trywialny lęk o utratę władzy, pozycji i wpływów, szkodliwe uprzedzenia oraz nieuzasadniony prawny i moralny paternalizm. A także, z jeszcze szerszej perspektywy, szowinizm gatunkowy, w przypadku lekceważenia, a wręcz pogardy dla zagadnień z dziedziny ekologii i praw zwierząt.

Gdy popatrzy się na walkę o prawa człowieka, o prawa obywatelskie z perspektywy czasu, wyraźnie widać, jak w ciągu lat zmieniał się ich zakres podmiotowy. Na przestrzeni wieków kolejne wykluczone grupy domagały się równości. Każda z nich w swoim czasie napotykała na bezwzględny opór. Wobec każdej uprzywilejowani ludzie i obywatele wytaczali ciężkie działa przemocy, pogardy i śmiechu. Dziś argumenty broniących ówczesnego porządku wydają się pozbawione sensu, nieracjonalne i kompletnie szalone. Tak samo będzie kiedyś z obecną dyskryminującą narracją. Głęboko w to wierzę.




A tymczasem wzięłam udział w Pierwszym Marszu Równości w Rzeszowie. Rodzinnie - z mężem, córką i wnukiem (zięć miał obowiązki zawodowe). Bo dla nas wszystkich ważne było wyrażenie swojego poparcia dla walki o równe prawa dla każdego. Florek jeszcze nie wie o co chodzi, ale mam nadzieję, że w przyszłości zrozumie, że prawa człowieka, prawa mniejszości, to nie są żadne lewackie fanaberie. Tak samo jak wrażliwość ekologiczna i troska o los zwierząt. To naturalna konsekwencja przyjętego systemu wartości opartego na szacunku, tolerancji i rzetelnej wiedzy. Nie na mitach, uprzedzeniach i nieuzasadnionym przekonaniu o własnej wyższości nad innymi (ludźmi czy gatunkami).


30 czerwca spotkaliśmy się w Rzeszowie przy tęczowym Moście Narutowicza o godzinie 14, było nas sporo, pewnie ponad tysiąc ludzi, różnych, kolorowych, także z niepełnosprawnościami. Widziałam też jedną rodzinę z wózkiem, jak my. Mieliśmy wątpliwości, czy to bezpieczna impreza dla naszych dzieci, szczególnie, że organizatorzy ostrzegali, że z grup przeciwników mogą polecieć kamienie, butelki, worki z farbą i jaja... Jednak pod koniec pochodu mimo wszystko dołączyliśmy. Ludzie z kontrmanifestacji próbowali powstrzymać nasz marsz, ale na szczęście im się to nie udało. Wyglądali przerażająco. Spodziewałam się łysych głów ze środowisk kibolskich i młodzieży wszechpolskiej, ale szokiem była dla mnie obecność starszych pań, które z różańcami w dłoniach wykrzykiwały do nas nienawistne hasła. W ogóle szokujące było to zderzenie wesołego, pokojowego, kolorowego tłumu ludzi, którzy domagali się między innymi prawa do zalegalizowania swojej miłości, z pełnym nienawiści szpalerem osób z krzyżami i różańcami w rękach, wykrzykujących tak karygodne hasła, że włosy dęba stawały. Trzymaliśmy się blisko chroniących nasz pochód policjantów i przeszliśmy naszą drogę bezpiecznie.


To było wyjątkowe doświadczenie, cieszę się i jestem dumna, że mogłam wziąć w nim udział w towarzystwie swoich Najbliższych.

czwartek, 28 czerwca 2018

Mam dość!

Jestem humanistką. Wyznawane przeze mnie wartości nie pozwalają mi na wchodzenie z butami w życie innych ludzi. Staram się do każdego podchodzić z szacunkiem, akceptując jego prawo do wolności i decydowania o własnym losie. Nie lubię, jak ktoś mi coś narzuca, wmawia i przekonuje, że będzie to dla mnie lepsze, dlatego nie robię tego innym, w myśl zasady nie czyń drugiemu co tobie niemiłe. Ale czy powinnam być równie tolerancyjna i akceptować zachowania chamskie, czy zwyczajnie mizoginiczne???

Nie jestem skora do konfrontacji. Są ludzie, którzy czerpią z niej moc, ale to nie ja. Mnie konfrontacje pozbawiają sił i chęci do życia, czuję się po nich totalnie zdołowana i zniesmaczona. Nawet gdy występuję w słusznej sprawie i dojdziemy do porozumienia, to nie ma we mnie satysfakcji. Tylko zmęczenie i smutek, że w ogóle brałam w tym udział. Dlatego z biegiem czasu nauczyłam się ich unikać. Moją mantrą stały się: co mnie to obchodzi, nie mój cyrk, nie moje małpy, OLAĆ!. Naprawdę, jestem mistrzynią świata w unikaniu i wycofywaniu się. Dla mojego bieżącego samopoczucia tak jest lepiej (zamiecione pod dywan, można udawać, że nic się nie stało), ale w dłuższej perspektywie już niekoniecznie. Bo te wszystkie niewypowiedziane negatywne emocje się kumulują. I z każdym dniem jest mi coraz gorzej, a próg mojej odporności i cierpliwości leci na łeb na szyję. Szczególnie, że te chamskie zachowania dotykają mnie na co dzień. Ponadto, skąd ktoś miałby się dowiedzieć, że zachowuje się niewłaściwie, jeśli NIKT mu tego nie mówi???

