sobota, 10 lipca 2010

Aaaby na wakacjach komórkę mieć zawsze pod ręką...

Gdzie schować telefon? - zawsze mam taki problem, gdy jadę gdzieś rowerem. Można do kieszeni, ale to zależy od ciucha, jaki się ma na sobie. Jedne kieszenie są za płytkie, inne za ciasne, jeszcze inne za obszerne i za głębokie. Można do torebki, ale torebka zsuwa się z ramienia. Plecaczek - super sprawa na rower, ale gdy telefon zadzwoni trzeba się zatrzymywać, by odebrać.

Poważna sprawa, zwłaszcza, że na naszym mazurskim urlopie planujemy mnóstwo czasu spędzać na rowerze. Ale znalazłam rozwiązanie. Niedrogie i praktyczne. Wymyśliłam, że najłatwiej dostępnym i najbezpieczniejszym miejscem dla mojej komórki będzie etui do zawieszenia na szyi. I wydziergałam szydełkiem takie cosik:


Nie jest za długie, więc nie dynda w czasie jazdy, ani za krótkie, więc swobodnie się zdejmuje i zakłada. Nie za wysokie, więc jest swobodny dostęp dla wtyczki od kabla ze słuchawkami, ani za niskie, więc telefon trzyma się w nim stabilnie.

A dodatkową satysfakcję mam dlatego, że do tej robótki wykorzystałam resztki włóczek - mam więc coś prawie z niczego.

No to idę się pakować. Nad ranem wyjeżdżamy:).

piątek, 9 lipca 2010

Odpoczywam

Piątek, godzina 9:30, pierwszy dzień urlopu:


Jutro sprzątanie i pakowanie, a w niedzielę rano jedziemy na Mazury!


Komentarze

2010/07/09 21:08:37
Miłego urlopu.

2010/07/10 19:15:52
Serdecznie dziękuję:)

środa, 7 lipca 2010

Kolczyki z czerwonym piórkiem

Serfując sobie w internecie znalazłam ciekawą biżuterię z piór. Spodobała mi się i wczoraj, korzystając z tego opisu, wykonałam swoje własne kolczyki w stylu boho:


Mam jeszcze trochę piórek i jeszcze jedne bigle. To się dobrze składa, bo od wczoraj uwielbiam piórkową biżuterię i chcę mieć jej więcej!

poniedziałek, 5 lipca 2010

Facjatka

Gdy kilka lat temu wprowadzaliśmy się do naszego domu, na sypialnię przeznaczyliśmy poddasze. Wydawało się nam to świetnym pomysłem. Łóżko umieściliśmy pod oknem połaciowym, żeby przed zaśnięciem podziwiać piękno gwieździstego nieba. W czasie deszczu, stukające monotonnie w okno kropelki wody miały nas kołysać do snu. Rano zaś miał nas budzić śpiew ptaków dochodzący z otaczających nasz dom wierzchołków drzew.

Rychło okazało się jednak, że facjatka nie jest najlepszym miejscem do spania. Gwieździste niebo, owszem, jest piękne, ale świecący prosto w oczy księżyc w pełni (gdzieś w trakcie budowy zapodziała nam się roleta i jakoś nigdy nie dokupiliśmy nowej) już niekoniecznie. Lekko siąpiący deszczyk może i był przyjemny dla ucha, ale nocne burze, ulewy i grad sprawiały, że o spaniu w ogóle nie mogło być mowy. Ptasie trele bywały cudne, ale, gdy nad ranem kawki szalały po naszym krytym blachą dachu, miałam ochotę je wszystkie powystrzelać. W lecie gorąco, niemal 30 stopni, w zimie zaś chłodno (co, przyznam uczciwie, było akurat najmniejszym problemem). Najgorsze jednak okazało się to, że w skutek zbyt małego spadku dachu, okno połaciowe zaczęło nam przeciekać.

Przeprowadziliśmy się z sypialnią piętro niżej, gdzie może było mniej romantycznie, ale na pewno dużo wygodniej i spokojniej. Na facjatce zaś zrobiliśmy sobie pracownie: mój mąż centrum multimedialne, ja studio rękodzielnicze. I nieustannie walczyliśmy z przeciekającym oknem i dachem. Ponieważ nasze starania nie dawały oczekiwanych rezultatów, poddasze wciąż pozostaje nieodnawiane. Ściany są brudne, a na suficie są paskudne plamy po przeciekach. Ale myślimy sobie, że przecież szkoda czasu i nakładów na remont, jeśli nie wiadomo, czy w końcu nie trzeba będzie zlikwidować okna, albo nawet zrywać dachu i położyć go od nowa porządnie.

Ale ostatnio wreszcie nastąpił przełom. Mój mąż wpadł na nowy pomysł, zastosował go i póki co jest w porządku. Z nadzieją, że taki stan rzeczy utrzyma się dłużej niż do kolejnej burzy, pomyślałam, że czas wreszcie uporządkować moją część facjatki. Z niewykorzystanych do ogrodzenia sztachet, mąż sklecił mi dwa regały, a ja je oszlifowałam, pobejcowałam i polakierowałam. Farbą akrylową pomalowałam też dolną część starej meblościanki. Pracowałam na poddaszu cały weekend, na kolanach i w temperaturze dochodzącej do 30 stopni C. Ale było warto. Dziś, gdy wróciłam zmęczona z pracy, wgramoliłam się na górę, zaległam na materacu i prawie dwie godziny odpoczywałam delektując się się porządkiem i całkiem nowym wystrojem mojego pokoiku. Na razie tyle mi wystarczy. A jeśli do przyszłego roku nie będzie żadnych przecieków, zrobimy na poddaszu prawdziwy remont.

A tak wyglądają moje regaliki i odnowiona szafka z meblościanki:


A taki miałam dziś widoczek z mojego fatalnego okna połaciowego:


Jednak szkoda by mi było go likwidować. Czasami miło sobie przez nie popatrzeć...