środa, 14 września 2016

Obrazki

Ostatnio było o ściance, to teraz o tym, co na niej zawisło:-).

Ażurowa ścianka działowa prócz funkcji, o których pisałam poprzednio, doskonale nadaje się też do ekspozycji obrazków. Umieściłam na niej swój pierwszy, ręcznie uszyty ze starych dżinsów, patchwork. Uszyłam go już dawno temu, ale brakło mi motywacji do wykończenia... Pewnie patchwork musiał poczekać na właściwą porę i miejsce. No to się doczekał:-).


Mąż skonstruował mi drewnianą ramkę, na której, za pomocą zszywek tapicerskich, umocowałam tkaninę. W celu zamaskowania nieciekawych "pleców", przypięłam odpowiednio skrojony kawałek tektury, który następnie pomalowałam na kolor ścian.


Patchwork spełnia jednocześnie funkcję dekoracyjną, jak też praktyczną - ze względu na kieszonki jest doskonałym organizerem. Bardzo dumna jestem z tej pracy:-).


Na ażurowej ściance stoi też obrazek kupiony od Krysztally. Tak mi się spodobały kolory i ich konstelacje, że po prostu musiałam go mieć. I mam, wisi na widoku, i co dzień na niego patrzę, a za każdym razem podoba mi się inaczej:-).


Na pozostałych, odmalowanych w kolorze jasnej szarości, ścianach, dużo lepiej prezentują się też moje stare obrazki:


Ale najbardziej zachwyca mnie zdjęcie, które dostałam od Leny. Już w wersji solo wyglądało niezwykle klimatycznie, ale po oprawieniu w srebrną ramkę z czarnym passe-partout tworzy wyjątkową ozdobę i na co dzień przypomina mi o wszystkich tych dobrych rzeczach, których doświadczam od naszego blogowego światka:-).

sobota, 10 września 2016

Sypialnia

Remont sypialni zaczęliśmy najwcześniej, bo początkiem czerwca, ale też najdłużej nam z nią zeszło. Wszystko za sprawą ścianki działowej, którą sobie wymyśliłam, żeby uczynić to miejsce przytulniejszym i bardziej ustawnym. Długo nie mieliśmy pomysłu, jak tę ściankę zrealizować. A ze ścianką związana była kwestia podłogi - zdzierać stare panele, czy może zamontować ściankę na nich, a na wierzchu położyć nową wykładzinę?... Wątpliwości było co nie miara. Chcieliśmy wszystko zrobić jak najniższym kosztem (finansowym i pracy) oraz jak najszybciej i jak najmniej demolując stan wyjściowy. Dodatkowym utrudnieniem dla naszych planów był fakt, że w naszym mieszkaniu żadna ściana i żaden kąt nie są proste... Nawet wysokość pokoju jest inna przy ścianie i na środku... W końcu zdecydowaliśmy się na ażurową ściankę z drewnianych listewek.


Nasza ścianka składa się z listewek przybitych do trzech słupków, do których zamocowane zostały rozporowe stopki, dzięki czemu ścianka jest całkowicie mobilna.


Ze wszystkich rzeczy, które w ostatnim czasie zrobiłam, z tego rękodzieła jestem dumna najbardziej! Każdy słupek, oraz każda z 43 poziomych listewek (w rzeczywistości było ich więcej, bo przecież trzeba było zrobić z zapasem) została przez mnie osobiście pokryta warstwą lakierobiejcy (przeszlifowana), farby akrylowej - metodą suchego pędzla (przeszlifowana), oraz lakieru bezbarwnego. Gdy już wszystkie poszczególne elementy ścianki były gotowe, na całej powierzchni pokoju, na starych panelach, położyliśmy nową wykładzinę dywanową i dopiero wówczas zajęliśmy się montażem ścianki. Na leżąco. Moment jej stawiania był ogromnie stresujący. Ręce mi się trzęsły, a serce mało nie wyskoczyło z piersi - czy będzie pasować???? Czy się odpowiednio zaklinuje pomiędzy podłogą a sufitem? Czy na pewno wszystko dobrze odmierzyliśmy?