Nie chcę stawiać się w pozycji kogoś, kto wie lepiej, robi lepiej, myśli lepiej. Irytują mnie tacy ludzie. Dlatego, gdy sądzę, że należałoby komuś zwrócić uwagę, to dziesięć razy się przed tym zastanowię, czy w ogóle mam prawo się odezwać, czy warto, czy tylko wzniecę burzę w szklance wody, jak ja czułabym się, gdyby odwrócić sytuację... Może za długo się zastanawiam? Może należałoby reagować instynktownie, jak ostatnio Edyta Górniak? Pytanie, dlaczego u mnie ten instynkt nie działa? Dlaczego powstrzymuje mnie przekonanie, że i tak nic nie wskóram, a jedynie wyjdę na czepialską histeryczkę i wariatkę, która przypierdala się na przykład do bogu ducha winnych kolegów w pracy, którzy rechoczą, że są dyskryminowani, bo ich, biedaków, nikt nie molestuje seksualnie i nie mają o czym opowiadać, a mówienie o molestowaniu jest dziś przecież takie MODNE! Ci sami koledzy parę miesięcy wcześniej wspominali z rozrzewnieniem szkolne czasy, jak to radośnie MACALI koleżanki, ale niestety bywało, że mieli potem z tego powodu kłopoty. Głupie te koleżanki, przecież spotkało je WYRÓŻNIENIE. Brzydkich nikt w szkole nie chciał macać.

Tak sobie gadają w pracy moi koledzy. Są młodzi, mają za sobą ledwie ćwierć wieku i potrafią bez skrępowania wymieniać tego typu informacje i opinie w obecności starszych koleżanek i kolegów, które i którzy przecież też mają córki. W szkole. (Ciekawe jak by zareagowali, gdyby to ich dziewczynki spotkały się z takimi "zalotami". Może byliby dumni, że ich córki mają takie POWODZENIE?). Jestem pewna, że wszyscy słyszeli tę wymianę zdań. Ja siedzę dość daleko, a słyszałam doskonale. Nikt z nas nie zareagował na te słowa. Dlaczego? Ja nie odezwałam się dla własnego świętego spokoju (pozornie świętego spokoju, bo przecież i tak to przeżywam, czego dowodem jest ten wpis, tylko przeżywam wewnątrz i sama) oraz dlatego, że i tak nie wierzę w jakikolwiek zadowalający rezultat. Dlaczego milczą inni? Z tych samych powodów? Raczej wątpię. Myślę, że po prostu nikt, prócz mnie, nie ma z tym problemu.

Innym razem wysłuchać muszę jakimi strasznymi hipokrytkami są aktorki, bo jak robiły karierę, to im nie przeszkadzało, że muszą przespać się z tym lub owym, a teraz nagle biedne ofiary - molestowane. Aj waj, stało im się, wielkie rzeczy...

Albo o Arabach, którzy w genach mają, żeby dupczyć swoje kozy.

Albo o pedałach i innych dewiantach.

Albo jakie to jaja, że wilki zagryzły dzieci.

Ogólnie wszystko, co się dzieje, to jaja i powód do rubasznej beki.

I mało, że nikt nie reaguje - wszyscy ochoczo przyłączają się do żartów, przerzucając się własnymi wtrąceniami i ubarwieniami historii wyjściowej.

Dzień, kurwa, w dzień!

Dlatego w pracy milczę. Pisałam już o tym. Jeszcze na początku próbowałam coś oponować, swoim przykładem pokazać, że ludzie są różni. Może inaczej pojmują świat, mają wartości osadzone w innym niż katolicyzm systemie, ale w gruncie rzeczy są zwyczajni. I po prostu są. Jak ja. Ale doopa. Może dlatego, że się nie odnajduję w sytuacjach konfrontacyjnych, gdy trzeba szybko i celnie zareagować. Zanim otrząsnę się ze wzburzenia, zbiorę myśli, to już leci kolejny "kabarecik". Z mojego przykładu moi koledzy i koleżanki z pracy zrozumieli pewnie tyle tylko, że inni są drętwi, nie mają poczucia humoru i dystansu do siebie. 

Nie odzywam się, bo nie potrafię i nawet nie chcę kolegować się z ludźmi, którzy moje wartości traktują jak gówno. Którzy kpią i żartują zarówno z przemocy wobec kobiet, jak i samych kobiet, które jej doświadczyły. Dla których fajnie spędzony czas mierzy się ilością spożytego alkoholu. Którzy poczucie dumy czerpią ze swej ignorancji i prymitywizmu. Którzy nie rozumieją, że zachowania, z powodu których tak się chełpią są złe i mogły być źródłem przykrości dla osób, których dotyczyły. Którzy nie rozumieją, że z pewnych tematów po prostu żartować nie wypada, szczególnie w towarzystwie ludzi, których nie zna się na wylot, o których nie wiadomo, co w życiu przeżyły i z jakimi traumami się mierzą. Z pewnych rzeczy nie wypada żartować, choćby z delikatności wobec uczuć innych ludzi. Ale do tego trzeba mieć choćby minimalny poziom empatii. Zresztą u nas pod ochroną prawną są tylko uczucia religijne, inne można wykpić, wyśmiać, wyszydzić do woli. Na zdrowie! 

Często słyszę opinię na swój temat, że jestem stonowana i wyważona w swoich wypowiedziach. Ale wiecie co, jak ja czasem zazdroszczę ludziom niestonowanym i niewyważonym, którzy jednym dosadnym słowem trafiają w sedno, potrafią nazwać chamstwo po imieniu i nie boją się publicznie przyznać, że nie gadają z ludźmi, których uważają za durnych...