czwartek, 12 marca 2009

Na świętego Grzegorza idzie zima do morza!

Tym budzącym otuchę w sercu przysłowiem rozpoczęłam dzisiejszy dzień. Od teraz może być już tylko lepiej. I cieplej. I słoneczniej. Ale zima nie odpuszcza tak łatwo. Na przekór wszystkiemu pruszyło dziś śniegiem tak, że świata nie było widać. Miło było patrzeć na tę śnieżną zawieruchę ze świadomością, że to już ostatnie podrygi zimy. Zwłaszcza, że patrzyłam oczywiście tylko przez okno. Gdybym w takich warunkach musiała maszerować ulicą, nie byłoby mi wcale do śmiechu.

Na szczęście teraz już się wypogodziło. I dobrze, bo mam dziś bieganie. 

sobota, 7 marca 2009

Trochę magii

Po kilku rozczarowaniach trafiłam wreszcie na świetną lekturę. To powieść fantasy "Miasto w zieleni i błękicie" Anny Kańtoch.


Opowieść o współistnieniu dwóch kultur: prastarej, neahelickiej związanej z magią, która czasy świetności dawno już ma za sobą oraz dominującej okcytoceńskiej, opierającej się na religii chrześcijańskiej i kulcie świętych. Bogowie, demony i święci żyją w tej powieści naprawdę w jakimś równoległym świecie i mają możliwość wpływania na losy ludzi. Dawno temu Okcytańczycy podbili Neahelitów, ale nie zniszczyli do końca kultury i religii podbitego narodu; traktują magię jako egzotyczną ciekawostkę i swego rodzaju modę.


W takim świecie żyła, wychowana według wzorów chrześcijańskich, półkrwi Neahelitka - Melisandra, która pewnego razu wypłynęła łódką w morze i utonęła. Jasnowłosy bóg magii przywrócił jej życie i w zamian zażądał tego życia dla siebie. Jej ojciec postąpił według zasad, które wpojono mu w dzieciństwie, nim przyjął wiarę chrześcijańską. Oddał córkę pod opiekę soutzene - czarowników i czarownic hołdującym prastarym tradycjom. I tak Melisandra, należąc do dwóch światów, nie należała już do żadnego z nich. Dla soutzene była obcą, kaprysem boga, który z niezrozumiałych przyczyn ożywił półkrwi Okcytacenkę. Okcytańczycy natomiast widzieli w niej pogańską czarownicę, której nie można ufać.
Tymczasem popełnione zostaje morderstwo. Potem kolejne. Każda z ofiar ma dokładnie oczyszczone wspomnienia. Tylko neaheliccy magowie mają takie umiejętności. Rozpoczyna się więc polowanie na czarowników.
"Miasto w zieleni i błękicie" to naprawdę świetna powieść fantasy z intrygująco zbudowanym wątkiem kryminalnym. To również powieść o uprzedzeniach, nietolerancji i strachu przed innością.

poniedziałek, 2 marca 2009

Truchcikiem

Wczoraj, zainspirowana blogiem conni29, postanowiłam, że od dziś zaczynam regularne bieganie. Potrzebuję wysiłku, potrzebuję świeżego powietrza, potrzebuję wreszcie poczuć się zmęczona i szczęśliwa.
Na początek wyznaczyłam sobie króciutki dystans - niecały kilometr. Po rozgrzewce lekko i z zadowoleniem wybiegłam na chodnik. Po 150 m miałam już dość. Przypomniały mi się wszystkie argumenty jakie przez całe życie miałam przeciwko bieganiu. Że wyczerpujące, obciążające dla stawów, powodujące zadyszkę nie do zniesienia. W moim bieganiu (pomijając pierwsze kilkadziesiąt metrów) nie było lekkości. Prawdę mówiąc z ledwością odrywałam nogi od podłoża. Co kilkadziesiąt metrów odpoczywałam maszerując. Na tym krótkim odcinku, który wyznaczyłam sobie na początek, odpoczywałam w ten sposób aż cztery razy. Porażka!
Ale pierwsze koty za płoty! Poczytałam sobie poradniki o joggingu, które napełniły moje zmęczone i nieszczęśliwe ciało nadzieją. Podobno po czterech, pięciu tygodniach regularnego biegania zaczyna się łapać formę. Mając nadzieję, że tak właśnie będzie nie poddam się po pierwszej porażce.


Komentarze 
 
 
2011/10/28 12:33:04
Zgadzam się z opinią, że po kilku tyg. będzie lepiej. Sama na początku prawie wymiotowałam ze zmęczenia. już miałam porzucić zamiar poprawy kondycji, kiedy nagle wszystko się unormowało. Ba, szło tak dobrze, że nawet przez pierwsze dwa mies. ciąży truchtałam sobie po 3km:)) a po ciąży wróciłam już z lepszą kondycją do joggingu. nie było tego etapu początkowego.
Według mnie, jeśli tylko nie ma przeciwskazań, to naprawdę dobry sport. Czułam się o wiele lepiej, moja skóra poprawiła się niesamowicie, a do tego energia, która we mnie wstąpiła, była niesamowita. Teraz mam lekką kontuzję kolana, więc nie mogę biegać, ale pewnie do tego wrócę, bo bardzo mi brak tych minut tylko dla siebie:wczesny ranek, muzyka i ja.

Ciekawe czy nadal biegasz, czy zrezygnowałaś?

Anka
 
2011/10/28 15:39:26
Biegałam półtora roku i sprawiało mi to ogromną satysfakcję, ale po paskudnej infekcji jesienią ub. roku już do biegania nie wróciłam. Na dodatek dołożyły się bóle w kolanach i kostkach, i cóż... przerzuciłam się na spacery;). Ale porządnego wysiłku i tak mi brakowało dlatego zapisałam się na zajęcia aerokickboxingu 2 x w tyg. po godzince - też można się solidnie zmęczyć, a w wysiłku biorą udział wszystkie partie mięśniowe. Bardzo polecam ten rodzaj aktywności ruchowej:)
 
2011/10/29 09:15:11
to fajnie, że wciąż coś robisz. ja albo zacznę bieganie, albo basen; chyba, że uda mi się połączyć wszystko.

Anka

niedziela, 1 marca 2009

"Boże Narodzenie w Lost River"

Trafiłam wreszcie na dobrą lekturę. "Boże Narodzenie w Lost River" autorstwa Fannie Flag jest ciepłą opowieścią o uzdrawiającej mocy przyjaźni, życzliwości i akceptacji.

 Główny bohater dowiaduje się, że ma przed sobą ledwie kilkanaście miesięcy życia. By spowolnić rozwój choroby i złagodzić jej objawy przeprowadza się do Lost River w Alabamie. Ciepły i łagodny klimat, ekscentryczni lecz sympatyczni mieszkańcy oraz piękno przyrody, wszystko to sprawia, że samotny, wyobcowany i smutny do tej pory mężczyzna odkrywa siebie na nowo. Ze zdziwieniem stwierdza, że spokój, swego rodzaju leniwy rytm życia małego miasteczka oraz szczere zainteresowanie i troskliwość mieszkańców wpływają korzystnie na jego samopoczucie. Zaczyna się otwierać na sprawy miejscowej społeczności i angażowac w nie. Odkrywa w sobie talent artystyczny i z satysfakcją oddaje się nowym pasjom.

Powieść pełna optymizmu i radości życia. Bardzo wzmacniająca lektura, zwłaszcza w niedzielne popołudnie.