... czyli mój pierwszy obraz malowany po numerach, wreszcie skończony:-). Bardzo fajne zajęcie i prawdę mówiąc, od pierwszego razu, gdy coś takiego zobaczyłam, a było to w filmie "Uśmiech Mony Lizy" (główna bohaterka malowała w ten sposób Słoneczniki van Gogha), miałam ochotę namalować taki obraz dla siebie... Brzegi oczywiście też pomalowałam, irytują mnie takie płótna z pozostawionymi białymi, albo co gorsza pobrudzonymi farbą, brzegami.
Pierwsze koty za płoty, było fajnie, więc na sztalugę wjechało coś ambitniejszego - 80x80 cm, naprawdę jest kawał obrazu:-). A w kolejce czeka następny, jeszcze większy - 100x80 cm, długo mi malowania nie braknie;-)
Drutowo też się dużo dzieje. Jednocześnie robię dwa projekty. Na zmianę. Biorę ten, na który mam aktualnie większą ochotę. Oba dziergam z przyjemnością i mogłabym się delektować tą robotą, bo obie dzianiny bardzo miłe w dotyku, gdyby nie fakt, że w głowie mam trzy kolejne pomysły i nie mogę się doczekać, żeby je zacząć. Oczywiście spora część frajdy to komponowanie włóczki z różnych kolorowych nitek. Są to bawełny, akryle, wełny, mohery... A razem tworzą (moim zdaniem!) piękniejsze przędze, niż każda z nich osobno:-)
Najdłuższy miesiąc roku za nami. Uczciwie muszę zauważyć, że szybko i sprawnie minął. Dzień coraz dłuższy, pogodę znoszę jako tako... ale jednak wyjazd do lasu sobie dziś odpuściłam. Zdecydowanie wolę zimę spędzać w swoim pokoju:-)

























