niedziela, 18 kwietnia 2010

Czerwone korale

Wydziergałam sobie czerwone korale. Zrobiłam to, bo nie chcę już pławić się w atmosferze smutku, żałoby i rozpamiętywania przeszłości, którą z wielkim zaangażowaniem kreują i podtrzymują media. Zrobiłam to, bo jest ciepło, świeci słońce, bo wiosna, bo kwiaty, bo życie toczy się dalej...


wtorek, 13 kwietnia 2010

Narasta we mnie bunt

Sobotnia katastrofa była dla nas wszystkich traumatycznym wydarzeniem. Nie sądzę, że ktokolwiek pozostał obojętny wobec tego, co się stało. Ludzie w tych dramatycznych chwilach chcieli być ze sobą, dlatego spotykali się w różnych miejscach, w hołdzie ofiarom katastrofy składali kwiaty, palili znicze. Ja tę potrzebę poczucia wspólnoty realizowałam dzięki telewizji oraz za pomocą internetu. Jednak słuchając kolejnych programów, wywiadów, opinii, czytając kolejne komentarze w internecie, zaczęłam zauważać coś dziwnego. Na moich oczach tragicznie zmarły prezydent staje się bohaterem narodowym, który poniósł męczeńską śmierć w służbie dla kraju.

CO SIĘ DZIEJE? Czy ja nagle, nieświadoma niczego, przeniosłam się do jakiejś alternatywnej rzeczywistości, w której Lech Kaczyński był ukochanym przez naród prezydentem? mężem stanu? wybitnym politykiem?

Mam wrażenie, że nagle wszyscy byli gorącymi zwolennikami prezydentury Lecha Kaczyńskiego, że wszyscy cenili go, szanowali i kochali. Politycy i dziennikarze prześcigają się w komplementowaniu Wielkiego Zmarłego i sposobach Jego uhonorowania. W Warszawie jest pomysł, by budowany stadion narodowy nazwać imieniem Lecha Kaczyńskiego, w Krakowie ulicę lub rondo w centrum miasta, w Bydgoszczy - most. Słyszę, jak ktoś wypowiada się w telewizji, że trzeba było dopiero tak dramatycznej śmierci tego wielkiego człowieka, by w końcu zauważono go takim, jakim był w istocie - ciepłym, kochającym mężem i ojcem, wytrwałym bojownikiem o prawdę, prawdziwym polskim patriotą. Nie neguję, że Lech Kaczyński był uczciwym człowiekiem i oddanym mężem i ojcem, ale to jeszcze nie czyni z niego ani dobrego polityka, ani dobrego prezydenta. Również fakt jego tragicznej śmierci nie czyni z niego bohatera.

Dziś dowiedzieliśmy się, że prezydencka para spocznie na Wawelu. Boję się, że gdy za tydzień włączę telewizję mogę usłyszeć, że Lech Kaczyński będzie beatyfikowany w związku z męczeńską śmiercią jaką poniósł w służbie Ojczyźnie. Chyba już w jakąś paranoję popadamy?

Podobno o zmarłych należy mówić dobrze lub wcale. Być może dlatego dotychczasowi przeciwnicy prezydentury Lecha Kaczyńskiego milczą. Ale mam nadzieję, że w końcu jednak odzyskają głos. Nie można przecież tak nagle zapomnieć dlaczego przez ostatnie lata ta prezydentura podlegała tak miażdżącej krytyce.


Komentarze
 
2010/04/18 18:00:25
Spokojnie, jak powiada poeta, lud od koszul częściej zmienia przekonania - za parę tygodni wszystko wróci do normy.

sobota, 10 kwietnia 2010

Zszokowana i smutna

W soboty lubię pospać dłużej. Dziś pozwoliłam sobie na to bardziej niż zazwyczaj, bo ostatni tydzień był dla mnie wyjątkowo męczący. Wciąż nie mogę też przyzwyczaić się do zmienionego czasu. Obudziliśmy się po dziesiątej. Pierwszy wstał mąż i narzekając, że zmarnował pół soboty wstawił wodę na kawę. Wtedy zadzwonił telefon. To był mój brat. Telefonował z Irlandii z pytaniem, co się u nas dzieje, bo on od rana słyszy informacje, że Kaczyński i pół rządu zginęło w katastrofie lotniczej.

