Zazwyczaj robię to instynktownie. Uśmiecham się na zdjęciach, uśmiecham się, gdy mówię "dzień dobry", do ludzi w pracy się uśmiecham, do pani kasjerki w sklepie, do pana z pieskiem na spacerze... Tak silnie mam wdrukowany program uśmiechania się, że w interakcjach społecznych uśmiecham się automatycznie nawet wówczas, gdy w ogóle nie mam na to ochoty. Nie zastanawiałam się nad tym wcześniej, dopiero ostatnio, przy okazji zdjęć melanżowej spódnicy (TEJ). Chyba nigdy wcześniej dysonans pomiędzy tym jak się czuję, a tym, jak powinnam zachowywać się przed obiektywem, nie był mi tak bardzo przykry. Pozowanie z uśmiechem na twarzy wydawało mi się w tamtym momencie kompletnie nie do zrobienia. No nie, po prostu nie!
Z drugiej strony mój wizerunek na zdjęciu, bez uśmiechu, też był trudny do zaakceptowania. Całe życie słyszę - uśmiechnij się! Całe życie słyszę, że uśmiech jest lepszy od ponurej, a nawet neutralnej miny. Uśmiech jest zdrowy, jest zaraźliwy, roztacza dobrą atmosferę, uśmiechem zjednasz sobie przyjaciół, dzięki uśmiechowi będą cię lubić. Ludzie lubią wesołych i szczęśliwych ludzi. Wiem, bo sama takich lubię. Ale ja po prostu nie jestem wesołą, szczęśliwą osobą, nigdy nie byłam i na pewno nigdy nie będę. Choć miewam lepsze momenty, to na ogół jestem mrukowatą i cyniczną mizantropką z sarkastycznym poczuciem humoru. Pamiętacie Smerfa Marudę? To ja! Tylko rzadko się do tego przyznaję, staram się nie pokazywać publicznie swojej malkontenckiej twarzy, nie zarażać niezadowoleniem. Wolę tę drugą twarz - uśmiechniętą, nawet jeśli uśmiecham się tylko z grzeczności, żeby było miło.
Jednak do mojego Męża, który zna mnie od tej najciemniejszej strony, a mimo to, po 27 latach nadal chce mu się mnie rozbawiać i stojąc po drugiej stronie aparatu robi wszystko, żeby tylko sfotografować mnie uśmiechniętą, zamiast skupić się na dzianinie jak kazałam... Do Niego uśmiecham się całkiem szczerze:-). Dzięki temu dziś (w niedzielę właściwie, bo zdjęcia są z wtedy) i do Was uśmiecham się szczerze:-). Może nie na wszystkich zdjęciach, bo przecież ileż można się szczerzyć w takich warunkach (atmosferycznych, politycznych, społecznych... wszystkich!)???? Ale przynajmniej na tym jednym... Uśmiecham się:-)
Sukienkę wydziergałam wiosną, ale zamknęli lasy i nie mogłam pokazać jej od razu, a potem zrobiło się gorąco, więc też nie miałam okazji założyć. Dopiero w tę niedzielę, po raz pierwszy... Stylizacja może niezbyt przemyślana, ale i wyjazd do lasu był ad hoc. I było LODOWATO.
Dziergałam dwiema nitkami razem:
Baby (Red Heart) - 50 g/190 m - 100% akryl - motki w kolorze turkusowo-niebieskim i granatowym oraz Angel (Bergere de France) 25 g/275 m - 44% poliamid, 32% akryl, 24% moher - również w kolorze turkusowo-niebieskim i granatowym.
Nie pamiętam ile było motków i nie pamiętam jakie druty...



