Ufffff, udało się! Ścianka stanęła jak trzeba, dzieląc nam długą, nieustawną przestrzeń na dwie strefy: sypialnianą i garderobianą. Drewniane listewki doskonale sprawdzają się jako miejsce, gdzie można tymczasowo przywiesić cokolwiek - świeżo uprasowaną koszulę, czy sukienkę, opaskę na włosy, chustkę, czy bransoletkę. Przed ślubem wisiały na niej wszystkie weselne kreacje domowników:-). Dodatkowo, z pozostałych listewek, zrobiliśmy dwie wąskie półeczki na różne bardziej lub mniej potrzebne rzeczy.


Remontowaliśmy sypialnię przede wszystkim z myślą o zapewnieniu intymności weselnym gościom, których chcieliśmy w niej zakwaterować, bo do tej pory nasza sypialnia - zrobiona z pokoju dziennego - nie miała nawet drzwi, a jedynie prowizoryczną zasłonkę, którą zawiesiliśmy w przejściu. Ale teraz mogę powiedzieć, że uwielbiam to miejsce i mogę tylko żałować, że nie zdecydowaliśmy się na tę zmianę wcześniej:-). Niesamowicie przytulnie mi się w niej śpi. I nawet nie przeszkadza mi, że moją stronę łóżka ogranicza teraz ściana. Z drewnianej deseczki zmajstrowałam sobie półeczkę, którą mąż umocował mi do boku łóżka i teraz mam pod ręką wszystko, co może mi być w nocy potrzebne:-)


Idąc za ciosem zrobiliśmy drzwi. Takie bardziej symboliczne, bo w żaden sposób nie chronią przed hałasem. Ale na pewno chronią przed niechcianymi zwierzętami, które bez pytania gramolą się do łóżka;-). I to był ich główny cel. Co prawda nam zwierzęta w łóżku nie przeszkadzają (szczególnie, że są to nasze zwierzęta), ale dla gości taka bezczelność z ich strony mogłaby być irytująca;-).

Składane, lekkie drzwi powstały z ażurowych frontów, które znów własnoręcznie lakierobejcowałam i szlifowałam. Fronty mocowane są na gotowym zestawie, który nabyliśmy w sklepie dla bohaterów domu.


Fronty zresztą również stamtąd pochodzą. Resztę niezbędnych do remontu materiałów kupowaliśmy w najróżniejszych źródłach, kierując się głównie ich ceną. Ale i tak, patrząc co dzień na efekty swojej pracy, czujemy się jak prawdziwi bohaterowie domu:-).

czwartek, 8 września 2016

Wracamy

Ja i mój blog. Choć dziwnie się czuję. Po tak długiej przerwie nie wiem od czego zacząć....

Skończył się czas wyczekiwania i przygotowań do wielkiego wydarzenia - ślubu i wesela Córki. Przeminęło wesele i poprawiny, którymi tak bardzo się stresowałam. Dom pełen gwaru i gości znów jest oazą ciszy i spokoju... Czekałam na tę chwilę. W całym tym gorącym okresie bez przerwy powtarzałam sobie - oby do września! Myślałam, że poczuję ulgę, gdy już będzie po wszystkim. I faktycznie czuję ulgę. Ale też smutek... Bo było naprawdę fajnie. Gorączkowo i intensywnie, ale twórczo i efektywnie. Nerwowo i niepewnie, ale wzruszająco i ciekawie. Ciasno i wyczerpująco, ale też rodzinnie i wesoło...

Strasznie mi pusto teraz. I nie wiem co robić. Nie wiem czym się teraz zająć. Bo już nic nie muszę. A jeszcze nie wiem co chcę...

To może zacznę od powrotu do blogowania... Pokażę co działo się w czasie trzech miesięcy mego niebytu. A ponieważ działo się naprawdę sporo, to będzie w odcinkach.


Do zobaczenia wkrótce:-).

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Wszystko gra

Bardzo dziękuję za Wasze życzliwe zainteresowanie moją przedłużającą się nieobecnością. Mnie samą ta sytuacja uwiera, bo nienawykła jestem do takich długich przerw między wpisami... Ale głowę pochłonęło mi tyle różnych tematów, że brakło już miejsca na blogowanie. Nie wiem, czy miało to coś do rzeczy, czy to tylko zbieg okoliczności, ale od śmierci Felka całkowicie przeorganizowała mi się moja codzienna rutyna. Jest zupełnie inaczej, choć niektóre punkty pozostały bez zmian - wciąż przecież dziergam i czytam:-).

