...moje książki z półki. Przekładane i odkładane na później, bo skoro już i tak są, to przecież nie uciekną... Wreszcie po nie sięgnęłam. Nowe tematy były jak świeże bułeczki, więc z przyjemnością pochłonęłam je w ekspresowym, w porównaniu z ostatnimi lekturami, tempie. Nie bez znaczenia był też fakt, że objętościowo również nie przypominały one moich ostatnich lektur:)
Na pierwszy ogień poszedł "Bóg śpi" - zapis rozmów z Markiem Edelmanem - książka podarowana mi przez przyjaciółkę w imieniny.
Czy żeby być przyzwoitym człowiekiem trzeba wierzyć w Boga? Czym jest
Dekalog dla niewierzącego? W ostatnich rozmowach z Markiem Edelmanem
autorzy pytają o sens i wartość kolejnych przykazań w trudnych i
niejednoznacznych kontekstach. Dając przykłady z całego życia,
niewierzący w Boga Edelman tłumaczy, co i dlaczego jest najważniejsze w
obliczu różnych, często ekstremalnych sytuacji. Poruszająca, mądra
lektura dla każdego bez względu na światopogląd.
Książka ciekawie skonstruowana i czyta się ją naprawdę dobrze, ale dwie rzeczy mnie w niej uderzyły.
Po pierwsze sam Edelman. Zdecydowanie nie był to miły, sentymentalny dziadzio, chętnie snujący swoje opowieści o przeszłych wydarzeniach. Z pewnością rozmawiający z nim redaktorzy nie mieli łatwego zadania. Edelman często złościł się, w ostrych słowach zarzucał dziennikarzom, że nie mają pojęcia o co pytają, że nie znają się na swojej robocie, że nic nie rozumieją... Irytowały go pytania o wartości. W ekstremalnych sytuacjach nie ma bowiem żadnych wartości - liczy się tylko przetrwanie.
Ten cynizm i oschłość Marka Edelmana sprawiają, że jego słowa robią tym większe wrażenie, a proste prawdy, w które przecież osobiście zupełnie nie wierzę, są uderzające w swej naturalności i bezkompromisowości - pomóc słabszemu, stanąć w obronie bitego, ukryć prześladowanego... To powinny być naturalne zachowania. Ale nie są. Nie są, bo człowiek jest zły, bo liczy się tylko przetrwanie, bo od wieków silniejszy wypierał słabszego, a nasza cywilizacja oparta jest na prawie pięści. A religia i wartości? One tylko zmiękczają ludzi sprawiając, że silniejsi tym łatwiej sobie radzą...
Prawdę mówiąc te ostre, pełne cynizmu, słowa były dla mnie bardzo trudne do przyjęcia. Choć wiele w nich racji, to moja sentymentalna, idealistyczna natura mocno się przeciw takim wnioskom buntowała. Z drugiej jednak strony, może na na tym właśnie polega wielkość Marka Edelmana - zobaczyć w człowieku to, co najgorsze, a mimo wszystko wciąż ludzi szanować i nieść im bezwarunkową pomoc...
Drugą sprawą jest podejście autorów do ateizmu Marka Edelmana. Nie mogę zrozumieć po jaką cholerę bez przerwy pytać ateistę o Boga i religię? Niejednokrotnie Edelman dawał wyraz swojemu zniecierpliwieniu, a dziennikarze i tak wciąż drążyli temat, bez przerwy zmuszali go do ustosunkowywania się do wypowiedzi czy działań osób powołujących się na normy religijne. Po co? To tak, jakby to jedynie ten aspekt - niewiara w Boga - był w Edelmanie najbardziej pasjonujący, taki człowiek-dziwo: ateista, a jednocześnie autorytet moralny - niewiarygodne!
Z racji pochodzenia i doświadczeń, sporo wypowiedzi Marka Edelmana dotyczy antysemityzmu, sytuacji Żydów w różnych miejscach i historii, ich poglądów na rolę własnego państwa... Te wypowiedzi były dla mnie najciekawsze i uświadomiły mi, jak bardzo mało wiem na ten temat. Z pewnością są to zagadnienia, które w przyszłości chętnie jeszcze podrążę.
"Bóg śpi" nie jest może najlepszą książką o Edelmanie, mimo wszystko jednak warto po nią sięgnąć... Może to, co mnie w niej irytowało (pytania o Boga i religię) dla innych okaże się właśnie atutem książki, która w ten sposób przełamuje istniejący stereotyp, że bez religii nie ma moralności...
Na drugi rzut poszła książka Hanny Samson, pt. "Miłość reaktywacja":
Książka o
miłości. Niemożliwej, ale w końcu spełnionej. Bohaterkami są trzy
kobiety reprezentujące trzy pokolenia. Bohaterka odprowadza swoją matkę w
ostatnią podróż, początkowo niecierpliwie, ale wraz z upływem czasu
coraz czulej. Jednocześnie jakby od nowa, a może po raz pierwszy, uczy
się ją kochać i rozumieć własne uczucia w trudnej, bo podwójnej roli
córki i matki.
W tym króciutkim opisie zawiera się chyba wszystko, co można o tej książce powiedzieć. Plus mnóstwo emocji.
Odebrałam tę książkę bardzo osobiście. Jestem córką matki i matką córki. Pewnie każda nasza rola jest na swój sposób trudna, ale ta podwójna jest trudna szczególnie - Hannie Samson udało się to doskonale oddać słowami. Ta trafność jej sformułowań powodowała, iż nie raz uśmiechałam się do siebie wspominając identyczne własne przeżycia i odczucia.
Nie raz też, podczas czytania, oddychałam z ulgą, że opisanie doświadczenia nie są moim udziałem...
Myślę, że dużo wcześniej, niż bohaterce powieści, udało mi się dojść do ładu ze swoimi uczuciami wobec mamy, a i szczęśliwie moja mama nie jest aż tak trudna i wymagająca, jak ta książkowa, choć na swój sposób również niełatwa w obejściu... Ale może na swój sposób ja też nie jestem? Może kiedyś moja córka też będzie musiała się z tym zmierzyć?
Relacje z bliskimi nigdy nie są łatwe. Wszyscy dźwigamy różne niechciane bagaże po poprzednich pokoleniach, zwykle zupełnie nieświadomie. Niezamknięte sprawy z przeszłości stają się przyczyną współczesnych nieporozumień. Nieprzeżyte, zablokowane uczucia znajdują ujście w innych emocjach, a czasem i u innych członków rodziny. Bo rodzina jest jak wielki organizm - gdy niedomaga jeden członek, to cały ustrój jest zaburzony. Czasem, żeby coś zrozumieć, pogodzić się i zaakceptować, trzeba spojrzeć na bliskich spoza wlasnej roli, spoza własnej perspektywy, a także ich samych zobaczyć w zupełnie innej, niż są dla nas, roli. Trzeba tego chcieć, ale też i druga strona musi chcieć uchylić nam drzwi do swojego świata...
Hanna Samson w swojej książce opisuje ten proces z ogromną znajomością i wyczuciem. Nie sposób przejść obok tej historii obojętnie. A już na pewno nie wówczas, gdy samej jest się córką i matką...
F
ragmenty książki można poczytać tutaj:
Czytelnia Onetu
Wysokie Obcasy