Jak pocieszyć osobę, którą spotkało
nieszczęście? Czy da się to w ogóle zrobić słowami. Czy są takie słowa,
które do ludzi dotkniętych nieszczęściem docierają?
Te pytania kołaczą mi się w głowie od
wczoraj, gdy dowiedziałam się, że w wyniku wad rozwojowych zmarł mój
najmłodszy, przedwcześnie urodzony, ledwie dwudniowy, bratanek.
Prawdę mówiąc wszyscy tego właśnie się
spodziewali. Lekarze od początku nie dawali nadziei, że może być
inaczej. Dziecko było za małe, za słabe, by przeżyć. A jednak rodzice
wbrew wszystkiemu tę nadzieję mieli.
Wczoraj dotknęła nas smutna rzeczywistość. Remik odszedł. Żył dwa dni.
Co mogłam powiedzieć mojemu bratu, gdy
przez telefon – smutny i zmęczony – informował mnie o tym fakcie? Jakimi
słowami zareagować na nieszczęście, z którym właśnie mierzy się mój
brat i jego żona? Co powiedzieć w chwili, gdy ich rodzicielskie
nadzieje, plany i marzenia, rosnące przez ostatnie miesiące wraz z
brzuchem mojej bratowej, zostały tak srogo zawiedzione?
Tak mi przykro! Tak bardzo mi przykro!
Nic innego nie przyszło mi do głowy.
Do tej pory nic innego nie przychodzi mi
do głowy. Myślę,że może powinnam tam pojechać. Bo przecież obecność
znaczy więcej niż słowa wypowiadane przez telefon. Ale szlachetne porywy
serca często rozbijają się o finansową rzeczywistość. I taka
rzeczywistość właśnie stoi przede mną. Dlatego wciąż siedzę na swoim
fotelu przy swoim biurku, choć wiem, że powinnam być teraz gdzieś
indziej. Pocieszam się, że przecież tak naprawdę mój brat nie jest sam,
tam, na obczyźnie. Dźwiga ten ciężar wspólnie z żoną. I ma przyjaciół.
Nie wiem, co robić. Pytałam go czy chce
żebym przyjechała. On też nie wie. Obojgu nam dokucza świadomość
ograniczeń finansowych. Zobaczymy.
Trzymaj się Braciszku! Myślami wciąż jestem przy Was.