Powstała bluzeczka inspirowana twórczością Any, Trochę ją fasonowo skaszaniłam, ale wybrnęłam. Zaczęłam ją nosić mimo braku premiery blogowej, co jest dla mnie zupełnie nietypowe, ale skoro sesji zdjęciowej wciąż brak, to szkoda, żeby tak leżała nieużywana... Któregoś razu zrobiłam sobie jednak zdjęcia przed wyjściem do pracy:


W drodze do Wrocławia i z powrotem (tak, w drugi długi majowy weekend byłam we Wrocławiu i nie zrobiłam z tej okazji ani jednego zdjęcia, nawet telefonem, baaardzo nietypowo) wydziergałam fale w fioletach i szarościach - czekają na zszycie. Będzie z tego bluzka.


Skończyłam Ziemiomorze - 950 stron klasyki z gatunku fantasy - czeka na spisanie wrażeń. W kolejce stoi "To ja Malala" z biblioteki oraz "Nie martw się, to tylko życie" - debiutancka powieść Adama Szewczyka, którą autor przysłał mi z propozycją zrecenzowania na blogu. Reszta kolejki jest tak długa, że nie ma nawet sensu wspominać...


Działeczka obrodziła i bez przerwy przerabiam góry zieleniny, które znosi mi Mama, głównie na surówki i zielone koktajle. Specjalnie wstaję co rano o 5:25, żeby przygotować taki świeży koktajl również dla męża, który do pracy chodzi na 6:-).


A w ogóle to swemu podniebieniu dogadzam w sposób tak nieumiarkowany, że potrzebuję potem sporo czasu, by jakoś te smakowite kalorie z wysiłkiem utlenić. Jeżdżę na rolkach, rowerze, spaceruję, a wszystko to z aplikacją LG Health, która podlicza mi kroki, kilometry i kalorie, zachowując w pamięci każdą moją aktywność, co jednocześnie mnie bawi i motywuje:-). Wychodzi na to, że najbardziej efektywna jest jazda na rolkach - w ciągu godziny zużywam prawie 550 kcal, szybki godzinny marsz to ledwie 230 kcal... Szkoda, że do pływania nie można jej używać;-).



Podczas każdej aktywności (prócz pływania rzecz jasna i to też szkoda) słucham muzyki. To następna nietypowa dla mnie rzecz, bo nie słuchałam chyba od dwudziestu lat.... Córka namówiła mnie na Spotify (kolejna aplikacja na telefon - mój aparat staje się dla mnie prawdziwym wielozadaniowym kombajnem, nie sądziłam, że telefon może być tak użyteczny!) i teraz bez przerwy bawię się szukając starych przebojów (głównie z lat '80) i układając różne tematyczne playlisty... Jeśli macie jakieś fajne propozycje do posłuchania - piszcie koniecznie:-).

Do ślubu Dominiki i Rafała zostało już niecałe 3 miesiące i na tę okazję mam za zadanie zrobić pudełko na obrączki, księgę gości, pamiątkową skrzyneczkę na koperty i życzenia oraz nie wiem co jeszcze, bo potrzeby Dominiki rosną wprost proporcjonalnie do skracającego się czasu, który nas od tego wydarzenia dzieli...


Nie mieści mi się to w głowie, jak można w ten sposób pozbyć się żywych, czujących i bezradnych stworzeń? Jak ten człowiek może potem spać? To chyba trzeba zupełnie nie mieć sumienia, żeby takie rzeczy robić! A nam serce się rwie, żeby przygarnąć ze dwa... Ale to jeszcze za wcześnie po Felku... I pora przed Dominiki ślubem nieodpowiednia jest na taką decyzję - będziemy mieć sporo gości i dwa rozbrykane, młode kociaki mogłyby stanowić problem.

A poza tym remontujemy sypialnię. Na razie nie jest fajnie, ale gdy dojdziemy do wystroju wnętrza zacznę się naprawdę dobrze bawić. Już teraz na samą myśl serce bije szybciej i łaskocze mnie w brzuchu:-).

A w pracy gorący sezon i to nie tylko z powodu letnich temperatur...

Także ten... Do zobaczenia, gdy się ogarnę;-).