Jakiej katastrofie? Gdzie leciał Kaczyński z rządem? Na początku nie mogłam skojarzyć o co w ogóle chodzi. Włączyliśmy komputer, ale internet niemal się nie ruszał. Nie chciała załadować się żadna strona. Wtedy wstała też Dominika i powiedziała, że nie działa sieć komórkowa. W końcu włączyliśmy telewizję i stamtąd wreszcie dowiedzieliśmy się co się stało. W katastrofie lotniczej zginął Prezydent RP z żoną i współpracownikami oraz wielu ważnych dla naszego kraju ludzi, którzy rządowym samolotem lecieli, by wziąć udział w obchodach rocznicy Zbrodni Katyńskiej.

Od tej pory minęło już ponad 9 godzin, a ja wciąż nie potrafię dojść do siebie.

Pamiętam jak dziwiło mnie, gdy w filmach, czy programach dokumentalnych oglądałam, jak Amerykanie płakali po śmierci Kennedy'ego. Rozumiałam, że to była wielka tragedia, ale dziwiłam się, że płakało tylu zwykłych ludzi, kobiet, mężczyzn. Dziś już mnie to nie dziwi. W ciągu ostatnich dziewięciu godzin nie raz dławiły mnie łzy. Nie mogę znaleźć sobie miejsca; wszystko, czym się dziś zajmuję, robię automatycznie. Zjedliśmy obiad, choć nikt z nas nie był właściwie głodny. Piłam kawę, ale nie czułam jej smaku. Nie posprzątałam. Patrzę tylko w telewizor, słucham relacji dziennikarzy i komentarzy zaproszonych do studia gości i wciąż nie mogę uwierzyć, że to wydarzyło się naprawdę. Czuję się kompletnie odrętwiała i zdruzgotana. A przecież nawet nie byłam zwolenniczką prezydentury Lecha Kaczyńskiego. W obliczu takiej tragedii wydaje się, że nic nie było tak naprawdę ważne. Zginęli ludzie, ważni ludzie, ale oprócz tego, że jest to wielka strata dla Polski, to przecież ta tragedia ma również ogromny wymiar osobisty. Bardzo współczuję wszystkim rodzinom, które w tej katastrofie stracili swoich bliskich. To jest dla mnie ogromnie nieznośna świadomość, że tak w okamgnieniu, bez ostrzeżenia, nagle można stracić dziecko, współmałżonka, rodzeństwo, przyjaciół... To po prostu straszne.

Szczególny smutek odczuwam z powodu śmierci Izabeli Jarugi-Nowackiej i Jolanty Szymanek-Deresz. Bardzo ceniłam te dwie kobiety z wielkiego świata polityki, które tak dobrze dawały sobie w nim radę. Z odwagą działały zgodnie z własnymi przekonaniami, broniły interesów kobiet, były pozytywnymi "twarzami" lewicy. To dzięki takim osobom wciąż identyfikuję się z tą stroną naszej sceny politycznej. Straciłam też swojego kandydata na prezydenta.

Osobiście wiem, że każde złe doświadczenia można przekuć na coś pozytywnego. I choć dziś trudno jest w to uwierzyć, to jednak mam nadzieję, że tak właśnie będzie i tym razem.


Komentarze
 
2010/04/10 23:33:45
Też mam taką nadzieję jak Ty.

Chciałem dziś dłużej pospać, ale siostra obudziła mnie mówiąc "wstawaj, prezydent nie żyje". Myślałem, że żartuje... Niestety...

Podniesiemy się, damy radę. Trzymaj się, jak i ja się trzymam... jakoś...

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Koniec sezonu

Kwitnący przebiśnieg, zawiązki świeżych listków na gałęziach bzu i coraz wyraźniejsze pączki na czereśniowym drzewie wskazują, że ciepłe ubrania na niedługo już się przydadzą. Czym prędzej więc zakończyłam to, co w ostatnim czasie miałam na drutach i dziś publikuję swoje ostatnie robótki tegorocznego sezonu jesienno-zimowego.

Bolerko inspirowane modelem ze "Swetrów" nr 2/2010 przerabiałam dwiema włóczkami razem - Elizą i Dalią (obie z Aniluxu) drutami nr 9; plisę zrobiłam podwójną nitką Nicky (Elian) i drutami nr 6:


Naramiennik (a może mini ponczo?) zrobiłam z opisu z GARN Studio, który nieco zmodyfikowałam dostosowując go do własnych potrzeb. Przerabiałam również dwiema nitkami: Mimozą (Opus) i Sasanką (Anilux) drutami nr 6: